dzień 9: Pribiereżne

Chciałoby się zostać, ale narzuciłem sobie dyscyplinę i zasadę, że każda noc w innym miejscu. W drogę ku górzystej części Krymu. Na horyzoncie pierwsze górki.





Coś tam się błyszczy z dala, to dach cerkwi zbudowanej na szczycie.





Góry schodzą do samego morza...



... a w dole Foroz, Ałupka...



... Jałta...



Gdy pomyślałem, że miałbym tam zjechać w upał i tłum wczasowiczów  odpuściłem i darłem dalej w kierunku pustych miejsc zaczynających się za Ałusztą.





Tu zaczęła się obłędnie pokręcona droga. Na odcinku 120km wije się przez góry. Do Sudaku jest 70km i praktycznie nie ma tam odcinka prostego. Zakręt przechodzi w zakręt, a co jakiś czas informacja, że kolejny będzie ostry. W moim przypadku 2'ka i 3'ka a czasem 1'ka i jazda jak na kolejce górskiej.







Po godzinie zakręciło mi się w głowie i zrobiłem postój. Po chwili dał się słyszeć miarowy pomruk i pojawił się Niemiec na HD. Jechał z Francji, zwiedzał Ukrainę, w planach miał Mołdawię. Zakręty mu się baaardzo podobały o czym świadczy jego uśmiech. Mówił, że u nich nikt nie wie o tych wspaniałych terenach. U nas też wiedza ta nie jest powszechna :-)



Ostatni łyk lemoniady Krym - polecam tę markę...



... i zbliżam się do Sudaku.
Twierdza w Sudaku to jedno z niewielu dzieł rąk ludzkich, które zwiedzałem po drodze. Robi wrażenie swoim rozmiarem i położeniem na urwistym brzegu. Wdrapanie się na górę bez miecza, zbroi i nie ostrzeliwanym przez nikogo było trudne. A co dopiero atakować to miejsce? Mój atak się powiódł :-)









Tą drogą przyjechałem ~~~~



A czy ja jestem kozicą?



Dość tych wygłupów, ostatni rzut oka z góry i...



... czas na obiadek...



... a potem chwila dla motocykla. Od ostatniej wymiany oleju minęło ponad 6.000km a jutro mam się zmierzyć z bezdrożami na Arabatskiej Striłce. Należy się nowe masło :-) Jedyny serwis, który wyszukałem to myjnia, a na niej kilku młodych chłopaków. Ciekawe pogawędki przy robocie. Pokazywali na mapie gdzie warto pojechać żeby zobaczyć prawdziwie dzikie tereny. Stara droga przez góry wytyczona dla koni, oni śmigają tam skuterkami więc wjechać się da. 60km bez jakiejkolwiek osady, bezludzie, góry... chciałoby się, ale przygoda musi poczekać na następny raz z Kamratami.

Troszkę się rozlało. Nawet wolę nie dociekać co zrobili z wiaderkiem ze zużytym olejkiem :-(  Przy okazji uzupełnienie oleju w przednich amortyzatorach. Jutro się ta zapobiegliwość przyda.



Wieczór spędzam na plaży. 30m od brzegu skakały delfiny. Nie były jednak tak uprzejme aby pozować do zdjęć. Nocleg "pod dachem" bez rozbijania namiotu.





Myśląc o jutrzejszym wyzwaniu minę mam nietęgą ;-(




>> dzień 10