dzień 5: dzicz w Montenegro

riders in the storm, szukamy lokalnej waluty w Czarnogórze, nocleg w obiekcie z czasów produkcji Junaka

Zerwałem się bladym świtem żeby przeprowadzić mały przegląd motocykla: olej (poziom nie zmienił się od wyjazdu), szpilki mocujące silnik (trzymają się mocno) i naciągnięcie łańcucha (dynda się jak barani ogon). Szybka kąpiel w morzu przed śniadaniem. Tatuś wczuł się w "rodzicielskie" obowiązki pilnując żebym nie wypływał za daleko i nie nurkował za głęboko. Niepotrzebnie się martwił, bo w ramach ubezpieczenia wakacyjnego zapłaciłem za opcję transportu zwłok :-)

serwis

poranna kąpiel

Igor stanął do garów. Dziesięć jajek, pomidory, kiełbasa, cebula - za dużo tego dobrego na jedną patelnię. Składniki trafiły do garnka i upichcił przepyszną zupę jajową. Herbata, kawa Inka, stół na tarasie z widokiem na okoliczne górki, jajecznica, twarożek, pomidorki... pycha.

Nienerwowo pakujemy graty. Nic dziwnego, że takim wakacyjnym tempie dopiero około jedenastej jesteśmy gotowi do drogi. Klucz zgodnie z poleceniem gospodarza zostawiamy w drzwiach. Nad górami zawisły niskie chmury. Czyżby miało nieco popadać?

Palimy wrotki i startujemy w kierunku promu. Już prawie jesteśmy na miejscu gdy stwierdzamy, że Krzych gdzieś się zagubił. Igor zostaje, a ja wracam. Jeden zakręt, drugi, trzeci... trzydziesty trzeci i nic. Już dojechałem do miejsca gdzie widziałem go po raz ostatni. Naraz grzmot i z początkowo niewinnie wyglądających chmurek spada ulewny deszcz. Nie ma co wkładać przeciwdeszczówki bo wracając uciekam przed prysznicem. Wkładam za to całe serce w jak najszybsze pokonywanie zakrętów. Wspaniała frajda. Koleżkowie czekali na mnie w porcie. W ostatniej chwili chowam się przed ulewą pod dach baru. Na szczęście zanim przypłynął prom ulewa przeszła, a było na co patrzeć!!!

Gdy zjeżdżamy z promu deszcz powraca. Wciągamy przeciwdeszczówki i dalej w drogę w kierunku Dubrownika. Po drodze tankowanie. W tym czasie chmura całkiem się urwała i spadała w nieprzebranych strumieniach. Zadzwoniłem do kolegi do firmy i otrzymałem najświeższy komunikat. Na stronie www.sat24.com widać, że chmury już niedługo powinny przesunąć się w głąb lądu, a nad morzem jest już zupełnie czyste niebo. Ten komunikat przekazałem czwórce szwedzkich rowerzystów. Na chwilę się odwróciłem, a oni w tym czasie bohatersko ruszyli w deszcz. Pewnie ocenili, że skoro niedługo wyjdzie słoneczko to wyschną w drodze. Twardziele.

My też zebraliśmy się aby podeschnąć w trasie. Nie było to łatwe, bo co jakiś czas doganialiśmy burzę, a gdy nieco uciekła woda z kałuż wisiała w powietrzu podnoszona przez koła pojazdów. Dubrownik postanowiliśmy zobaczyć jedynie z perspektywy drogi (deszcz nie nastrajał do kontemplowania urody zabytków) i pognaliśmy dalej.

rzut oka na Dubrownik

Muszę przyznać się do pewnego zaniechania. Zresztą nie tylko ja, ale dotyczyło to wszystkich uczestników naszej eskapady. Nikt z nas nie sprawdził kursów walut mijanych krajów. Ba, nawet nie zawsze znaliśmy lokalne waluty. W Albanii miało to wpływ na nasze lekkomyślne decyzje finansowe, ale o  tym napiszę we właściwym czasie. Tymczasem w Czarnogórze dziwowaliśmy się spotykając jedynie ceny wyrażone w Euro. Nasz krajowy serwis informacyjny (Mama Igora) doniósł, że w 1999 z powodu hiperinflacji, która dotknęła jugosłowiańskiego dinara, władze Czarnogóry wprowadziły niemiecką markę jako drugą oficjalną walutę, w roku 2000 marka stała się jedyną oficjalną walutą na terytorium Czarnogóry, a w 2002 marka niemiecka została zastąpiona przez Euro. Podróże kształcą.

Dobrze podeschliśmy i podjedliśmy w mijanej restauracji. Na jej parkingu podsłuchaliśmy z Igorem dziwny monolog Krzycha. "D..a czysta, sucha, nietłusta, a ucieka!" Zgadniecie o czym mówił? My nie wiemy. Może Wam powie?

schniemy

Późnym popołudniem postanowiliśmy szukać noclegu w dziczy. To było jedno z założeń naszej wycieczki - staramy się biwakować na dziko. Poprowadziłem boczną drogą w kierunku zatoki gdzie droga ta kończył się ślepo. Kombinowałem, że tam najłatwiej będzie znaleźć się w dziczy. Stanęliśmy na chwilę w wiosce na końcu drogi. Po drugiej stronie zatoki wypatrzyłem opuszczone budynki i tam skierowaliśmy nasze kroki, czy też lepiej należałoby powiedzieć koła.

w dziczy

Bingo. To było coś na kształt ośrodka wypoczynkowego nieczynnego od, na oko, trzydziestu lat. Rozłożyliśmy się na betonowym podjeździe, z którego rozpościerał się piękny widok na zatokę, a poniżej był wybetonowany fragment nabrzeża z drabinką prowadzącą do krystalicznej wody.

w dziczy

Czy można życzyć sobie lepszej dziczy? Nie rozkładaliśmy namiotów bo niebo bez jednej chmurki obiecywało suchą noc. Kąpiel w morzu, kolacyjka i w blasku Księżyca i gwiazd wciągnęliśmy się w śpiwory. Jeszcze tylko odwiedziło nas ciemne BMW, postało chwilę i nie nawiązując kontaktu odjechało. Dobranoc! 



>> dzień 6