dzień 12: kemping na Węgrzech

wśród TIR'ów, wśród motocyklistów, Krzych spotyka przemytników, zakaz fotografowania, co zrobisz to masz na butach

Ranek przeznaczamy na sprawy socjalnobytowe, co w naszym przypadku oznacza pluskanie się pod prysznicem, drobne prace serwisowe przy motocyklach, śniadanie, pakowanie worów, chwilę relaksu z kawką z ekspresu w filiżankach.

mała Szwajcaria

Miło się wypoczywało, ale droga wzywa. Jeszcze tylko ostatnie SMS'y (Krzych), rzut oka na mapę (ja z Krzychem), ustalenie, że jedziemy tym razem na wczasy na Węgry (wszyscy jednogłośnie) i jesteśmy gotowi (my i motocykle).

mała Szwajcaria

mała Szwajcaria

Pierwsze kilometry bocznymi drogami. Góry stają się coraz wyższe. Przeciąć je można jadąc wzdłuż rzeki Olt i jej malowniczych przełomów. To już trasa E81. Suną nią sznury ciężarówek. Nie jest łatwo poruszać się wśród nich. Stalowa ściana przed nosem, zapach spalin w nosie i niepewność co się dzieje przed zasłoną zmuszają do wyprzedzania. Zauważyłem, że najłatwiej to zrobić gdy "przeciwnik" się tego nie spodziewa czyli pod górę, na zakręcie i przy podwójnej linii ciągłej. Na szczęcie droga jest szeroka na tyle, że mieści się na niej dość swobodnie wyprzedzany TIR, wyprzedzający motocykl i sunący z przeciwka pojazd. Według mnie dość swobodnie, a według pojazdu z przeciwka? Tego nie wiem, ale o czymś mogą świadczyć błyski świateł i klaksony, którymi mnie pozdrawiają. Igorowi wyprzedzanie przychodzi zdecydowanie łatwiej więc nie ma tyle frajdy co ja z jechania pomiędzy przesuwającymi się w przeciwnych kierunkach masami stali. Po prostu przekręca nieco manetkę i już jest po manewrze. Krzych zazwyczaj cierpliwie czeka aż sytuacja się wyklaruje i wyprzedza pozostając w zgodzie z przepisami. Tak się dzieje zazwyczaj, ale czasami gdy to on przewodzi stawce wstępuje weń ułańska fantazja i wciska się tak, że mi siwieją resztki nieposiwiałych jeszcze włosów. Mogą tylko siwieć, bo kask uniemożliwia im zjeżenie się.

Pokonaliśmy Karpaty Południowe. Wjeżdżamy do Transylwanii. Tu zgodnie z tradycją trzeba trochę postraszyć podróżnych. W roli czarnego charakteru wystąpiły wypiętrzone chmury burzowe. Akurat śmigaliśmy autostradą. Z przodu nieco z lewej zrobiło się ciemno i na tym tle błysnęło kilka piorunów. Wyraźnie burza skrada się w naszą stronę. Na szczęście autostrada skręca nieco w prawo i oddalamy się od strefy deszczu. Teraz w lewo i zbliżamy się, zbliżamy i pierwsze krople rozbijają się o szyby kasków. To jest zawsze dylemat: stawać czy uciekać? Ponieważ w oddali widać było kolejny zakręt w prawo, a na dodatek na autostradzie niesporo stawać więc machamy do siebie dając znać, że lecimy. No i udało się uciec.

Koniec autostrady, było tego raptem kilkadziesiąt kilometrów, i znowu górki. Tu wszystkie góry to Karpaty. Wcześniej były to Karpaty Południowe, a teraz Zachodnie, znacznie niższe. Zakręty, zjazdy, podjazdy. Na końcu jednego z nich knajpa. Jest to Mekka tutejszych motocyklistów. Co chwila większymi i mniejszymi grupkami składają się pięknie w zakrętach. Kilkanaście motocykli stoi przed knajpką. Stajemy, bo o śniadaniu już dawno zapomnieliśmy.

dzień 12

dzień 12

Na parkingu podchodzi do nas motocyklista. Z zainteresowaniem pyta skąd i dokąd. Z uznaniem kiwa głową. Zachęca do skorzystania w pełni z uroków Rumunii, czego nie można dokonać nie odwiedzając Trasy Transfogarskiej. Wyjaśnia, że takimi staruszkami jak nasze też da się tam wspiąć, trzeba tylko podnieść poziom paliwa w gaźnikach i ogień. W Rumunii tak się nam spodobało, że być może odwiedzimy ją znowu i wtedy kto wie? Tym bardziej, że ostatni kemping znajdował się na początku Transfogarskiej.

Tym czasem słońce pochyliło się nad horyzontem. Do węgierskiej granicy jeszcze spory kawał drogi. Czas na nas. Przed granicą przerwa na tankowanie. A jednak stereotypy są silnie zakorzenione w głowach. Krzych kręcąc się po parkingu był świadkiem przyjazdu dwóch BMW. Z obu wysiedli młodzi ludzie przyozdobieni złotymi łańcuchami, chwilę pogadali i przepakowali kilka paczek z jednego bagażnika do drugiego. Gdy zaaferowany Krzych zdawał relację twierdził, że był świadkiem przemytniczej operacji. Skąd to wiedział? Po prostu wiedział i już. Dwa typy i stereotypy.

dzień 12

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i o zmroku meldujemy się na granicy. Węgierscy pogranicznicy surowo kiwają głowami nad naszymi kamerami i palcami pokazują znak zakazu fotografowania. Niby są już w UE sporo czasu, a przyzwyczajenia z bloku wschodniego pozostały. Na migi pokazujemy, ze nawet nam do głowy nie przyszło fotografowanie. Na filmie mamy nagraną scenę z granicy. Znak wszak nie mówił o filmowaniu :-)

Usłużny GPS informuje o najbliższym kempingu. Nieśmiało przekonuję Krzycha, że możemy poszukać szczęścia w węgierskiej dziczy, ale jest nieugięty. Ma być kemping i już. Blisko celu kręcimy się kilkanaście minut. Brak oznaczeń, lokalesi mało komunikatywni, ciemno choć oko wykol. W końcu jest. Znajdujemy miejsce oddalone od głośnych grupek młodzieży i silnych latarni. Żeby mieć namiastkę dziczy postanawiam spać pod gołym niebem. Moi towarzysze też idą tym tropem. Przygotowujemy szybką kolację. Szybką nie oznacza, że pozbawioną tradycyjnych malutkich oznak luksusu, czyli pomidorka na kanapkach pociągniętego mgiełką majonezu. Jeszcze siusiu, ząbki, paciorek i spać. I tu pada kolejny stereotyp. Jeszcze za komuny Węgry uchodziły za porządne i nieco bardziej zachodnioeuropejskie niż pozostałe kraje obozu. Tu tymczasem sanitariaty jakich dawno nie widzieliśmy. Z pisuarów i umywalek wszystko leje się na nogi, woda tylko zimna, smród nieziemski, ściany pobielone wapnem, słowem porządek tu panuje, ale wschodni. Nazajutrz dowiemy się, że ceny mają zupełnie zachodnie.



>> dzień 13