długi jesienny wieczór

Cóż robić w dłuuugie jesienne wieczory kiedy na dworze szybko zapada mrok, huraganowy wiatr targa bezlistnymi gałęziami drzew i niesie krople deszczu? Trzeba wtedy wygodnie usadowić się na kanapie i podziwiać przesuwający się przed oczami film. Ten zachęcający do wypoczynku mebel to oczywiście kanapa Junaka, a film to szosa przesuwająca się w świetle reflektora. Dziś po pracy wpadłem na chwilę na Księżyc. Miała być chwilka, wyszło pół godziny.

W pomieszczeniu biurowo klubowym zastałem Tatusia, Damiana i Witka. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, obaliliśmy po soczku jabłko-mięta z Tymbarku. Pożaliłem się, że dziś rano na ekspresówce nie mogłem przekroczyć 70km/h. Wszystko przez huraganowy wiatr. Damian opowiedział jak w zeszły weekend przez taki wiatr znalazłby się omal poza osią i ścieżką do lądowania. Brał udział w zawodach crossowych. Podczas skoku przez jedną z hopek miał do pokonania w powietrzu dystans kilkunastu metrów na poziome trzech metrów. Na szczycie paraboli poczuł uderzenie bocznego wiatru i że zaczyna go wyprzedzać tylne koło motocykla. Postanowił katapultować się i szukać ratunku w lądowaniu bez motocykla. Już zaczął przekładać nogę nad siodłem gdy obciążywszy jeden z podnóżków zmienił rozkład sił aerodynamicznych działających na pojazd i tylne koło znowu znalazło się z tyłu. W tej sytuacji odwołał katapultowanie się i szczęśliwie posadził maszynę na ziemi. To jedna z dzisiejszych historii opowiedzianych na Księżycu. Jak ktoś tu nie był niech żałuje.

Zrobiła się piąta i zapadł uczciwy zmrok. Do tego wiatr i lekka mżawka, za to temperatura była po mojej stronie. Czternaście stopni w połowie listopada to luksus. Poleciałem na Łomianki, potem Nowy Dwór Mazowiecki i dalej wzdłuż Wkry.

jesienna pętelka

Po drodze postój pod sklepem w Kosewku. To tu spędzałem całe miesiące za szczenięcych lat. To tu czekałem na Ojca wysłuchując odgłosu Junaka, to tu trzymając się jego kurtki poznawałem smak jazdy. Na zdjęciu ja z Ojcem w 1966 roku przed wakacyjną bazą w Kosewku.

dawne lata w Kosewku

Pod sklepem czterej panowie. Do wyboru do koloru. Wiek od zgrzybiałego starca do żwawego trzydziestoparolatka. Stopień upojenia od lekkiego rauszu po częściowe zamroczenie. Wszyscy rzucili się oglądać Junaka. Najmłodszy i najtrzeźwiejszy powiedział, że jego ojciec ma na sprzedaż silnik i koła od M10. Potem opowieści potoczyły się wartkim nurtem. Opowiedziałem, że spędzałem tu przed laty wiele czasu wskazując nieodległe zabudowania i wspominając nazwisko ówczesnego właściciela. Wszyscy go kojarzyli i nagle uznany zostałem za swego :-)



Zgrzybiały starzec o twarzy naznaczonej śladami nierównej walki z nałogiem uchylił rąbka tajemnicy i zdradził, że ma już SZEŚĆDZIESIĄT lat! Wszyscy zaczęli opowiadać o ojcu najmłodszego z nich, posiadaczu junaczego silnika. W latach komuny pracował w zaopatrzeniu i zjeździł PRL wszerz i wzdłuż. Skupował napotykane w różnych dziurach samochody. Specjalizował się w rocznikach przedwojennych. Zgromadził kolekcję ponad dwudziestu okazów w tym czternaście Mercedesów. Do tego motocykle BMW, NSU... padało jeszcze wiele innych informacji, ale niestety nie wszystko dało się zrozumieć bo niektórzy rozmówcy mieli kłopoty z fonią. Teraz po kolekcji został tylko jeden Merol i luźne graty motocyklowe. Zapisałem telefon. Trzeba będzie się umówić i podjechać.

Pogadali, popili (ja tylko sok), pojedli (bułka i kawał kiełbasy) i nastąpiła ceremonia odpalenia. Junak nie przyniósł wstydu i zagulgotał od pierwszego kopa co wzbudziło uznanie nowo poznanych kolegów. Uściski rąk, sygnał i ruszyłem w noc. Na odcinku między Chrcynnem a Legionowem leci się przez nieosłonięty teren. Wiatr wiał równo z prawej. Wiał to mało powiedziane. Na krętym odcinku drogi miałem niecodzienną frajdę z pokonywania zakrętów bez wychylenia. Lewy dość ostry zakręt, wiatr z prawej, a ja trzymam się w pionie, a nawet w pewnej chwili przy silniejszym porywie wiatru, o zgrozo, wychylam się na zewnątrz łuku żeby zrównoważyć napór wiatru. Do tego widoczność mocno wątpliwa przez krople deszczu na szybie kasku od zewnątrz i krople skroplonego oddechu od środka, plus auto z przeciwka rozpaczliwie szukające toru jazdy w długich światłach. Jakoś się to wszystko udało skoordynować i zakręt pokonałem nie schodząc ze ścieżki i nie zawadzając o przydrożne brzozy.

Razem dziś wokół komina przejechałem 150 kilometrów, a radości miałem tyle co z 1500 :-) Jak tu nie lubić spędzania długich jesiennych wieczorów na kanapie?