dzień 6: koniec Albanii

zakręceni, uliczna walka, przez góry za dnia, Albania z lotu ptaka, przez góry nocą, Junak kontra Mercedes

Rano wyspani i znakomitych humorach przygotowujemy się na spotkanie Albanii. Niby to tylko kolejny kraj na trasie wyprawy (w sumie granice przekraczaliśmy piętnaście razy), ale jednak szczególny, bo owiany mgiełką tajemnicy, więc czujemy się nieco podekscytowani. Na wyprawie obiecywaliśmy sobie spotkania z dziczą, a gdzie jak nie w Albanii można ją spotkać? 

w dziczy

Nim jednak ujrzymy Albanię mamy do przejechania Czarnogórę. Ponoć najciekawsze tu są góry. My jednak nie mamy czasu na górskie wycieczki. Pas wybrzeża wydaje się najmniej ciekawy. Wybieramy więc wariant pośredni. Pojedziemy wzdłuż jeziora Szkoderskiego. Jak co rano przeglądamy mapę, przewodnik Głazia (co Głazio ma dla nas dzisiaj?) i wpisujemy trasę do GPS'a. To zacne urządzenie nie bardzo chciało nas poprowadzić upatrzoną trasą, ale w końcu dało się przekonać. Jako punkt docelowy obieramy kemping w miejscowości Ksamil polecany przez znajomych Igora z uwagi na życzliwość obsługi, położenie i niskie ceny.

Jak co rano celebrujemy śniadanie, którego obowiązkowym elementem są kanapki ozdobione pomidorem pociągniętym mgiełką majonezu. Na tę okoliczność Igor przygotował specjalną plakietkę na motocykl w formie rebusu.

mgiełka majonezu

Zaplanowana trasa wzdłuż jeziora Szkoderskiego okazała się strzałem w dziesiątkę. Kilkadziesiąt kilometrów krętej drogi z niesamowitymi widokami. Zjazdy, podjazdy, zakręty, kompletna pustka... wspaniałe. Na sam koniec wisienka na torcie. Wspinamy się na wysokość ponad dziewięciuset metrów skąd rozpościera się widok na dolinę gdzie przebiega granica Czarnogóry i Albanii. Siedząc na urwisku i gapiąc się w dal czujemy się jak w samolocie.

jezioro Szkoderskie

jezioro Szkoderskie

jezioro Szkoderskie

Postali, pogadali, widoków się naoglądali i w drogę. Po drodze bliskie spotkanie ze "skorupiakiem". Tym razem uszedł z życiem. Pewnie podobnie jak ten w zeszłym roku w Grecji pierwszy raz widział Junaki, ale z odróżnieniu od tamtego ma szansę, że nie ostatni.

skorupiak

Zjeżdżamy z górki na pazurki (nomen omen) i po niedługim czasie napoczynamy Albanię. Pas nadbrzeżny jest płaski i krajobrazowo dość nudny. Z zainteresowaniem oglądaliśmy natomiast ślady działalności ludzkiej. Przy drogach sporo nowych fabryczek, składów i budynków związanych z jakąś działalnością. Nadzwyczaj dużo spotkać można szrotów. Sporo nowych domów mieszkalnych. W miastach nowe bloki, czyste ulice, biali ludzie na ulicach, sporo dobrych samochodów. Raz na drodze szybkiego ruchu wyprzedziło nas kilka czarnych meroli bez rejestracji, wszystkie nówki, co wyglądało jak dostawa do salonu. Ogólnie Europa. Bankomaty wypłacają w lokalnej walucie i w Euro. Na stacjach płatności kartą nie stanowią problemu. W miejscowościach nadmorskich nowe pensjonaty i hotele. Gdzie tu szukać dziczy? Trzeba gdzieś ją znaleźć, bo inaczej upadnie kolejny stereotyp mówiący o Albanii jako biednym i zacofanym kraju na peryferiach Europy.

w AL

Początkowo dziwiły nas ograniczenia prędkości. Nominalnie w terenie zabudowanym można jechać 40km/h, a poza nim 80km/h. Na autostradach i drogach szybkiego ruchu chyba odpowiednio 110 i 100km/h. Dodatkowo w miastach ciągle stoją znaki ograniczenia do 30km/h. Takie same stały na wielu drogach poza miastem wraz ze znakami o robotach drogowych. Tych robót nie było, ale znaki stały. W mieście większość kierowców stosuje się do ograniczeń, choć nie jest to traktowane w stu procentach doktrynersko. W przestrzeganiu przepisów pomaga spora liczba patroli policji :-) Kierowcy wydawali się przytomni i sympatyczni. Oczywiście to tylko nasze odczucie i to wyniesione ze stosunkowo małej próbki. Niemniej gdy miejscami ruch gęstniał przepychaliśmy się wyprzedzając ciężarówki, a jadący z przeciwka usuwali się robiąc miejsce. Nikt nie mrugał i nie ryczał klaksonem. Wiele razy daliśmy policji pretekst do zatrzymania, ale ani razu nas nie skontrolowali. Odmachiwali natomiast, i to zazwyczaj z uśmiechem, gdy ich pozdrawiałem :-)

W jednym z mijanych miast postanowiliśmy zaopatrzyć się w parę tutejszych złotych. W wiejskich sklepikach było wszystko oprócz terminali do rozliczeń kartami. Podchodzę pierwszy do bankomatu. Nie znając siły pieniądza kieruję się wcześniej wypraktykowanym sposobem. Patrzę jakie kwoty maszyna raczy zaproponować. Odrzucam najniższą i najwyższą, a z pozostałych wybieram na chybił trafił ze wskazaniem na niższe kwoty. Brzmi skomplikowanie? Trochę tak, ale zazwyczaj daje to dobre efekty. No i coś tam wybrałem. Igor i Krzych niewiele się zastanawiając wybrali tę samą opcję co ja. Za dwa dni okaże się jakich to operacji finasowych dokonaliśmy.

Przy okazji mieliśmy fajne spotkanie z młodym lokalesem. Chłopaczek w wieku około dziesięciu lat chciał zrobić sobie fotkę z naszymi motocyklami. Początkowo myślałem, że to jakaś forma naciągactwa, ale posądzałem go niesłusznie. Mały nie dość, że z szerokim uśmiechem to jeszcze gaworzył po angielsku i miał tyle wdzięku, że natychmiast kompletnie nas rozbroił. Po kilku zdjęciach poprosił o kask i bardzo chciał żebyśmy pozowali razem z nim. Jego starszy brat, czy też kumpel, również posługiwał się angielskim. Uprzejmościom nie było końca.

A`propos możliwości dogadania się po angielsku to właściwie nigdzie nie mieliśmy problemów. Nigdzie oprócz knajpy. Mieliśmy wizję, że zjemy coś z rusztu. Wpadliśmy więc do przydrożnej knajpki gdzieś w interiorze. Miła kelnerka wspominała, że rozmawia w italiano. Długo trwało zanim ustaliliśmy, że w ofercie nie mają menu :-) Potem szło już z górki. Zawołany przez panią kelnerkę pomagier nie deklarował znajomości języków tylko pokazywał coś wachlując dłońmi. Ani chybi musiała to być ryba. Kręciliśmy głowami. Krzych w końcu wziął sprawy w swoje ręce i zacząć chrumkać. Tu coś zaświtało obsłudze. Pokiwali głowami i znikli. Teraz na spokojnie myślę, że mogło to być zinterpretowane opacznie. Pokazywać muzułmaninowi, że jest lub jesteśmy świniami, lub w najlepszym razie, że taką świnię chcemy zjeść to rzecz dość ryzykowna. Ale tym razem się udało. Na stół wjechały sałatki z pieczywem, potem zupa gulaszowa i na koniec, gdy byłem przekonany, że niczego nie dam rady zjeść przez tydzień pojawiły się jakieś gnaty z dużymi kawałkami mięsa prosto z grilla. Co to było zanim zmieniło swoją doczesną postać na potrawę tego nie byliśmy w stanie dojść. Raczej nie świnia i chyba też nie pies. Może koza? Może baran? Bardzo dobre. Posiedzieliśmy, odpoczęliśmy i zapłaciwszy pognaliśmy dalej. Przy płaceniu zdiwiłem się nieco, że wyliczyli nam taką kwotę, która w sposób bardzo nieznaczny zmieniła nasz stan posiadania - słowem taniocha. Wyliczony przeze mnie napiwek spotkał się z gorącym przyjęciem graniczącym z niedowierzaniem. Ki czort? Ale przeszedłem nad tym do porządku dziennego.

Pod wieczór wjechaliśmy w dość wysokie góry. Na szczycie wisiała potężna chmura. Wszystko to w dość niesamowitym oświetleniu Księżyca prawie w pełni, który wisiał nad morzem. Góra i chmura urywały się ostro od strony morza w kierunku którego wiodła nasza droga (dobre tysiąc metrów różnicy wysokości), opadając stromo serpentynami. Co chwila z góry dopadał nas z wyciem wiatru kłąb mgły czy też chmury, opadając ku morzu. Niesamowite. Jakieś ślady tego zjawiska można zobaczyć na filmiku (ostatnie sceny) poniżej.

I na tej drodze, w tej niesamowitej scenerii jak z filmów grozy, Krzych miał przygodę z Mercedesem. Nie przyznał się tego dnia. Zrobił to nazajutrz pod wpływem silnego stresu, ale "o tem potem". Kemping odszukaliśmy, miejsce dostaliśmy i to wysłane latającymi dywanami. Kąpiel w ciepłej wodzie uskuteczniliśmy i spać. Z dywanami to było tak, że gdy przyjmujący nas pan zobaczył, że jesteśmy bez przyczepy lub karawanu, a dla takich gości przeznaczony był kemping, przytargał dywany, żebyśmy sobie nie odgnietli pleców na kamyczkach. Dodam jeszcze, że na umywalkach wiszących pod chmurką, w toaletach i pod prysznicami można było przeprowadzać operacje na otwartym sercu bez obaw o zakażenie. Gdzie ta dzicz?

na końcu AL




>> dzień 7