dzień 8: macedońska dzicz

Golfy dwójki, jedynki i brak Golfów, kręcimy się po górach, ruiny, Krzych uciekinier, dzicz w Macedonii

Dwie trzecie wycieczki miało spokojną noc (Igor i ja). Jedna trzecia (Krzych) przeżyła nocny atak jakiegoś drapieżnika. Jaki to był konkretnie gatunek? Tego nie wiadomo, bo Krzysztof na wszelki wypadek nie opuszczał namiotu. Napastnik szarpał brutalnie za tropik. Brutalność ataku na szczęście nie była połączona z wielką siłą. Namiot nie ucierpiał i ochronił mieszkańca przed nieznanym napastnikiem. Z dość nieprecyzyjnych zeznań staraliśmy się dojść cóż to mogło być za zwierzę. Odrzuciliśmy wszystkie narzucające się, ale nie występujące w tych okolicach. Odpadły lew, tygrys, niedźwiedź grizli, bawół afrykański itp. Ponieważ napastnik nie wydawał żadnych dźwięków odrzuciliśmy też psy, koty, owce i kozy. Pozostały jako potencjalnie podejrzane żółwie i żuki. Ale co to było nie wiemy.

Dla uspokojenia nerwów przeprowadziliśmy bieżące przeglądy motocykli. W moim, dzięki zapobiegliwości Krzycha (miał zapasową), wymieniona została pęknięta klamka. Krzychowe kufry zyskały wzmocnienia z taśmy izolacyjnej, którą zostały też zespolone z motocyklem brzęczące elementy takie jak ramka lampy (pogięta podczas wczorajszego upadku), osłona stacyjki i uchwyt GPS. Na poniższym obrazku charakterystyczny widok. Krzych spakowany i gotowy do drogi, ja jeszcze w proszku.

biwak w dziczy

Jak co rano planujemy jakie by tu kraje odwiedzić i gdzie mniej więcej przyjdzie nam nocować. Obok mapy leży przewodnik Tamary i Głazia. To codzienny rytuał - wytyczanie hipotetycznego celu podróży w danym dniu i wpisywanie go do GPS'a.

biwak w dziczy

Jeżeli chcemy, a chcemy, wykąpać się w Morzu Czarnym, czego nie zdążyliśmy zrobić w zeszłym roku, powinniśmy przejechać prawie całą Macedonię i dotrzeć w okolice Bułgarii. Oznacza to, że jedziemy na zagraniczną wycieczkę do Macedonii. Na mapie znaleźliśmy jezioro w górach. To będzie nasz hipotetyczny cel. Może tak jak za ostatnim razem dopisze nam szczęście?

Zanim powtarzając zawołanie Quby zakrzykniemy dziarsko "Palimy wrotki!!!" i ruszymy w dal spokojnie przygotowujemy śniadanie i pakujemy graty. I znowu nie udało się nam wyprzedzić Krzycha. On spakował się zaraz po obudzeniu. Może pod wpływem emocji związanych z napadem dzikiego żółwia? Zjedzone? No to w drogę.

Jeszcze przed opuszczeniem Albanii chcemy kupić karty SD do kamer, gdyż podekscytowani mijanymi krajobrazami wyczerpaliśmy prawie do cna te, które zabraliśmy w drogę (ja dwie 32GB, Krzych 16GB). W przygranicznym miasteczku położonym nad pięknym jeziorem ruszamy na poszukiwania. Niestety znaleźliśmy tylko jedną 16GB. Wpadam zatem do sklepu komputerowego i kupuję pendrive prosząc sprzedawcę o przekopiowanie na niego zawartości jednej z moich kart SD. To trwa dość długo. Na efekty czekamy w pobliskiej kawiarni. W między czasie postanowiliśmy pozbyć się resztek tutejszej waluty. Ja wpadłem na wspaniały pomysł. Wszystko co mam, a wydawało się to niewiele, dam pierwszemu napotkanemu dzieciakowi i będę miał spokój z operacjami finansowymi. Jednak Igora coś tknęło. Wzięte z bankomatu pieniądze jakoś nie chciały się kończyć. Ileśmy tego wzięli? Ile to mogło być na złotówki?  Po 50 zeta, a może po 80? Liczymy, kalkulujemy i wychodzi z tych rachunków, że przesunął się mam o jedno miejsce przecinek. Zebrawszy wszystko co mamy do kupy mamy równowartość 250 Eurosi. To by się dzieciak ucieszył. Rozsądek przeważa. Postanawiamy zachować te pieniądze i wymienić na Euro. Tyle, że dziś jest sobota i banki są zamknięte. To co, opcja z dzieciakiem? Jest jednak otwarty kantor Western Union. Bierzemy co dają. Uff, ale z nas inwestorzy :-) 

Macedonia

Karta została skopiowana. Miły sprzedawca do zakupionego pendrive'a dokłada torbę czereśni i brzoskwiń żebyśmy, jak mówi, miło wspominali pobyt w Albanii. Krótko tu byliśmy, ale na pewno dobrze będziemy wspominali ten kraj. Do prawdziwej dziczy niestety spóźniliśmy się. Może kilka lat temu tu była, teraz już się kończy.

Wpadamy do Macedonii. Przelatujemy przez nią w ekspresowym tempie. Niemniej na pierwszy rzut oka widać, że bida aż piszczy. W Bośni królowały Golfy dwójki, ale tu dopiero jest raj dla miłośników starej motoryzacji - Golfy jedynki. Do tego traktory samoróbki i inne niecodzienne, a stare pojazdy. Słowem nie za bogato. Może tu trzeba przyjechać w poszukiwaniu dziczy? Krajobrazy piękne. Jedziemy przez tereny parku narodowego. Aż po horyzont niskie góry porośnięte gęstwą krzaków. Pięknie.

Do wyszukanego na mapie jeziora kilkadziesiąt kilometrów. Raz jeszcze oglądamy mapę. Dzielimy obowiązki nawigatora tak, że ja jadę pierwszy z GPS'em, a Krzych kontroluje mnie mając na baku mapę w tradycyjnej postaci. Ten system jak do tej pory się sprawdzał. Teraz sprawił nam psikusa. Krzych dobrze zapamiętał układ bocznych dróżek, w które powinniśmy skręcić, żeby dojechać do upatrzonego jeziora. Zaraz za sporą rzeką trzeba skręcić w prawo. Ja rzuciłem dość pobieżnie okiem na mapę ufając rozsądkowi GPS'a. Lecimy. Ponieważ na krętych odcinkach Krzych zachowuje rozsądek i jedzie swoją przysłowiową sześćdziesiątką gubi się co jakiś czas w lusterku. Wtedy stajemy i czekamy na niego. Tym razem stoimy, a Krzycha nie ma. Co się stało? Wracamy. Po dziesięciu kilometrach widzimy go. Ale co to znaczy? Nie jedzie z przeciwka tylko nam ucieka. Wraca do domu? Wybrał wolność? Okazało się, że minąwszy most i nie napotkawszy nas przez kolejnych kilka kilometrów pomyślał, że być może skręciliśmy za mostem w upatrzoną boczną dróżkę. Postanowił zawrócić i sprawdzić. Tymczasem GPS wykombinował inną trasę czego nie zauważyłem dziś rano. Na szczęcie Krzych jechał sześćdziesiątką i dał się dogonić.

Droga wybrana przez GPS okazała się lepsza jeżeli chodzi o nawierzchnię, ale gorsza, bo do celu nas nie zawiodła zagubiwszy się w opłotkach jakiejś zapomnianej wioseczki. W wioseczce tej wszyscy napotkani ludzie mieli tak ponure i złe twarze, że lekko się wystraszyliśmy i czym prędzej zawróciliśmy. Kilka kilometrów wcześniej widziałem łąki i kępy drzew. Wracamy w to miejsce. Tu powinno się znaleźć miejsce na biwak. Było i to całkiem klawe. Skoszona łąka oddzielona od drogi drzewami i krzakami z widokiem na dolinę i zamykające horyzont góry. Miła dzicz.

Macedonia

Kolacja tym razem bez ogniska. Ja układam się pod gołym niebem, a koledzy wskakują do namiotów. Tej nocy żadne dzikie żółwie ich nie niepokoiły. Dzielnie stróżowałem.



>> dzień 9