Agnieszka Siołek
Poezja
Liście
Spadamy z liśćmi w pożółkłe fotografie. Jesień.Ptaki odlatują z gniazd naszych dłoni. Ty z rękoma w kieszeniach a ja w rękawiczkach. Zima. Miewa się zmiennie. Piąta pora roku zwana umieraniem. Ty zaszyty w kieszeniach. Ale już z wilgotnej ściółki pąki zachłannie piją życie. I mówisz, że już znalazłeś wiosnę. Aby na nowo rodzić się by potem obumierać. Wszystko zawraca czas w zieleń liści. Miałam naiwne serce. Zazieleniło się. Rozkwitło. Obumarło. Lecz ja nie jestem drzewem. Tylko liściem, który upuszczasz na ziemię ze swych dłoni.
Ta sama bajka Zbierałaś zielone szkiełka na wszystkie tajemnice, których dziś już nie pamiętasz. Może były tam smoki, księżniczka i król, chociaż teraz nie jestem tego taka pewna. Zapomniałam cię moja mała, jak się zapomina znajomych z dawnych lat. Teraz kobiecość powlekam w czerwień ust, paletą barw tuszuję zmęczenie. Spójrz moja mała, wszystkie księżniczki już dawno umarły, jednak ciągle śnimy podobnie, bo świat to nadal jest ta sama bajka. Autoportret wewnętrzny Z dystansu wyglądam jak z obrazka. Lub przez okno. A jakże. W doborowym towarzystwie czterech. Wiernych. Stabilnych. Niemych. Jak ta defilada ciszy. Co po moim pokoju gra spokój przed ostatecznością. Dom narysuj dom z czułych dłoni
palców w moich włosach bez dróg wyjścia
niech będzie ciało przywiązane
do krwi twojej jak w oddech wtopione
i mniej białych kartek zapisanych ciszą
co rytm wygrywają bezsenny
a ja się z lęku poskładam bezimiennie
i złożę w twoje dłonie Ja wychodzę W najlepszym razie mogę się pogodzić. Lecz nie zgodzić. Zatrzymać w punkcie wyjścia. Dochodząc, dopełniając. Półprawdy i ćwiartkę wyborową. W sumie to jedno i wszystko. Czyli wszystko jedno lecz już nie to samo. Nie stało się nic Tak wiele powiedziałeś napisałeś. Z naszych języków można już zapleść warkocz ciszy. Lecz prócz słów nie stało się nic. Myślę: dobre i to. Tyle pięknych słów i znaczeń. Twoja twarz, poranki, rany jak okna z widokiem na przestrzał. Nad ranem zbudził mnie płacz obcej kobiety we mnie. Ofiara jest dla niego bardzo dobra od tej dobroci aż robi mu się niedobrze przecież mogłoby być tak pięknie gdyby nie ten jej uczuciowy incydent teraz czuje się jak jej ofiara biedny kat Pauza I. Radio Ballet. nuty rozplatają warkocz ciszy lecz nadal brakuje słów jasne i ciepłe palce pięciolinii otwiera klucz by zamknąć melancholią ramiona płynących minut gdybyś nie kruszyła zamkniętych kamieni byłabyś doskonała Plac zabaw Są dwie strony w tym najlepszym wypadku. Ty i ja- poczęci, napoczęci. Umiejscowieni precyzyjnie, zużywamy się w rytm świata, rozbijając głowy o wieczność. Przeciągi czas podkulił ogon i żadnej z dróg gdy jesteś tylko pod zamknięciem powiek przeszłością wywołaną zamiast lub na chorobę lecz ze wszystkich złych wyborów chcę właśnie tak wracają minione noce śpią ze mną Stygmat zasklepiając się na zewnątrz otwiera się od wewnątrz moja rana uświęcona ostatecznie Transfuzja rozbita o kant bieli rozkładam czas do kości przetaczam czułość od szpiku do szpiku ścięgnem wskazówek minuty toczą krew wtłaczając nas sobie do żył Wiosna ta pora roku obumiera w nagich zalążkach liści twojej skóry i jest doskonale wyschnięte drzewo twoich ramion gdzieniegdzie trwałość zielni traw mówi o wieczności jakiś obłok twych oczu przemyka szybko przez nieważne niebo i jest pewna noc samotności w deszczowej pogodzie moich oczu...
palców w moich włosach bez dróg wyjścia
niech będzie ciało przywiązane
do krwi twojej jak w oddech wtopione
i mniej białych kartek zapisanych ciszą
co rytm wygrywają bezsenny
a ja się z lęku poskładam bezimiennie
i złożę w twoje dłonie Ja wychodzę W najlepszym razie mogę się pogodzić. Lecz nie zgodzić. Zatrzymać w punkcie wyjścia. Dochodząc, dopełniając. Półprawdy i ćwiartkę wyborową. W sumie to jedno i wszystko. Czyli wszystko jedno lecz już nie to samo. Nie stało się nic Tak wiele powiedziałeś napisałeś. Z naszych języków można już zapleść warkocz ciszy. Lecz prócz słów nie stało się nic. Myślę: dobre i to. Tyle pięknych słów i znaczeń. Twoja twarz, poranki, rany jak okna z widokiem na przestrzał. Nad ranem zbudził mnie płacz obcej kobiety we mnie. Ofiara jest dla niego bardzo dobra od tej dobroci aż robi mu się niedobrze przecież mogłoby być tak pięknie gdyby nie ten jej uczuciowy incydent teraz czuje się jak jej ofiara biedny kat Pauza I. Radio Ballet. nuty rozplatają warkocz ciszy lecz nadal brakuje słów jasne i ciepłe palce pięciolinii otwiera klucz by zamknąć melancholią ramiona płynących minut gdybyś nie kruszyła zamkniętych kamieni byłabyś doskonała Plac zabaw Są dwie strony w tym najlepszym wypadku. Ty i ja- poczęci, napoczęci. Umiejscowieni precyzyjnie, zużywamy się w rytm świata, rozbijając głowy o wieczność. Przeciągi czas podkulił ogon i żadnej z dróg gdy jesteś tylko pod zamknięciem powiek przeszłością wywołaną zamiast lub na chorobę lecz ze wszystkich złych wyborów chcę właśnie tak wracają minione noce śpią ze mną Stygmat zasklepiając się na zewnątrz otwiera się od wewnątrz moja rana uświęcona ostatecznie Transfuzja rozbita o kant bieli rozkładam czas do kości przetaczam czułość od szpiku do szpiku ścięgnem wskazówek minuty toczą krew wtłaczając nas sobie do żył Wiosna ta pora roku obumiera w nagich zalążkach liści twojej skóry i jest doskonale wyschnięte drzewo twoich ramion gdzieniegdzie trwałość zielni traw mówi o wieczności jakiś obłok twych oczu przemyka szybko przez nieważne niebo i jest pewna noc samotności w deszczowej pogodzie moich oczu...
mówiłeś: nie martw się... za chwilę przyjdzie wiosna... Złośliwość rzeczy martwych puste krzesło które choćby tęskniło ma nade mną tą przewagę że nigdy się nie ugnie fotografie z doskonałą pamięcią zuchwale się rozpamiętują choćbym nie wiem jak bardzo chciała zapomnieć na ścianie martwy obrazek lasu nieugięcie żyje zieloną jednostajną tonią z błogą amnezją uśmiechu słońca nic ponad to już nie pamięta i nigdy nie zastanie go zima wygodnie rozciągnięte łóżko patrzy na mnie pomarszczoną twarzą pościeli a w nim puste miejsce wymownie zaznacza jakiś brak rzeczy martwe mają ponadprzeciętną pamięć i wyróżniają się mistrzowską zdolnością do przypominania i tym samym wbrew czyjejś woli wytykają
okrutnie ludzką samotność



