dzień 10: nad Morzem Czarnym

przemykamy się przez Bułgarię, biali ludzie na stacji paliwowej, różowi ludzie w kurorcie, ciemny typ na parkingu, czarne niebo nad nami

Noc minęła spokojnie i nawet Krzycha nie nachodziły jakiekolwiek potwory. Rankiem wyobrażaliśmy sobie cóż też powiedziałby gospodarz gdyby nas zdybał na swoim polu. Biorąc pod uwagę powszechność ruin w mijanych wioskach i miasteczkach (myślę o domach i samochodach) mógłby lamentować tymi słowy:

"Do ruiny, doprowadzili mnie do ruiny!!! Najlepszy kawałek wygnietli!!! Przez to mój dom popadł w ruinę, a jeszcze niedawno zachwycał przejezdnych!!! A mój samochód? No patrzcie sami - ruina, a jeszcze niedawno lśnił od nowości!!! A moja żona? Patrzcie jak wygląda. Bierzcie ją sobie i wynocha!!!"

Jednak, jak się rzekło, nikt się nie pojawił. Zbieraliśmy się szybko, bo miejsce choć w dziczy, czyli tak jak lubimy, nie było zbyt romantyczne. Szczególnie we znaki dała się glina, którą udało mi się zmyć z butów dopiero w domu.

biwak

W zeszłym roku planowaliśmy zahaczyć o morze Czarne. Nie udało się. Teraz dzieli nas od niego raptem kilka setek kilometrów. Jeszcze dziś powinniśmy dać radę rzucić okiem na kolejne morze, a może nawet uda się w nim wykąpać. Bułgarski interior prezentuje się nieźle. Pagórkowaty krajobraz, zielono, winnice przyozdobione kwiatami. Zwijaliśmy się tak szybko, że nie zapamiętałem czy udało się nam coś zjeść z rana.

Około południa krótka przerwa na stacji benzynowej. Barek, kawa, dwie dziewczyny za ladą. Niby wszystko jak u białych ludzi, jednak coś w tym obrazie zgrzyta. Już wiem. Tu nikt się nie uśmiecha. Dziewczyny mają tak ponure miny, że śmiało mogłyby przenieść się czterdzieści lat wstecz i obsługiwać w barze mlecznym. Igor wraca od motocykla i melduje, że jednak można spotkać tu białych ludzi. Widział ich na parkingu. Dopijamy kawę i zbieramy się w dalszą drogę. Jeszcze rzut oka na tablice samochodów wypatrzonych przez Igora białych. To Rumuni i wszystko jasne. Padają kolejne stereotypy.

gdzieś w Bułgarii

Prawdę mówiła mapa, a właściwie gps, że za górami, za lasami jest morze. Upewniliśmy się o tym siedząc pod palmą w Nesebarze. Okazało się, że i tu trudno o białych ludzi. Przewalający się tłum w większości był w kolorze różowym. Prawdopodobnie nie pomyśleli o kremie przeciwsłonecznym. Co chwila z lewa i prawa dało się słyszeć: Junak!!! Spory procent turystów to Polacy, z którymi wdajemy się w serdeczne rozmowy. 

Nesebar

Miło się siedziało, ale czas na zwiedzanie. Idziemy rzucić okiem na zabytki.

Nesebar

Nesebar

Obowiązek spełniony, zabytki zwiedzone, można szukać noclegu. Z mapy wynika, że zaraz za Słonecznym Brzegiem czeka na nas kemping. Jedziemy. W mieście tłum, tysiące różowych osobników kłębiących się niczym mrówki, domy jak kopce termitów, żar z nieba, znikąd cienia na wybrukowanych i wybetonowanych ulicach. Tak sobie wyobrażam piekło gdzie pensjonariusze sami pchaja się i wpadają w piekielny żar nie dostrzegając tego i sądząc, że znaleźli się w raju. Z kempingu nici. Od czasu gdy wydano naszą mapę miasto pochłonęło go i znikł ustępując miejsca kiczowatym pałacom i hotelom.

Do akcji wkracza gps. Prosimy go o wyszukanie najbliższego kempingu. Posłusznie melduje, że ma coś dla nas.  Cel znajduje się nad morzem w kierunku, który zgodny jest z naszymi jutrzejszymi planami czyli w stronę Warny. Zakręty, zjazdy, podjazdy, wspaniałe widoki, chce się jechać. Skręcamy w boczną drogę. W oddali widać morze. Płot, brama i "Jesteś u celu." Bramy pilnuje zarośnięty gość o facecji tak ponurej, ze śmiało mógłby stróżować na cmentarzu lub w zakładzie karnym. Okazuje się, że z kempingu nici. To jest tylko parking. Teren rozległy jak kilka boisk do piłki nożnej, pod płotem raptem z dziesięć samochodów. Nieśmiało pytamy czy moglibyśmy rozstawić tu namioty. Spotykamy się ze zdecydowaną odmową. Trudno, będziemy biwakowali na plaży. Mi i Igorowi ten pomysł zdecydowanie odpowiada, Krzysztof będzie musiał przełamać atawistyczną niechęć do dziczy.

Sprawami socjalno bytowymi będziemy martwić się później. Teraz czas na kąpiel w morzu, które tylko z nazwy jest Czarne. Piękny żółty piasek, krystaliczna woda, na plaży pustki mimo szczytu sezonu. Czegóż chcieć więcej?

nad Morzem Czarnym

Po kąpieli zrobiliśmy się nieco głodni. Trzeba przygotować kolację. Kuchnię urządzamy koło motocykli na parkingu. Nieopodal stała sterta plażowych leżaków. Igor przyciągnął jeden. Spotkało się to z natychmiastową reakcją typka spod bramy. Nie ma mowy, nie wolno! Pies z nimi tańcował, obejdzie się, ale sympatii napotkani lokalesi nie wzbudzili. To mój drugi i ostatni raz w tym zapyziałym kraju.

Dzięki niegościnności parkingowego spędzimy noc pod gwiazdami. To był strzał w dziesiątkę. Szum fal, gwiazdy w pełnym wyborze, lekka bryza... Chciałoby się tak leżeć godzinami lecz nic z tego. Po chwili wszyscy zapadamy w sen.

biwak na plaży



>> dzień 11