serwis garbatego

Krzych przy herbatce w styczniową sobotę na Księżycu

Co Ty synu powiadasz? Nie możesz składać Junaka bo zimno masz w garażu? Posłuchaj. Dawno, dawno temu, kiedy większość z Was Kamrateńki po drabinie wchodziła na dywan, miałem garbusa. Dobry to był wóz. Nie psuł się za często choć pierwszą młodość miał już za sobą. Słowem w serwisie nieczęsto bywał, a po prawdzie to nigdy, bo w tych czasach kierowcy sami dbali o auta. Ja w piwnicy miałem na wszelki wypadek drugi silnik i kupę gratów :-) Pewnego dnia wracając z roboty usłyszałem, że łożysko w sprzęgle kończy swój pracowity żywot. Następnego dnia mieliśmy gdzieś jechać w trasę więc zaparkowałem garbiego na chodniku pod blokiem, a że było już ciemno, bo to była zima, przed przystąpieniem do naprawy musiałem pociągnąć tymczasową linię energetyczną. Byłem na to przygotowany. Dłuuuuugaśny przedłużacz spuszczony z okna zawisł na drzewie rosnącym pod blokiem, potem na kolejnym po drugiej stronie ulicy i już miałem jasność.
garbus
Wyjęcie silnika to tylko kilka chwil. Ruszałem się żwawo nie tylko ze względu na późną porę, ale też żeby się rozgrzać. Diagnoza postawiona na słuch była słuszna - łożysko sprzęgła. Szybko do piwnicy po zapas, który pozyskałem z drugiego silnika. W tym czasie spadł śnieg i zrobiło się bajkowo. Cała uliczka, drzewa, samochody i krzaczki pokryte świeżym puchem. Bajkowo :-) Założenie łożyska to tylko chwilka. Silnik trafił na miejsce, tymczasowa linia energetyczna została zwinięta, kolacja zjedzona i nazajutrz o ósmej rano pojechaliśmy w trasę. Tak to Kamrateńku w owych czasach bywało!