dzień 7: jezioro w górach

rozbieramy się, tłumik się rozbiera, podziwiamy melony, pastuszkowie, bliskie spotkania Krzycha, jezioro w górach

Rano nienerwowe ruchy w kierunku śniadania, pakowanie, rozmowy z rodakami odpoczywającymi na kempingu i kąpiel w morzu (żegnamy Adriatyk). Po pluskaniu w morzu prysznic i chwila relaksu w cieniu podjadając melona. Czym zasłużyliśmy sobie na takie luksusy? Chyba w poprzednim wcieleniu byliśmy bardzo dobrymi ludźmi, a teraz w nagrodę trafiliśmy w ten zakątek świata na wakacje.

koniec AL

Co do zakątków to jeden z kempingowiczów, który w ubiegłym roku terenówką zwiedzał górskie rejony Albanii, zapytany jak tam jest z bezpieczeństwem i kontaktami z lokalesami opowiadał, że bardzo to jest niebezpieczne. Gdy kiedyś spytali spotkanego na bezdrożach mieszkańca "dziczy" o drogę, ten wszystko objaśnił, a na dodatek poleciał po swój samochód i odprowadził ich ze sześćdziesiąt kilometrów upewniając się, że nie zabłądzili. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że nie mieli się jak się odwdzięczyć. Z opowiadania wynikało, że pomocnik niczego za pomoc nie oczekiwał co nie ułatwiało sprawy.

koniec AL
(spakowani do drogi)

Aby klimaty wakacyjne były modelowe nastał upał. Czy warto ryzykować i rozbierać się z motocyklowego stroju? Rozsądek przeważył. Poodpinałem wszystko co dało się odpiąć, pootwierałem wszystkie wentylacje i jakoś dało radę. Natomiast na pomysł rozbierania wpadł mój, nomen omen, rozbieralny tłumik. W jednym z miasteczek postanowił się rozebrać. Na szczęście czekając na Igora, który poleciał kupić jakiś prezent swojej ukochanej rzuciłem okiem na nieodpowiedzialny tłumik i odkryłem jego niecne zamiary. Tylko jak go skręcić? Nakrętki zapieczone, a dostępu do przedniej praktycznie nie ma. Z klucza rurkowego 12/13 i śrubokręta zmajstrowaliśmy z Krzychem przyrząd i coś tam poprawiliśmy.

rozbieralny

Przebijamy się w górzyste rejony Albanii. Z mapy wynika, że z tego najdalej wysuniętego na południe zakątka Albanii najłatwiej dostać się tam odwiedzając Grecję. Jedziemy zatem na krótkie wakacje do Grecji.

w Grecji
(bracia C planują trasę)

Grecja, Grecja i już po. Meldujemy się po raz drugi na granicy albańskiej. Miła pogawędka z mundurowym. Dobry angielski, łapie żarciki, kontaktowy gość. To gdzie ta dzicz? Lecimy bocznymi drogami (coś na kształt naszych powiatowych). Nie ryzykujemy dróg szutrowych. Nasze motocykle niezwyczajne. Wjeżdżamy w góry. Droga kręta, raz w górę, raz w dół, kompletnie pusta. Przez pół dnia raz tylko wyprzedzili nas dwaj motocykliści na enduro. Z warstwy kurzu wyglądało, że śmigają też po szutrach. Spotkaliśmy kilka samochodów, osiołków i koni.

Tu zaczyna się dzicz. Nawet zaczęła nas nieco wciągać w szpony. Przyzwyczajeni (może to nieco za dużo powiedziane zważywszy, że w Albanii jesteśmy dopiero drugi dzień) do gęstej sieci stacji paliwowych nie pomyśleliśmy, że możemy mieć kłopot z tankowaniem. Tymczasem od poprzedniego przejechaliśmy już dobrze ponad dwieście kilometrów, do najbliższego większego miasta mamy prawie setkę, a w kolejno mijanych miejscowościach susza. Tymczasem trudno o ekonomiczną jazdę po tych górach i zakrętach. Do wpadnięcia w panikę było jeszcze daleko, ale wpadłem na pomysł jak choć trochę zmniejszyć zużycie paliwa i na zjazdach wyłączałem silnik. Czasami te zjazdy miały z pięć kilometrów. Dziwne uczucie tak jechać bez charakterystycznych wibracji silnika i w błogiej ciszy. Nie zdawałem sobie sprawy, że Junak może tak aksamitnie sunąć do przodu.

w dziczy

w dziczy

Ślady szaleństwa komunistycznego satrapy - zarówno w dziczy jak i w miastaczkach i wsiach schrony. Kapitaliści chcieli zagarnąć komunistyczny raj więc Albańczycy musieli być gotowi do obrony.

Dzicz dziczą, ale lokalesi gdzieś muszą tankować. W mijanym miasteczku przy drodze, która omija centrum napotykamy stację. Przy budzie siedzą dwaj panowie. Sceneria jak w filmie o dzikim zachodzie rozgrywającym się w wymarłej osadzie. Niestety stacja jest nieczynna. Za kawałek jest kolejna. Ta przynajmniej nie budzi wątpliwości i nie daje nadziei.

stacja w dziczy

Na szczęście przy wylocie z miasteczka znajdujemy paliwo. Trzeba też pomyśleć o żołądkach. Jedziemy do centrum. Sklepów i sklepików bez liku mimo, że mieścina niewielka. Znajdujemy piekarnię ze świeżymi bułami. Klawe miejsce gdzie pieczywo wypiekane jest na miejscu. Szkoda tylko, że to buły, a nie nasz chleb. Nie można mieć wszystkiego. Jeszcze tylko odwiedzamy warzywniak. Pomidory i cebula to zestaw obowiązkowy. Wzrok przykuły też duże melony o szczególnie atrakcyjnym kształcie. Wyglądały jędrnie, świeżo i soczyście, podrygując w rytm ruchów sprzedawczyni :-) Pogapiliśmy się chwilę ukradkiem i... wybraliśmy jeden z leżących na sporej stercie.

Syty wrażeń z miasteczka i z pełnym bakiem upajam się zakrętami. Tak się zapamiętałem, że nie zauważyłem kiedy koledzy znikli z pola widzenia. Zwalniam i czekając rozglądam się dookoła w poszukiwaniu miejsca na biwak. Po kilku minutach zawracam. Czyżby coś się stało? Naraz są. Krzych uśmiecha się półgębkiem. Znam tę minę. Coś zmajstrował. Okazało się, że miał bliskie spotkanie z nawierzchnią. Już wyprowadzał z ostrego zakrętu gdy tył złapawszy warstwę żwiru i kamieni, naniesioną na lichy asfalt, wysunął się na zewnątrz wirażu i motocykl poleciał. Krzych odruchowo wyswobodził nogę tak, żeby nie została przygnieciona i z rękoma na kierownicy (do ostatniej chwili starał się kontrolować sytuację) poszedł bokiem szorując barkiem i głową po asfalcie. Nie mógł zataić przed nami tej przygody bo kask i kufer nosiły ślady "szlifu". Gdy Igor stwierdziwszy brak Krzycha cofnął się sytuacja była już opanowana. Krzych na nogach i Junak na kołach gotowi do drogi.

Czas szukać miejsca na biwak. Na mapie wypatrzyliśmy małe jeziorko w środku gór. Od najbliższej wioseczki było oddalone o parę kilometrów. To było najładniejsze miejsce jakie mogliśmy sobie wyobrazić. Pustka, widoki na bliższe i dalekie pasma gór. Trawa, krzaki, pagórkowaty teren dookoła, drewno na ognisko, dogodne zejście do wody. Miejsce odwiedzane tylko przez partnerzy i owce lub kozy. Ani jednego papierka. Zupełna dzicz. Tego nam trzeba było. Zanim tam jednak dotarliśmy i ja zaliczyłem bliskie spotkanie. Penetrując okolicę zapuściłem się w boczną dróżkę. Krzych czekał na mnie. Wracam, hamuję i już prawie staję koło Krzycha gdy nagle przednie koło natrafiwszy na luźną nawierzchnię ucieka w bok. Prawie nic się nie stało. Przekręcone lusterka i złamana klamka hamulca, ale ucierpiał mój honor motocyklisty. Zbieram się do pionu gdy nagle Igor czekający kilkanaście metrów dalej leci na ziemię. Krzych podbiega i pomaga postawić motocykl na kołach. "Sprawiedliwości" stało się za dość. Razem jedziemy, razem leżymy.

Wieczorem przy ognisku Krzych przyznał się do wczorajszej przygody. Gdy wieczorem zjeżdżaliśmy z wysokiej góry na jednej z serpentyn z za zakrętu wyłonił się Mercedes środkiem gwiazdy celujący w linię środkową drogi, a lewym bokiem prosto w Krzycha. Krzych w ostatniej chwili zrobił unik w prawo, ale było juz za  późno. Bok Mercedesa wyrżnął w lewy kufer. Kierowca zatrzymał się i przepraszając dopytywał się czy coś się stało. Krzych jako dobry człowiek uspokajał go, że obyło się bez szkód (jak się potem okazało kufer pękł) i pojechał dalej. Nie przyznał się nam jednak i dopiero dziś po kolejnej przygodzie opowiedział o wczorajszej kolizji. Kufry dobra rzecz. W razie draki chronią nogi kierowcy i bok motocykla. Poniżej prawy po szlifie na szutrze.

ślady szlifu

Ognisko z kiełbaskami na patyku, wystawna kolacja, pogodna księżycowa noc. Sam smak motocyklizmu.

biwak w dziczy




>> dzień 8