zdjęcie z Rumunii

Damian po spisaniu wspomnień z rumuńskim enduro na traktorze przypomniał sobie jeszcze kolejną historię

Drugi dzień jazdy, nasz przewodnik Kacper tnie w dół drogą WYBRUKOWANĄ, którą normalnie poruszają się ciężarówki zwożące drewno z lasu (żadne aj waj zwykła droga).... Droga jak to w górach, kręta, winkiel za winklem, z racji bruku (a może dokładniej ułożonych kamieni otoczaków) nie do końca równa i przyczepna. Jak zwykle jadę spokojnie na końcu, ale widzę, że przewodnik daje zdrowo po zaworach, a cała reszta ekipy jakoś przysypia...... Kolejne winkle, bieg w górę, bieg w dół, ale zawsze dużo gazu półlitrówki, to lubiejo,  słowem cisnę ostro za Kacprem. Wyprzedziłem maruderów (brata, Mojżesza i Pajęczaka). Kacper sporo przede mną, ale mam kontakt wzrokowy. Winkiel w prawo, prosta, widzę że jest winkiel w lewo......... łosz kurna chyba za szybko.... Hebluję, przodek ucieka, budzę się pod skałą, noga leży pod motorem i boli, nie nie boli napier.......

Zaraz dojeżdża reszta ekipy, pozbierali motor, zdjąłem but, noga puchnie niemiłosiernie nie wróżąc nic dobrego.... Po chwili jest i Kacper........ Co robimy bo noga boli? Do Pojana Marului mamy ze 3km. Jedziemy, usiądziemy pod sklepem, wypijemy po pifffku  i coś wymyślimy. Pod sklepem spotykamy 3 Polaków też upalających enduro po górach. Jeden z kumpli wychodzi ze sklepu częstując wszystkich zimną Timishoarką, a mnie daje loda w kubeczku....... Zaczynam go otwierać, a on do mnie "ciemniaku to nie do jedzenia tylko do przyłożenia do nogi".
  
Jeden z Polaków z drugiej ekipy spoglądnął na nogę i stwierdził „weź sobie świeży patyk z drzewa okoruj”. Na co ja „po co?”, a on na to, że  przeciwbólowo. Pytam domyślnie „aaaaa mam sobie nogę usztywnić?", on na to "nie wsadź w zęby bo to boleć nie przestanie". No nic, sobie pomyślałem, chciało się pajacować to trzeba teraz swoje odcierpieć.

Rozkminialiśmy jak mnie na kwaterę odtransportować. Możliwości są dwie: -jeden leci po busa i dogina na około asfaltem (ponad 100km w te i wefte) -wracamy na kołach.
Opcja motocyklowa była tylko jedna. W mojej półlitrówce nie działa rozrusznik, bo prawdziwi mężczyźni swoje półlitrówki palą z kopa. Ino lewa kopie (bo kopniak z lewej), a lewa uszkodzona :-(  Więc serdeczny przyjaciel mi odpali, a potem wsadzą mnie na motóra i reszta pójdzie z górki (nawet jak będzie pod górkę  )..... Kolega "puchnie" po 3 kopnięciach. Brat go odpędza mając identyko półlitrówkę jak moja ........ Puchnie po 20 kopach. Nie mogąc patrzeć jak oni sobie nie radzą drę się z daleka "z drogi leszcze ja Wam pokażę jak to się robi". We dwóch wsadzają mnie na potwora. Połamaną (jak się potem okazało) nogą (używając odprężnika) podprowadzam pod GMP, zaciskam zęby i sruuu...... Motor zaskakuje - możemy jechać.  Po tym jak mi ze dwa razy zgasł przyjaciel serdeczny odstępuje mi swojego pomarańcza bo w nim działa rozrusznik...... Gdy pojeździł moim to stwierdza nigdy więcej takim złomem!!!!

Kilkanaście kilosów przez góry, w większości na siedząco lub na jednej nodze i jesteśmy na kwaterze u gospodarza. Wszyscy mają bekę z mojej połamanej nogi i robią sobie z nią zdjęcia bo jest dokładnie 2x grubsza niż ta nieuszkodzona....... Nasz gospodarz stwierdza, że nie ma co na razie iść do śpitala ino mają tu takiego Ziutka w okolicy co "uzdrawia". Golfem 3 zapier....niemiłosiernie w nocy po górskich serpentynkach. Lądujemy u naszego Harego z Tybetu. Obglądnął nogę i stwierdził „ino masaż”.  Wzion jakieś pasty i masuje kopyto. Przyznam, że przez chwilę nawet się lepiej zrobiło, ale ogólnie to łzy mi z bólu same leciały i zużyłem cały zasób przekleństw, z których jedno z nich nawet znali. Jest znane na całym świecie (przez Polaków rozsławione), a u nich oznacza zakręt ino pisze się przez "c".

Rano noga jeszcze większa. Diecezja zapadła, że lecimy do śpitala. Serdeczny przyjaciel, jako że perfekt szprecha po germańsku, poświęcił jeden dzień jazdy i razem z gospodarzem Mariusem lecimy do Caransebes do szpitala (kontakt z Mariusem był tylko po niemiecku i on coś tam tłumaczył...... tyle co zrozumiał, bo jego niemiecki to perfekcyjny zdecydowanie nie był).  Niech no mi ktoś ponarzeka na naszą służbę zdrowia i śpitale to go do Rumunii odeślę. Naj sampierw trafiła się bariera językowa....... Ja po angielsku i polsku, Mojżesz po niemiecku i polsku więc łatwo policzyć, że mówimy już w 4 językach. Jednak to za mało, bo lekarze trochi po fransusku i oczywiście po rumuńsku. Po dłuższym czasie trafia się Pani ordynator, spikająca biegle po germańsku, co niebywale upraszcza naszą sytuancję...... Koniec końców ląduje w gipsie, zrobionym na rumuński NFZ, pomimo ważnego ubezpieczenia (olali zwrot kasy-bogaty kraj?). Jak się Pani ordynator dowiedziała, co nasz uzdrowiciel zrobił z moją nogą to się uderzyła w głowę co pojąłem bo po niemiecku sporo rozumiem. A i sam przeczuwałem się, że wybrał najgorszą z możliwych opcji......

Na koniec dostałem ze szpitala takie zdjęcie, którego jeszcze żaden kumpel nie ma z Rumunii........ czyli rentgenowskie. "ZŁAMANA" to zabrzmiało jak wyrok, tym bardziej, że było to drugiego dnia jazdy. Jeden dzień jechałem na ketanolu (taki fajny przeciwbólowiec), a potem to już tylko palineczka mi pomagała. Wtedy poznałem kolejną zasadę endurowania......"szanuj sprzęt a przede wszystkim siebie, żeby było jak wracać".

Dawno nie widziałem takiej windy co to wymaga windowego, który na tyle precyzyjnie dojedzie podłogą kabiny do poziomu danego piętra coby się wózkiem dało wyjechać . Winda to tylko jeden z jaskrawych przejawów siermiężnej komuny jaka tam panowała. Drugim była "dyskretna" łapówa dana lekarzowi, który chciał, a niby nie chciał. Wyliczać można pewnie cały dzień. Tak przeleżałem 5 dni przy okazji przebywając w sadzie pod PZU Jabłonką....... czyli jedynym miejscem, z którego można się było dodzwonić do Polski do PZU celem zgłoszenia "awarii". Nie opiszę tego co wyczyniałem po palince bo nie wszystko pamiętam, ale podobno był ze mną niezły kabaret.
 
Tak a‘propos szpitala, to nasz gospodarz nie chciał tam jechać. Na początku myślałem, że ma układ z Harym uzdrowicielem i za klienta dostanie działę, ale potem zrozumiałem, że gospodarz chciał jak najlepiej, o układzie z uzdrowicielem nie było mowy, a wyszło jak wyszło. Nauczka na przyszłość.

Husaberga i porwaną w wypadku koszulkę mam do dziś.

Damian