dzień 11: mała Szwajcaria

znowu ciemny typ, uśmiechy i pozdrowienia, pan w sklepie porzucony przez żonę, mała Szwajcaria

Może to kicz, na pewno brakuje jelenia, ale świt nad morzem bardzo mi się podobał. 

biwak na plaży

Rano kąpiel w morzu i pod prysznicem na plaży. Luksus, o czym świadczą miny moich koleżków :-)

biwak na plaży

Odświeżeni i wypoczęci wracamy do motocykli. Tu raz jeszcze mamy okazję nawiązania konwersacji z panem parkingowym. Rozwiesiliśmy na płocie ręczniki i kąpielówki co wywołało w nim atak furii. Pościągał je i czerwony ze złości rzucił na ziemię. Z potoku słów zrozumieliśmy, że w naszym kraju to możemy sobie na taki bałagan pozwolić, ale w porządnej Bułgarii to jest niedopuszczalne. Aż dziw, że powszechny brud i tyfus nic mu nie przeszkadzają, a trzy ręczniki działają jak płachta na byka. Strzepaliśmy zatem pył z naszych sandałów, a dokładniej rzecz ujmując glinę, pamiątkę z poprzedniego noclegu, z butów i spakowawszy graty ruszyliśmy w kierunku Rumunii.

dzień 11

Pognaliśmy przez interior. Puste drogi o nawierzchni miejscami pamiętającej czasy produkcji Junaka, rozległe widoki na ciągnące się po horyzont pola żółtych słoneczników i zbóż, pagórki i niskie wzgórza... Smakowitości. Przez spięcia z ciemnym typem na parkingu nie zjedliśmy śniadania. Przed południem żołądki dopominają się o swoje prawa. Skręcamy w polną ścieżkę i po chwili wśród takich pól jak przed laty, nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim przy brzozowym gaju rozkładamy nasz majdan niewielki lecz przygotowany, i pieczywo dość świeże, pomidor krajany, wędlinka, cebulka i dżem smarowany... słowem romantyczne śniadanie na trawie.

dzień 11

I znowu w siodłach. Samochodów spotykamy niewiele, ludzi jak na lekarstwo, kilka furmanek, to coś co tygrysy lubią najbardziej. Sielankę przerywa myśl o paliwie. Kiedyśmy tankowali? Niezawodny Igor podaje dystans od ostatniego tankowania - dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Nienerwowo trzeba rozglądać się za pompą. Ale jak to na bocznych drogach. Kolejne kilometry znikają za nami, a stacji nie ma. Wreszcie jest. Niestety nie akceptują kart. Mina pompiarza nie wróży niczego dobrego, w końcu jednak dał się namówić na płatność eurosiami. Z pewnością nie był to najkorzystniejszy kurs dnia, ale wlać trzeba.

dzień 11

Zbliżamy się do granicy z Rumunią. Teraz jedziemy po moich śladach z 2013 roku i z naszej zeszłorocznej eskapady. Na przejściu po stronie bułgarskiej mundurowi gwałtownie machają pokazując żebyśmy nie stawali tylko zmykali na drugą stronę. Dzięki ich przytomności ominęło nas długie oczekiwanie na przejazd granicznym mostem nad Dunajem. W szczycie sezonu ktoś zabrał się za jego remont i ruch odbywał się wahadłowo. Z relacji kierowców po drugiej stronie wynikało, że załapując się w ostatniej chwili oszczędziliśmy z godzinę. Może nie wszyscy Bułgarzy to gbury?

Dunaj za nami i jesteśmy w Rumunii. Wczesne popołudnie. Słonecznie i ciepło. Chcemy podciągnąć dziś jeszcze ze dwie setki. Lecimy tutejszą "powiatówką" przez rozległą równinę poprzecinaną jarami. Przy każdym z nich wioska z tych zabitych dechami. Wozy zaprzęgnięte w chude szkapiny nie są tu rzadkością, auta leciwe, domki na kurzej stopce, ale podwórka i teren przed płotem posprzątane, nic się nie wala, ruin nie stwierdzamy, dzieciaki machają do nas radośnie, zachęcają do przegazowania i cieszą się gdy im odmachujemy. Napotkani lokalesi uśmiechają się. To spory kontrast w porównaniu z tym co widzieliśmy na drugim brzegu Dunaju.

Kawałek podpieramy się autostradą. Motocykliści w Rumunii nie płacą za tę atrakcję, co oczywiście jeszcze bardziej utwierdza nas w przekonaniu, ze to miły i przyjazny kraj. Za Pitesti kończy się autostrada i zaczynają górki. Wzdłuż trasy E81 ciężko będzie znaleźć atrakcyjne miejsce na nocleg. GPS nieśmiało napomyka, że dysponuje bazą kempingów. Aktualizowałem go niecały rok temu więc może skorzystać z podpowiedzi? Od kilku dni nie mieliśmy okazji popluskania się w ciepłej wodzie. Nieco luksusu nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Znajduję kemping dwadzieścia kilometrów w bok od głównej trasy. Papierowa mapa pokazuje, że leży w górach. GPS podaje nawet telefon. Dzwonię i dogaduję się po angielsku. Panie to Europa!!! Działają i czekają na nas.

Czas na krótki postój i sprawunki. W przydrożnym sklepiku mają wszystko czego nam trzeba. Nie możemy tylko znaleźć herbaty. Sprzedawca zafrasował się bo też nie mógł jej wypatrzeć. Wyglądało na to, że żona wstawiła go za ladę bez solidnego przeszkolenia. Skąd wiem, że żona? Sam tak samo czasami czuję się zagubiony w kuchni szukając przypraw, makaronu, majonezu czy bułki tartej. Kaśka mówi, że gdy otwieram lodówkę lub szafkę jednocześnie automatycznie zamykam oczy i stąd te problemy. Pan szukał herbaty w tak dziwnych miejscach, że zaraz wyczułem bratnią duszę. Chcąc zrekompensować braki w zaopatrzeniu zaproponował, że zrobi nam kawę. Jak tu nie lubić Rumunów!

dzień 11

Sprawunki zrobione można jechać. Zbaczamy z głównej trasy. Malownicza droga wijąca się doliną wśród wzgórz, zadbane wioseczki, niezła nawierzchnia, uśmiechnięci młodzi ludzie pozdrawiający przybyszów... chce się żyć. Przypomnieliśmy sobie, że dobrze byłoby kupić trochę jajek na jajecznicę. W końcu nie na darmo do mojej sakwy przytroczona jest patelnia. W mijanych sklepikach jednak taki towar jest nieosiągalny. Braki językowe nie stanowią bariery. Jak się okazało tutejsze kury też robią "kokoko" co świetnie rozumieli sprzedawcy. Niestety powtarzając "kokoko" bezradnie rozkładali ręce. Cóż, przyjdzie obyć się bez jajecznicy. Pewnie wszyscy potrzebujący mają tu własne kury lub wyposażonych w nie sąsiadów. 

dzien 11

Droga staje się coraz bardziej kręta, do celu jeszcze 10, 5, 2 i jesteśmy na miejscu. Niewielki teren, kilka domków kempingowych, parę przyczep, budynek z salą jadalną, barem i sanitariatami. To jak się okazało mały rodzinny biznesik. Mama parzy kawę, syn prowadzi gości do kwatery, ojciec załatwia zaopatrzenie. Niby nic wielkiego. Czysto, przyjaźnie i miło. Za równowartość trzydziestu złotych mamy domek. Kawa podana w filiżankach to drobny luksus, na który zasłużyliśmy ciągnąc dziś od rana do późnego popołudnia. Bagaże mogą poczekać. Siadamy i delektujemy się napojem i ciszą, która aż piszczy w uszach po całodziennym wsłuchiwaniu się w dźwięk silnika. Do tego koncert kosa w pobliskich zaroślach. Nie ma lepiej :-) Czujemy się jak w małej Szwajcarii. 

dzien 11



>> dzień 12