polowanie na drodze

Niecały tydzień temu (w ostatnią niedzielę) pozbawiony wyobraźni bubek omal nie spowodował wypadku, w którym ja musiałbym uczestniczyć jako ofiara. Jadąc drogą dwupasmową, po trzy pasy ruchu w każdą stronę (warszawska Wisłostrada przy moście Łazienkowskim), postanowił zawrócić przez pas zieleni. Gwałtowne hamowanie, oczywiście bez kierunkowskazu, ładuje się na krawężnik i dalej przez trawkę na drugą stronę. Kierowca auta, które jechało za nim odbił gwałtownie na środkowy pas. Gdyby ucieczka nie powiodła się oba auta stanęłyby w poprzek drogi. Ja jechałem jako trzeci i musiałbym władować się na tę przeszkodę. Na szczęście milimetry zadecydowały o szczęśliwym zakończeniu. Strzał adrenaliny, fala gorąca i udało się.

Dziś jechałem na Księżyc. Przedostatnia prosta (ulica Sokratesa), po dwa pasy w każdą stronę. Droga z pierwszeństwem przejazdu. Ktoś skręca w prawo w boczną uliczkę. Ja jadę lewym pasem, tak mniej więcej dobrą sześćdziesiątką. Z tejże bocznej, podporządkowanej uliczki z prawej strony nagle wyjeżdża auto chcąc skręcić w lewo. Kierowca najprawdopodobniej mnie nie zauważył, bo skręcający przysłonił mu widok. A może zapomniał zerknąć w lewo? Dość, że energicznie dał w palnik i nagłym zrywem znalazł się tuż przede mną. Dłuuuugi kombiak zablokował mój i połowę prawego pasa. Miałem do niego max 15 metrów, a wskazówkę budzika mniej więcej na jedenastej (kto widział licznik Junaka wie). Dalej wszystko rozegrało się w ułamkach sekund. Musiałem wybrać w prawo, albo w lewo. W tym czasie gość (może to była ona?) depnął po hamulcach i stanął przednim zderzakiem tuż za osią jezdni. Na szczęście wybrałem w lewo, jednocześnie cisnąc tylny hamulec. Do tej pory myślałem, ze działa ledwie co, ale okazało się, że jak naprawdę trzeba to blokuje. Tylne koło uciekło w prawo. Odpuściłem oba hamulce i wyprowadziłem omijając balansem maskę auta o centymetry. Za skrzyżowaniem była wysepka dla pieszych. Jej krawężnik musnąłem przednim kołem i już było po strachu.

Gdy dojechałem do Krzycha adrenalina buzowała na całego. Jeden tydzień i dwa polowania na mnie? Jak to mówią nieszczęścia chodzą parami. Ale właściwie to miałem szczęście. Więc może do trzech razy sztuka? Nawet nie można sobie powiedzieć, ze trzeba uważać. W obu przypadkach myśliwi zadziałali podstępnie i znienacka. Jeszcze raz się udało. Ufff