dzień 1: w wigwamie Wodza

czarny kot, grupa w komplecie, Igor pod prysznicem, duży dłużej więcej, Krzych przeżywa chwile grozy, pijemy guajazyl i zimne piwko z Wodzem

Zazwyczaj start w dłuższą trasę planuję z kosmodromu Luna. Tak stało się i tym razem. W sobotni poranek w Księżycowej łoboorce spotkało się pięć osób. Trójka młodych ludzi, w tym dwójka rowerzystów i motocyklista, żegnało dwóch, eufemistycznie mówiąc, dojrzałych i wytrawnych podróżników. Po stronie podróżników, licząc ich samych i wierzchowce, można było zapisać dwieście dziewiętnaście lat doświadczeń na drogach i szosach życia i ponad dwieście tysięcy kilometrów.

Jednak i komitet pożegnalny do zwykłych nie należał. Bartek mimo dwudziestu kilku wiosen życia na rowerze pokonał ponad sto tysięcy kilometrów!!! Łączy go z nami pasja motocyklowa. Jak się poznaliśmy?

„Dobry wieczór Panu. Z którego roku jest ten Junak? Sześćdziesiąty czwarty? Ja też mam Junaka - po pradziadku! Odbudowaliśmy go razem z Ojcem. On też jest pasjonatem. Ma kolekcję wszystkich modeli kraników stosowanych w Junakach, stacyjek... Czego on tam nie ma?”

Tak pod kościołem u Dominikanów poznałem Bartka. Trochę trwało zanim przekonałem go żebyśmy mówili sobie po imieniu. Od tego czasu minęło kilka lat. Nie umawiając się spotykamy się co jakiś czas po wieczornej Mszy w tym samym miejscu i snujemy opowieści o pasji i przygodach na dwóch kółkach. Nie mieliśmy jeszcze okazji razem wybrać się w trasę, bo Bartek ma rozdarte serce. Z jednej strony Junak, a z drugiej rower. Jako ciekawostkę podam, że planujemy wydać jesienią coś na kształt książki o naszych przygodach na dwóch kółkach.

Motocyklistą był nasz kamrat z Dzikiego Junaka Młynek. To postać barwna i nietuzinkowa. Niech za całą charakterystykę posłuży to, że jest bodaj pierwszym prawnikiem, który do pracy dojeżdżał Rometem Chartem!!! Prawników stać na każdą ekstrawagancję, ale na taką tylko Jego :-)



Mieliśmy wystartować około ósmej. Czy wspominałem już, że najgorszą rzeczą w podróżach jest posiadanie planu? Gdy się go ma jest ryzyko, że coś stanie na przeszkodzie jego realizacji. Przy braku ryzyko to zredukowane jest do zera. Tym razem jednak plan był niezbędny bo musieliśmy się jakoś umówić z trzecim członkiem naszej ekspedycji Igorem. Igora niektórzy mieli okazję poznać osobiście na Drugim Światowym Spotkaniu Junaka. Przedstawiałem go również na tej stronie opisując wycieczkę pod hasłem „u nas to rodzinne”. To mój (przyrodni) brat zarażony, to rodzinne, bakcylem klasycznych motocykli.Tak więc trzech braci (Krzych jako mój CotecznoStryjecznyBratChrzestny jest też siłą rzeczy bratem Igora) umówiło się na spotkanie w Końskich skąd miało wyruszyć w kierunku PRZYGODY.

Dla Krzycha przygoda zaczęła się poprzedniego wieczora. W Junaku uzupełniony olej, naciągnięty łańcuch, rękawem marynarki przetarty z kurzu bak, słowem prawie wszystko przygotowane. Jeszcze tylko zatankować żeby z rana nie tracić czasu i gotowe. Zatankować, zielony pistolet, benzyna… kołatało w umęczonej głowie (ostatnie dwa dni walczył z audytem ważnej instytucji), zielony, benzyna, zatankować, zielony… Chcąc pożegnać się z Mamą wskoczył do auta i pognał. Po drodze szybkie tankowanie. Zielony, zatankować, benzyna… Start spod domu Mamy. Rozrusznik kręci, kontroli się palą, silnik milczy. Zatankować? Zielony? Benzyna? Toż to diesel!!!  Autopomoc, holowanie na Księżyc, zaprzyjaźniony warsztat pracujący w nocy, spuszczanie paliwa. I tak dobrze po północy wpełzł utrudzony do swojego łóżeczka, w którym na dwa tygodnie pozostawiał samotną Anitę.

Żegnani przez honorowy komitet ruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Przez kawałek towarzyszył nam Młynek. Ostatnie uśmiechy, lewa w górę i jedziemy do Końskich. W okolicach Pęcic widzimy startującego z lewego pobocza czarnego kota. Śmignął tuż przed jadącym przed nami autem. Kierowca gwałtownie przyhamował i stanął w autobusowej zatoczce dając nam wolną drogę i zaszczyt przecięcia kociego śladu. Po chwili stojąc pod światłami śmialiśmy się serdecznie wraz z nim doceniając refleks i zabobonną zapobiegliwość. Nas koty nie ruszają. Nie? Za kilka godzin się okaże.

Końskie

Spotkanie w Końskich. Razem studiujemy mapę i ustalamy dalszą trasę. Wbrew zasadzie nieplanowania tym razem mieliśmy ustalony nocleg. Gościnny wigwam Wodza czekał na nas w Zakopanem. Po drodze złapał nas deszcz. Może to ten kot? Igorowi wyprzedzającemu ciężarówkę na chwilę wyłączono wizję. To spora kałuża zamieniła się w mega prysznic pod jej kołami. Nie to nie kot. Wszystko w porządku. Wizja wróciła na czas. Jedziemy dalej.

W którejś z mijanych miejscowości zjeżdżamy na stację. Krzych poczuł, że tył lekko zarzuca. Może to ten kot? Nie to nie kot tylko trzeba lekko dmuchnąć w oponkę. Przy okazji zapoznajemy się z naukowym opisem wykorzystania myjni bezdotykowej. „Duży dłużej więcej” – człowiek uczy się całe życie.

duży dłużej więcej

Ani się obejrzeliśmy i już jesteśmy na słynnej Zakopiance. To tu tysiące rodaków spędza weekendy stojąc w korku i podziwiając sylwetki Tatr. Dziś korka nie było choć na krętych podjazdach i zjazdach było sporo aut. Nagle w lusterkach zabrakło Krzycha, który pilnował tyłu peletonu. Czekamy chwilę i zawracamy. Jest. Stoi na poboczu. Na twarzy lekki uśmiech, ale znam go zbyt długo by się dać nabrać. Co się stało? Może to ten kot? Na jednym z zakrętów złapał gumę w tylnym kole. W zeszłym roku widział czym to się może skończyć kiedy ja leżałem na słowackiej autostradzie. Tyle, że wtedy droga była pusta. Tu sznurek aut. Na szczęście kierowcy zachowali się przytomnie hamując i zachowując najwyższą ostrożność. Krzych lekko hamując silnikiem i przodem (właściwie nie wiemy jak się zachowywać w takiej sytuacji) utrzymał się w siodle i zdołał bezpiecznie zjechać na pobocze. Nie, to nie kot.

Wymiana dętki to dla Krzycha chwilka i ruszamy dalej.  U Wodza serdecznie powitanie. Królewski obiad serwowany przez szanowną i wyrozumiałą małżonkę i po uzyskaniu pozwolenia wyciągamy Wodza na miasto. Po drodze odwiedziny w aptece. Od kilku dni męczy mnie kaszel. Wódz też się uskarża. Z młodości pamiętamy cudowne działanie guajazylu. Okazuje się, że jest dostępny. Proszę zaspanego pana magistra o jakieś kieliszki. Miał, a jakże i to z fikuśnymi łopatkami przymocowanymi do pokrywek. Do czego te łopatki? Może to odpowiednik palemek i parasolek w egzotycznych drinkach? A może do czegoś innego? Guajazyl pomagał czterdzieści lat temu, pomógł i teraz. Moc tradycji. Koleżkowie pili tego wieczora piwo, a ja pociągałem z kieliszka z łopatką.

guajazylowe drinki

Przed północą meldujemy się w łóżeczkach. Ten kot na szczęście musiał być zwietrzały.

>> dzień 2