dzień 3: Chorwacja kemping Podaca

ślady grozy, groza, szutry w górach, nieogarnialne widoki, piętnaście minut spóźnienia, miły koniec dnia

Rano śniadanko, pakowanie gratów do sakw, worów i kufrów i w drogę. Zostawiamy za sobą chłody i słoty. Już w Chorwacji żar leje się z nieba. Zaczynają się prawdziwe wakacje :-) Ogólny plan na dziś to dotarcie do Adriatyku. Po drodze Chorwacja, Bośnia i Hercegowina i Chorwacja po raz wtóry.

pakowanie

Pierwsza Chorwacja bez specjalnych wrażeń. Dość plaskato, droga niezła, słoneczko dogrzewa. Jakiś sklep, banany, zimna cola, rozmowy pod sklepem z rowerzystą szczerze zainteresowanym naszymi pojazdami. Lekko, łatwo i przyjemnie. Nawet Krzychowi udało się zmusić do działania kartę bankomatową, która początkowo odmawiała współpracy. Może już podróżować jak Tytus z książeczką czekową.

Zmieniamy kraj na  Bośnię i Hercegowinę. Tu, choć krajobrazy zaczęły się ciekawe, wieje grozą. W mijanych wioskach ślady minionej wojny, tej z lat dziewięćdziesiątych. Czasami pojedyncze domy, czasami fragmenty miejscowości, a czasami całe wioski ruin. Ślady po pociskach, rozbite ściany, dachy... zgroza. Pewnie jest to była własność ludzi, których metodycznie eksterminowano lub zmuszano do ucieczki. To musi być tu ciągle gorący temat. Współczesne ślady - zamalowane sprayem tablice z nazwami miejscowości. Są one dwujęzyczne pisane cyrylicą i alfabetem łaciński. Te cyrylicą są zamazywane. Przez kogo? Uczymy się historii starożytnego Rzymu, a o współczesnej Europie tam mało wiemy.



Wspinamy się na przełęcz, potem droga prowadzi w dół do miasta leżącego w kotlinie. Główną atrakcją jest huta i koksownia. Z kominów wydobywa się gęsty szary dym, nad plątaniną konstrukcji płonie wieczny ogień, miasto pokryte jest rdzawym pyłem. GPS usiłował skierować nas na boczną drogę. Niestety na pewnym fragmencie była zamknięta. Próby znalezienia objazdu zaprowadziły w okolicę huty. Jakieś na wpół zrujnowane konstrukcje, przejazdy kolejowe, ślepe dróżki, rdzawy pył... Pokręciliśmy się przez chwilę i uznaliśmy, że  trzeba namówić GPS do znalezienia innej trasy. Nie wiem jak koledzy, ja w każdym razie czułem się jak na planie filmu grozy.

Wyrywamy się z miasta i podciągamy kawałek drogą krajową, ale tylko tyle ile trzeba by dotrzeć do wąskiej drogi łączącej dwie doliny przedzielone wysokimi górami. Wąski pasek asfaltu po dwudziestu kilometrach przechodzi w drogę szutrową, by po kolejnych trzydziestu doprowadzić  nas na drugą stronę pasma gór. Przed zanurzeniem się w "dzicz" bocznych dróg zajechaliśmy na stację. Co oni tam mają w zbiornikach? Paliwo tak intensywnie pachniało acetonem i rozpuszczalnikiem nitro, że zapachu benzyny nie dało się wyczuć. Krzych przez nieuwagę lekko pochlapał zbiornik. To coś rozpuściło szparunki!!!

Kolejne pasma gór były jeszcze wyższe i jeszcze piękniejsze. Tym razem przemknęliśmy się dobrymi drogami. Setki zakrętów, widoki zapierające dech w piersiach, krajowcy Golfami jedynkami pomykający "na czołówkę". Słowem nie nudziliśmy się. Jak barbarzyńcy przemknęliśmy koło Mostaru. Tam jest ponoć największej urody most, którego nie można nie zobaczyć. Nam się udało :-)

Powoli kończą się góry i kończy się Bośnia i Hercegowina. Wpadamy drugi raz w tym dniu do Chorwacji. Kierujemy się na Ploce skąd kilka razy dziennie pływa prom na półwysep Peljesac. Stamtąd kawałeczek na kołach i kolejny prom na Korculę. Do portu w Ploce wpadliśmy dziesięć minut po odpłynięciu ostatniego tego dnia promu. Nie ma o co kruszyć kopii. Gdyby spóźnienie wynosiło godzinę to rozumiem, ale dziesięć minut? To się (prawie) nie liczy :-)  A może to czarny kot z pierwszego dnia? Nie, cóż winien biedny sierściuch? My po prostu nawet nie znaliśmy rozkładu kursowania promu. Pełen spontan.

Ploce

Ploce

Ploce

Musieliśmy poszukać jakiegoś noclegu na stałym lądzie. Znajdujemy mały przytulny kemping. Działa od maja tego roku. Schludnie i czysto, kontaktowy recepcjonista, gaj oliwny, widok na morze, Peljesac i Korculę na horyzoncie. Czegóż chcieć więcej? Krzych jeszcze jest nieufny (pod koniec wyjazdu się przekonał do noclegów pod chmurką) stawia namiot. My z Igorem mościmy sobie posłania pod gołym niebem. Woda się gotuje, pomidorki i cebulka pokrojone, kanapki muśnięte mgiełką majonezu, zimne piwo (to koledzy) i Cola (to ja) w ręce. Kolacja przy księżycu i gwiazdach - marzenie. 


>> dzień 4