zimny chów

Od kilku dni chodził za mną pomysł wypadu za miasto połączonego z nocowaniem na łonie przyrody. To już pewnie jedna z ostatnich okazji w tym roku zanim spadnie śnieg. Temperatura w nocy spada co prawda poniżej zera, jak to na przełomie października i listopada, ale w dzień słonko i złota polska jesień zachęca do wyjazdu. Spotkawszy się z Krzychem napomknąłem o tym pomyśle. Trochę liczyłem, że jako bardziej doświadczony i rozsądny, w końcu nie na darmo nazywamy go Tatusiem, odwiedzie mnie od tego wariactwa. Tymczasem Tatuś tylko spytał się kiedy i gdzie i gotów był ruszać choćby od razu. Umówiliśmy się na piątkowe popołudnie. Co prawda będzie to szczyt ruchu, bo naród wyciąga wszystko co jeździ i wyprawia się na Wszytkich Świętych w rodzinne strony, ale motocyklami damy radę przecisnąć się przez najgorsze korki.

Krzych to urodzony organizator. Zadzwonił od razu do Suchej gdzie już kilka razy organizowaliśmy mazowieckie biwaki. Na wszelki wypadek poprosił o zostawienie otwartych drzwi w jednej z chat gdyby warunki na dworze były niesprzyjające. Wysłał też wiadomość na listę mazowiecką. Okazało się, że podobne pomysły zalęgły się w głowach jeszcze kilku Kamratów. W efekcie przy ognisku w Suchej spotkaliśmy się z Loczkiem, Muzykiem, Tomkiem (kumpel Muzyka z tego samego co on nomen omen "zakładu" pracy), Pawłem i Grzegorzem. Loczka zgarnęliśmy po drodze. Muzyk ruszył godzinę wcześniej zaprzęgiem. Junak z wózkiem nie mógł przemykać się pomiędzy samochodami w gigantycznym korku, który kończył się dopiero kilka kilometrów przed Mińskiem. Po drodze dopadliśmy go wyprzedzając sznur aut i samotny zaprzęg, raz środkiem, raz poboczem, raz po wysepkach, raz po pasach, byle do przodu. Krzych nie chciał skorzystać z obwodnicy Mińska i polecieliśmy przez miasto. Muzyk nie miał oporów i śmignął autostradą. W efekcie na miejscu był przed nami.

zimny chów w Suchej

W kilka chwil stanęły namioty (można to zobaczyć w fotorelacji Krzycha), zapłonęło ognisko, na palniku grzała się herbata, na patykach kiełbaski, nalewki, miody i inne rozgrzewacze zostały odkorkowane i do północy snuliśmy opowieści z mchu i paproci. Sam smak motocyklizmu :-) Paweł z Muzykiem znaleźli wspólny temat - żeglarstwo. My szczury lądowe przysłuchiwaliśmy się tylko jak to na dużej i małej wodzie bywa. Muzyk obiecał, że w przyszłym roku zorganizuje dla chętnych rejs po Bałtyku. Zaproponował też żebyśmy wiosną odwiedzili jego "zakład" pracy, pokazali "pensjonariuszom"  Junaki i poopowiadali nieco o wyprawach motocyklowych. Tomek rozwiał moje wątpliwości czy w takim "zamkniętym" środowisku znajdziemy wdzięcznych słuchaczy mówiąc, że mają tam wielce szeroki wachlarz postaci począwszy od ministra, przez złodziei do zwykłego mordercy i na pewno taka prelekcja byłaby dla nich miłym sposobem na "zabicie" czasu.

zimny chów w Suchej

Tuż przed północą Grzegorz zebrał się do domu, Muzyk z Tomkiem skorzystali z chaty, Krzych, Loczek i Paweł zapakowali się do namiotów. Ja umościłem sobie legowisko na stole zapakowany w dwa śpiwory (niestety oba dość cienkie) i owinięty folią, co jak kombinowałem, miało zabezpieczyć przed wilgocią. W obozowisku zapadła cisza. Księżyc oświetlał wszystko niesamowitym blaskiem. Szczególnie pięknie prezentowały się w jego świetle Junaki pokryte warstwą szronu. Obudziłem się nad ranem z dziwnym uczuciem, że pływam. Czy to efekt sugestywnych opowieści Pawła i Muzyka? Nie, to powiew wiatru zrzucił ze mnie folię i opadająca mgła skropliła się na śpiworze. O pierwszym brzasku Krzych rozniecił ogień i w ciszy cieszyliśmy się jego ciepłem. Trzeba przyznać, że było nieco rześko. Po chwili dał się słyszeć dźwięk rozsuwanych zamków i kolejni uczestnicy wycieczki zostali przyciągnięci magią ognia.

zimny chów w Suchej

Około ósmej słońce przebiło się przez mgłę i polska złota jesień pokazała się w całej krasie. Po śniadaniu połaziliśmy po terenie skansenu, spakowaliśmy graty i syci wrażeń ruszyliśmy do domów.