bezwzględny zakaz karmienia...

opowiadanie Piotra przy herbatce na Księżycu

Pogodne popołudnie pod koniec października. Ruszam Junakiem z Warszawy w trasę do Nowego Sącza. Radom, Kielce, Tarnów... Nadszedł zmrok i orientuję się, że prądnica odmówiła posłuszeństwa. Na światła nie ma co liczyć. Pozostałe w akumulatorze ułamki amperogodzin postanawiam przeznaczyć na jakiekolwiek zaznaczenie na drodze mojej obecności. Szybko liczę. Tylna pozycja to 3W, przednia 2W. W tej sytuacji nawet 2W oświetlające licznik i kolejne 2W kontrolki ładowania wydają się zbędnym luksusem. Do celu około dwóch godzin. Jeżeli w akumulatorze zostało 10% energii powinno wystarczyć. Jedynie na przyrządy bez widoczności ziemi nie zalecę daleko. Po chwili mija mnie ciężarówka. Odpalam i dogoniwszy "usadawiam" się wygodnie na ogonie. Tak lecimy kilkadziesiąt kilometrów. Mój jedyny widok to dwie pozycje i oświetlona tablica rejestracyjna przewodnika. Nagle z oddali w przodzie widzę rozbłyski niebieskich świateł. Zwiększam koncentrację i dzięki temu udaje mi się zatrzymać tuż za gwałtownie hamującym poprzednikiem. Mały korek i objazd. Policja kieruje ruchem przepuszczając pojedynczo obok jakiegoś auta tkwiącego jedną osią w rowie. Ja udaję, że nie mogę odpalić i pcham motocykl bojąc się dociekliwych pytań o światła. Uff, udało się, pozycje jeszcze się palą. Po 300 metrach uznaję, że stróże porządku nie dostrzegą z tej odległości braków w oświetleniu. Spokojnie czekam na kolejnego przewodnika. Ignoruję osobówki i busy. Potrzebuję jak najwolniejszej ciężarówki. W końcu jest. Krótki pościg i jedziemy. Atrakcje zaczęły się gdy pojawiły się ostre zakręty. Kilka z nich kreśliłem gdzieś na pograniczu asfaltu i czegoś co na pewno nie było utwardzoną nawierzchnią. I tak doholowałem się do granic Nowego Sącza.

Tu pożegnałem uprzejmą budę i korzystając z pierwszych skąpo świecących latarni poleciałem samodzielnie. Ani się spodziewałem, że poleciałem będzie brzmieć tak dosłownie. Niewidoczna w bladym świetle latarni głęboka bruzda odciśnięta w asfalcie kołami autobusów poprowadziła mnie jak po torach wprost w kierunku wysokiego krawężnika. Uderzenie, efektowny lot i po chwili zbieram się z jezdni. Kończyny pracują, mózg chyba też. Nie ma biedy. Stawiam motocykl na koła. Kilka prób uruchomienia nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Przyjemny szum w głowie i uczucie euforii (to pewnie adrenalina i jeszcze jakieś endrofiny) powoli mijają i pojawia się ból. Noga, żebra, obojczyk (może oba, kto tam w natłoku doznań to rozpozna), łokcie, dłonie... Z dalszej jazdy raczej nici. Budzę gospodarza w najbliższych zabudowaniach. Przygląda mi się bacznie, ale wpuszcza na podwórko i pomaga wepchnąć maszynę do garażu. Pyta czy nie potrzebuję pomocy lekarskiej. Po czym to poznał? Sam dzwonię po taksówkę i jadę do przyjaciela. Gdy stanąłem u niego w drzwiach oczy zrobiły mu się ogromne. O nic nie pytał tylko zapakował mnie z powrotem do taksówki i pomknęliśmy do szpitala. Tu załatwiał za mnie formalności, a ja siedząc na krześle zrozumiałem co zobaczyli w moim obliczu miły gospodarz i kumpel. Hamując na asfalcie musiałem lekuchno zawadzić twarzą o krawężnik. Prawa górna dwójka i trójka wyjrzały ciekawie na światło dzienne przez policzek i to ich tak zaintrygowało. Naciągnąłem lekko skórę i schowałem zęby tam gdzie ich miejsce. Przez pozostały otwór dla zabicia nudy puszczałem bańki. Wtedy wydawało mi się to nawet zabawne. Potem to zwykła szpitalna rutyna. Prześwietlenie, zacerowanie dziury, pogawędka z chirurgiem o urokach motocyklizmu. Sam jeździł na ścigaczu i wielokrotnie lądował w swoim szpitalu po po kolejnych próbach prędkości na krętych sądeckich drogach.

O północy, podpięty do ogromnej kroplówki, trafiłem na salę pooperacyjną gdzie pod bacznym okiem pielęgniarki gromadzono wszystkich umarlaków wymagających szczególnej opieki. Jak była ona szczególna przekonałem się po godzinie gdy płyn z kroplówki przelał się do mojego pęcherza. Siostry wyparowały. Nie pomogły wielokrotne próby przyciskania dzwonka. Pojemnik kroplówki zaczął się rozprężać i wężykiem do góry zaczęła wędrować wysysana ze mnie krew. Pacjent na sąsiednim łóżku, cały opleciony rurkami ledwie słyszalnym szeptem dramatycznie prosił o wodę. Inny, któremu kroplówka wypięła się z rurki zainstalowanej w ręce i jej zawartość wlała się do łóżka bezskutecznie szukał jakiejś pozycji żeby choć trochę suchej pościeli dało mu iluzję ciepła. Zrobiło się niemiło.

O piątej rano radosne jak skowronki pojawiły się nasze opiekunki. Z marszu nastawiły głośno radio. Nieprzespana noc musiała wpłynąć na mój poziom tolerancji na hałas. A może to zgrane przeboje Kombi? Dość, że gwałtownie zaprotestowałem. W imieniu sąsiada wystąpiłem też z prośbą o wodę. Siostra rzuciła okiem na szafkę i orzekła, że skoro rodzina nie dostarczyła wody z picia nici. Jednak moja determinacja skłoniła ją do działania. Dostał kilka łyżeczek wody od zmoczonego sąsiada (ten od rozłączonej kroplówki), któremu w między czasie zmieniono pościel. Jego sytuacja nie poprawiła się jednak znacznie bo rodzina nie pozostawiła zapasowej piżamy. Moim awanturnictwem zwróciłem baczną uwagę jakiejś starszej siostry. Patrząc się na moje czarne od krwi ręce powiedziała, że powinienem się umyć bo na obchodzie będzie awantura. Tak czy tak na razie nie mogłem się ruszyć z łóżka więc z mycia zrezygnowałem i nawet trochę cieszyłem się na myśl o tej awanturze, w której planowałem wziąć czynny udział.

Nie czas i miejsce na wszystkie szczegóły. Jak tam było z żoną sąsiada, która siedząc między naszymi łóżkami szeptała mu do ucha "teraz twoja kolej na śmierć", jak lekarze badali głuchego staruszka pod oknem z pogruchotaną nogą pytając się gdzie podział szynę, jak siostry odkryły jego nogę i jedna z nich omal nie zemdlała krzycząc "Wołaj doktora!!!". To wszytko opowiem przy ognisku. Ja leżałem i usiłowałem odczytać plakat nad moim łóżkiem. Był tam spory tytuł "Prawa pacjenta". Reszty napisanej drobnym drukiem nie mogłem przeczytać. Przeczytałem za to napis na kartce pomiędzy oknami "Bezwzględny zakaz karmienia gołębi" i ze strachu o stan swojego umysłu omal nie zemdlałem.

Po dwóch dniach zażądałem wypisania mnie z tego wesołego przytułku. Po kolejnych dwóch spędzonych na kanapie u kumpla byłem w stanie wyruszyć pociągiem do domu. Po kilkunastu dniach wróciłem do Nowego Sącza, przez noc doprowadziłem Junaka do jakiego takiego porządku i na kołach wróciłem do domu.

Bezwzględny zakaz karmienia gołębi będzie mi się zawsze kojarzył z Nowym Sączem. 

na tarczy