dzień 12: Warszawa

Do domu 620km. O ile nie będzie niespodzianek następny nocleg we własnym łóżku. Nie tracąc czasu na podziwianie krajobrazów koncentruję się na omijaniu dziur w drodze i wypatrywaniu patroli milicji. Szczęśliwie udało się jedno i drugie. Jedyna strata czasu to niespodziewana wizyta prawie w centrum Lwowa. Oznaczenia dróg są fatalne. Na wlocie do Lwowa spodziewałem się kierunkowskazów na obwodnicę, Rawę Ruską, Polskę lub "coś w podobie". Był jeden jedyny na Kijów i go przeoczyłem. Po kilkukilometrowym slalomie wśród autobusów miejskich, gruzawików, pieszych i mnóstwa osobówek zawróciłem i podążyłem na ten Kijów czyli na obwodnicę. Potem już z górki i na granicy melduję się o 10:00 a dzięki mykowi ze zmianą strefy czasowej robi się 9:00. No cóż łatwo przyszło łatwo poszło, bo samo przekroczenie to raptem półtorej godziny i znów godzina dziesiąta.



Ale teraz już jestem gość. O granicy wiem prawie wszystko i przepychając motocykl pomiędzy autami czekającymi tam od 3:30 i ich znużonymi kierowcami docieram do polskich pograniczników. Co ciekawe to oni są powodem powolnej odprawy tego strumienia aut. Na 8 linii działa tylko jedna, a nasze dzielne pograniczniczki rękawów sobie nie urywają. Jeszcze pytanie co wiozę. Więc uprzejmie oznajmiam, że w jednej sakwie spiryt, w drugiej papierochy, w worze kałachy, a w piórniku marychę. Po zebraniu tych informacji wpuścili mnie do kraju :-)  Tu rozstałem się z Żabą kilka dni temu i tu wróciłem szczęśliwie!!!



Żaba wyruszył naprzeciw, ale melduje ze stacji benzynowej w Narolu, że Junak przerywa więc go naprawia i mam jechać w jego stronę. Spotykamy się na stacji. Okazało się, że podczas wiosennego przeglądu nie dokręcił dyszy w gaziorku. Po chwili wszystko działa...



... i pędzimy na kawkę.



Od Żaby do Warszawy, a właściwie Księżycowej Łoboorki ogień. Do mostu Siekierkowskiego miałem średnią prędkość 76,5km/h  -  nigdy jeszcze w takim tempie nie leciałem. A warto było. U Krzycha Kamratka i Kamraci zgotowali iście królewskie powitanie. Trofeum, szarfa, uściski, gorączkowe opowieści, soczki, kawka, ciacha... słów brak. I tak zaczynając z łoboorki dotarłem z powrotem zataczając pętelkę przez Dzikowisko i Krym. Trzeba zacząć myśleć o kolejnym wyjeździe. Tym razem z Kamratami!!!











>> wstęp