enduro rumuńskim traktorem

Damian na liście Dzikiego Junaka

Ekipa liczyła 9 motocykli i quada. Wracaliśmy z całodziennego wypadu po Rumuńskich Karpatach. Z racji sporej ilości km, zaliczonych wywrotek i wymagającego terenu okazało, się że nie które motocykle jadą na oparach......... Temat zgłoszony do naszego Kolegi przewodnika. Stwierdził, że nie ma problema bo do przejechania mamy "tylko" mostek linowy długości około 30-40 metrów i za kilka kilometrów stację benzynową. Mostek, hmmmm....... w 3/4 długości zaczynał się bujać niemiłosiernie do tego stopnia, że prosto jadący motocykl dojeżdżał do jego krawędzi, niby były liny na bokach ale i motocykl i motocyklista mogli przez nie przelecieć do rzeki.

Jadąc już po ciemku (dochodziła godz. 22) docieramy na stację, na której ...... a jakże w Rumuńskim stylu jeno diesel do turbogrzechotników, a nasze maszyny ino PB95 łykają. Kumpel przewodnik (nazwijmy go Kacper bo tak też ma na imię) stwierdza że ma jeszcze sporo benzyny i pojedzie kilka km asfaltem pod górę bo tam jest kolejna stacja........ Za chwilę wraca i stwierdza "jeno diesel".Propozycje są 3:-jedziemy skrótem przez słynne wśród nas "paprotki" (za chwilę napiszę czemu słynne)-wszyscy oddają paliwo do 2-3 moto, oni jadą do miejsca noclegowego po busa i busem zwozimy resztę ekipy (ten plan odpadł na początku jako nie motocyklowy)-dzielimy paliwo między sobą i lecimy na kołach asfaltem (droga dłuższa ale pewniejsza, do przejechania około 30km)

PAPROTKI - W czasie powrotu z jednej z wypraw (było późno)  Kacper stwierdził, że nie będą jechać na okrętkę, tylko za najbliższą górą jest już ich (ich bo mnie wtedy nie było) wioska a tam, ciepła micha, palinka i zimnego browaru cała lodówa..... Sprawa prosta "chłopcy sypiemy pod górę"...... (wtedy też wracali w nocy). Góra stroma, zasłonięta paprociami, kryjącymi to wszystko co może się w lesie przewrócić, czyli pnie, lub to co od lat może tam leżeć czyli bambulce i dziwne kopce traw. Każdy pień znienacka, bambulec i kępa trawy to murowana gleba. Doliczając do tego pewnie 45-50% stromiznę góry i piaskowe podłoże = ogromna wesołość. Asfaltem przelecieliby w 25 minut. Paprotki zaliczali podobno 3 godziny i powiedzieli nigdy więcej gdy  wciągali pod górę kolejne motocykle. Jedynie Kacper, znając pi przez drzwi drogę, jakoś ucelował i wyjechał sam....... Browar im smakował niesamowicie, a ja wtedy czekałem już chyba ze złamaną nogą.

Wracam do głównej opowieści..... Stanęło, że dzielimy paliwo pomiędzy motocykle i jedziemy zwartą kolumną do wioski na michę i procenty.Mój Husaberg pomimo jedynej słusznej pojemności dla silnika motocyklowego, czyli pół litra, był najekonomiczniejszym pojazdem jaki znam. Zadowalał się około 6 litrami na cały dzień, przy 7-7,5 litrowym zbiorniku. Paliwa wzrokowo było na tyle dużo, że postanowiłem podzielić się z moim serdecznym przyjacielem ze studiów Mojżeszem. Mojżesz, jako motoprzyjaciel i człowiek, na którego można zawsze liczyć, został obdarowany pewnie jakim litrem beeeenzyny  co miało wystarczyć na dojazd jego, a jakże by inaczej, też półlitrowego enduropotwora.

Paliwo podzielone, sypiemy trasą asfaltową...........  Z racji, że pewnie ze dwa moto i quad miały sprawne światła kolumna została ustawiona w jedyny logiczny sposób, czyli pojazdy ze światłami jadą na szpicy i ogonie, reszta w środek. Rumuńskie ciężarówki miały napięte harmonogramy więc nie było mowy o bezpiecznym wyprzedzaniu...... Kilka razy wciskając się na trzeciego rozrywali kolumnę w dość nieelegancki i mało bezpieczny sposób. Do wioski leżącej u podnóża góry (nazywała się Varciorowa) prowadziła wybudowana jeszcze za Czałczesku "betonka". Od trasy do wioski było pewnie z 10-15km. Tę trasę znałem dość dobrze bo się nigdzie nie skręcało ino gazu przez kolejne wioski.

Zasada jazdy enduro w grupie jest sieeelnie prosta: "pilnujemy zawodnika za nami, jak go nie ma to stajemy i czekamy, jak się zbierze cała grupa to szukamy zguby". Proste i działa zawsze pod warunkiem, że się oglądamy za siebie. Po zjechaniu z głównej trasy jedziemy luźno bez kolumny. Prawie cały czas jadę na końcu. W pewnym momencie bez najmniejszego strzału w wydech, kichnięcia, parsknięcia czy czegokolwiek silnik gaśnie. Wzrokiem odprowadzam motokumpli, słyszę tylko jak motory miarowo ciągną pod górę kolejnymi serpentynami....... Złażę z motóra i z przykrością stwierdzam, że oba kraniki były już na rezerwie, a w kotle sosu brak. No nic, pocieszam się, że "zasada enduro" zaraz sprowadzi pomoc. 5,10,15 minut czekam i nic. Góry zasłaniają wszelkie światło. Jest tak ciemno że ręki przyłożonej do czubka nosa nie widać. Odgłosy dochodzące z krzaków przypominają mi o bandach dzikich głodnych psów i o nieśfieciach co takim mototurystom by nie pogardzili.

Nagle z oddali słyszę jakiś dziwny dźwięk, jakby ciężarówka czy inne licho. Z sekundy na sekundę dźwięk coraz wyraźniejszy, ale pojazdu nie widać. Daleko pojawia się drobniutkie światełko, jednak pozycję silnika oceniam na kilkanaście metrów ode mnie...... Po chwili już wiem o co chodzi. Chłop jechał traktorem totalnie bez świateł, doskonale znając drogę do swojej wioski, przedostatniej przed górami. Zapalał jedyne światło jakie miał, czyli latarkę w Nokabilii, lecz robił to tylko na zakrętach. Tak ostrzegawczo dla bezpieczeństwa. Po krótkiej rozmowie w językach rumuńskim, migowym, niemieckim i polskim gość łapie, że nie mam wachy, a motor kaput. Wyraźnie daje znać, że mam miejsce na przyczepie.......

Motor załadowany, gość ma ruszać, ale mnie coś tknęło "dobrze się zaprzyj, wrzuć bieg i trzymaj heble". Gdybym tego nie zrobił to pewnie byśmy ładowali jeszcze raz. Kolo okazał się niebywale „delikatnie” obchodzącym się z pedałem sprzęgła kierowcą. Jego jazda była sieeelnie w stylu niemieckim "albo full, albo null". Traktor rusza z kopyta. Po chwili zaczynam kasłać tak samo jak traktorzysta. Myślę sobie, że pewnie oleju bierze tyle co ropy...... Darowanemu koniowi nie zagląda się w tryby. Lepiej niewygodnie jechać niż wygodnie pchać.W ten sposób docieram 5km przed celem. U chłopa pod domem rozładowujemy motor, a on sam przynosi mi w wątpliwej czystości butelce 1,5 litra benzyny :))))))))))))  Zaliwam kocioł, odpalam sprzęt przybijam piątaka, kłaniam się nisko po same wiecie co, rzucam na koniec rumuńskie "Mulcumesk", czyli dziękuję bardzo, i ruuuuuuuuuuura na Varciorową. Na odjezdne rzucam okiem na traktor i od razu pojmuję czemu obaj z traktorzystą zawzięcie się dusiliśmy. Rumuńskie traktory, które służą do zrywki drzewa mają kominy/wydech skierowane wprost na kierowcę, tylko po to by nie urywać wydechów o gałęzie. Jakby nie można było tego jakoś w dół skierować czy jak????

Mijam znak z nazwą wioski. Tylko "urwa" który to był dom? Kręcę się, szukam od domu do domu, miejscowym tłumaczę jak tylko umiem czego/kogo szukam (a jedyne co pamiętałem, to to że nasz gospodarz miał na imię Marius). W końcu trafiam pod dom gdzie czeka sam gospodarz, a Koledzy w totalnej nieświadomości siedzą przy zimnym piwie i rozpamiętują dzisiejsze wydarzenia. Wpadam lekko mówiąc zdenerwowany i się pytam czemu się żaden pajac nie zainteresował, się że coś nas za mało..... Sprawa okazała się prosta. Mój rodzony brat udał się pod prysznic, który był na zewnątrz. Jak się serdeczny przyjaciel Mojżesz zapytał o Damiana to ktoś stwierdził, że się prysznicuje, więc wsio wyglądało poprawnie........ Niestety o mojego brata się nikt nie pytał bo on się nie gubi i sztuki się zgadzały.

W towarzystwie endurowym jestem silnie znany z tego, że potrafię się zgubić na własnym podwórku. Koledzy mieli niezłą bekę, że trafiło się to właśnie mi. Timishoara i Ursus (miejscowe złote trunki) miały tego wieczora niebywały smak.

To tak z grubsza o endurowaniu rumuńskim traktorem. O cholera to mój  najdłuższy post na DJ.

Damian