dookoła Kampinosu

Dwa tygodnie, i tydzień temu, miałem szczęście na drodze i wymknąłem się polującym na mnie samochodziarzom. Jak się okazało szczęścia nie chodzą parami tylko w większych stadach. Wczoraj z rana miałem pojawić się służbowo w Puławach. Już prawie zdecydowałem się na podróż Junakiem, ale w ostatniej chwili moje domowe szczęście odwiodło mnie, na szczęście, od tego pomysłu. W efekcie pojechałem autem, w którym szczęśliwie jest ABS i kontrola trakcji, bo systemy te miały co robić na oblodzonej drodze. Po drodze był co prawda jeden zgrzyt przerywający pasmo szczęść, a mianowicie straciłem 50 złociszy za zbyt szybką jazdę, ale za to zyskałem dwa punkty :-)

Dziś kolejne pasmo szczęść. Moje domowe szczęście umówiło się z koleżankami na łyżwy, więc mogłem wymknąć się na małą rundkę dookoła Kampinosu. Szczęśliwie temperatura wzrosła do uczciwych + 4 stopni Celsjusza więc warunki były niezłe. Po drodze odwiedziłem Księżyc. Miałem szczęście zastać Tatusia oraz dawno nie widzianego Igora.  Igor ostatnio też miał szczęście (w nieszczęściu) i choć przez kilka godzin był bez serca to szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło. Po więcej szczegółów sercowych odsyłam do tego szczęściarza. Pogadaliśmy o diagnostyce, Igor twierdzi, że nie ma co liczyć na szczęście tylko trzeba się badać, doborze części zamiennych do Junaków i człowieków, zjedliśmy ciasto i poleciałem dalej.

Łomianki, Czosnów, Kamion, Socho... w znajomy gulgot silnika, będący połączeniem odgłosów głuchego werbla i sieczkarni, wkradł się dodatkowy hałas. Szczęśliwie to tylko poluzowane kolanko wydechu. Jak się niebawem okaże przyczyną było sklepanie uszczelki. Mijam właśnie Teresin. Niezły pretekst żeby odwiedzić Martę i Czarka. Po chwili wydech jest poprawiony, a ja siedzę w gościnnym domu z kubkiem herbaty w zmarzniętych dłoniach przed talerzem gorącego rosołu. Nie ma lepiej :-) Chwilę pogaworzyliśmy o wakacyjnych planach, oczywiście motocyklowych. Marta zraziła się od Czarka bakcylem motocyklowym i jest motorem akcji planowania motocyklowych wakacji. Muszą tylko podrzucić Julkę dziadkom, ale to już jest prawie dograne. Uściski i lecę do domu.

Na dowód nagrałem filmik. Kiedyś pokażę go wnukom, jak się jakieś trafią, i będą się dziwiły... Gdy sprawdzą się brednie o globalnym ociepleniu będą się dziwiły, że w grudniu jeździłem tak grubo ubrany, a na drzewach nie było liści. Gdy będą normalne zimy (na co liczę) to będą się dziwiły, że tak rozsądna babcia puściła dziadka na motor w grudniu. Żeby takich scen doczekać będę musiał mieć jeszcze trochę szczęścia w życiu, ale jak widać na los można liczyć :-)

 

dookoła Kampinosu