dzień 13: u Żaby

perfekt madziar, fik myk i Słowacja, pięć razy do Pragi, tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono, z gościną u Kasi i Żaby

Rano wyruszyłem na poszukiwanie śladów Europy na Węgrzech.

dzień 13


Zadanie pierwsze dogadać się z pracownicami recepcji. Obie dziewczyny opanowały perfekt madziar, ale po angielsku ni w ząb. No to atakuję z drugiej mańki. Ponoć tutejszy premier zacieśnia współpracę z satrapą ze wschodu. Ja niemnożko razgawarywaju, ale panie ciągle tylko perfekt madziar. Cóż robić, ciągnę jedną z nich do okna, pokazuję Junaki i moich kamratów, pocieram kciukiem o palec wskazujący i przykładam dłoń do ucha. Zaskoczyły. Teraz jedna z nich łapie kartkę papieru i wypisuje kwotę idącą w tysiące forintów. Z uśmiechem ulgi wyciągam kartę kredytową, a pani na to mówi "tesko". Robię głupią minę. Teraz ona ciągnie mnie do okna wychodzącego na ulicę i pokazuje majaczącą w oddali bryłę TESCO. No tośmy pogadali jak Europejczycy. 


Zadanie drugie skołować forinty. Lezę do teskacza. Tam musi być jakaś cywilizacja. Bankomat znajduję bez trudu mimo, że cwanie ukryli go między kiblami, a stosem pustych kartonów. Pierwszy kontakt z maszyną nie był łatwy, bo ona na początek też perfekt madziar. Na szczęście miałem szczęście w losowaniu przypadkowych guzików i okazało się, że maszyna przemówiła (przepisała?) po niemiecku. Moja znajomość niemieckiego wywodzi się z  Czterech pancernych i psa oraz Klosa. Na na potrzeby wypłaty okazało się to wystarczające. Miałem przy okazji możliwość konwersacji z kilkoma osobami z kolejki, która ustawiła się za mną, władającymi perfekt madziar, a nie obciążonymi innymi zdolnościami komunikacji. Zanim włączyłem niemiecką opcję językową trochę czasu minęło. Potem musiałem dokonać kilku wypłat by pozyskać kwotę maksymalnie zbliżoną do napisanej przez panią w recepcji. Za mało niedobrze, za dużo i zostanę z niepotrzebnymi forintami w garści. Pani stojąca za mną nieco się wkurzyła i wyglądała jak typowa węgierka. Wiem, że narodowości pisze się z wielkiej litery, ale ona wyglądała właśnie jak węgierka. Zrobiła się fioletowa i nadęta na kształt śliwki węgierki.
 Potem przemówiła w tutejszym narzeczu. Moje nieśmiałe próby przejścia na angielski (pierwszy wybór), rosyjski (drugi wybór) i niemiecki (ostateczna ostateczność) nie zyskały zrozumienia. Wysłuchałem więc tego co mieli do powiedzenia, prawdopodobnie na mój temat, dokończyłem operacje finansowe i pożegnałem bratanków.

Teraz z górki. Wracam do recepcji, uiszczam ile chcieli, a chcieli jak Cygan za matkę, bo równowartość stówki i bronię się przed przyjęciem tabliczek, które jak zrozumiałem mieliśmy sobie poustawiać przy naszych miejscach kempingowych. Zaraz znikamy to po co te ceregiele?

dzień 13

W między czasie Kamraci przygotowali śniadanko. Wory na motory i w drogę.

dzień 13

Po godzinie meldujemy się na Słowacji. Łatwo poznać, bo asfalt z dziurawego zmienił się na gładki, oznakowanie poziome po słowackiej stronie pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po której stronie Europa?

dzień 13

Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek przy przydrożnej knajpce. Wewnątrz i przy stolikach na dworze lokalesi z kuflami piwa. Klimat jak z lokalu "Pod Kielichem" gdzie dzielny wojak Szwejk pijał piwo gaworząc z właścicielem Palivcem, oczywiście do czasu gdy ten ostatni nie dostał 10 lat za obrazę cesarza. Bodajże maczały w tym palce muchy, które obsrały portret władcy. Z colą zasiadamy pod parasolem.

Tutejsi piwosze też lubią pogaworzyć. Pytają skąd jedziemy. Gdy dowiedzieli się o naszej wycieczce kiwali z uznaniem głowami, a jeden z nich obliczył szybko, że to taki kawał drogi jak stąd do Pragi i z powrotem i tak pięć razy. Ciekawa rzecz. Mają swoją stolicę, a gdy potrzebny przykład jakiejś dalekiej wyprawy odruchowo mówią o Pradze. Ot Europa.

W GPS'sie wybrana opcja "najkrótszą trasą" - lecimy malowniczymi bocznymi drogami. Ani żeśmy się spostrzegli i skończył nam się kolejny kraj na trasie naszej wyprawy. Tym razem to już ostatnia granica i powracamy na Ojczyzny łono. Łącznie granicę przekraczaliśmy piętnaście razy. Sporo jak na trzynaście dni z trasie :-)

Podziwiając swojskie widoki pędzimy prościutko do Żaby na Roztocze. To magiczne miejsce. Malutka wioska zagubiona pośrodku pól, a w niej Kasia i Żaba - ludzie o ogromnych sercach i życzliwości. Żaba to pan na stu kilkudziesięciu hektarach, motocyklista, miłośnik starych motocykli, podróżnik, organizator rajdów, posiadacz kilku bardzo ciekawych zabytków... Kasia to jego żona dzielnie sterująca tym całym bałaganem. Wpadamy niezapowiedziani. Żaby nie ma w domu. Nic to. Kasia sadza nas przy stole w cieniu drzew i po chwili częstuje obiadem. Na zakończenie wjeżdżają naleśniki z jagodami. Królewskie przyjęcie. Tak samo podejmowali mnie gdy wracałem z wyprawy na Krym i wokół Morza Czarnego. Mieć takich znajomych to wspaniała rzecz i sam smak wypraw motocyklowych.

dzień 13

dzień 13

Krzychowi udało się sfotografować dwie planety, które towarzyszyły nam co wieczór na biwakach. Niestety nie potrafimy ich nazwać, ale codziennie bezbłędnie je rozpoznawaliśmy.

dzień 13

Home, sweet home. Czas spać.

dzień 13



>> dzień 14