VI Nasze Wyprawy Motocyklowe

Wiórek i Głazio to... to... to się nie da opisać. Koniecznie trzeba ich poznać. Co roku ruszają na wyprawę motocyklową. Raz celem jest Gruzja, innym razem Albania, góry Bułgarii, Rumunii czy stożek Etny. Dzielą się swoją pasją na forum www.radiator-mototurystyka.pl i podczas spotkań zatytułowanych Nasze wyprawy Motocyklowe, które w 2016 roku miały swoją szóstą edycję. W ostatni weekend lutego w Narolu, w sercu przepięknego Roztocza, spotkało się około 200 osób. Sami entuzjaści motocyklizmu. Pełny przegląd wieku i preferencji sprzętowych. Od harleyowców, przez ścigantów, enduro, po turystyki i klasyki. O wyprawach opowiadali, a opowieści ubarwiali zdjęciami i filmami:

Krzysztof „Sambor” Samborski - Bhutan - Kraj Grzmiącego Smoka i Himalaje nieznane
Marcin „Maurosso” - Krzeszowiec - Afrą na Pamir
Paweł „Głazio” Głaz i Tamara „Wiórek” Głaz - Z patelni do piekła
Izabela i Krzysztof Rudź - Pod niebem Patagonii

W tym doborowym towarzystwie pojawiło się też dwóch siwawych typków z opowieścią "Staruszkowie na drodze". Przyznali się, że na podstawie dowodów rejestracyjnych ich motocykli można wyliczyć, że łączny wiek maszyn to 107 lat, a na podstawie dowodów osobistych, że łączny wiek jeźdźców to 116 lat, co w sumie daje blisko ćwierć tysiąca lat doświadczeń na drogach życia i asfaltach tu i tam. Do Narola przybyli swoimi Junakami.

No dobrze, przyznam się. Tych dwóch siwawych typków to ja i Krzych. Na Roztocze wyruszyliśmy w piątek przed południem. Przyroda postraszyła nas trochę śniegiem, ale tylko na tyle żebyśmy nie zapomnieli, że to zima. Słupek rtęci na termometrze trzymał się stabilnie na poziomie trzech stopni, wiatr łagodnie kiwał bezlistnymi gałęziami drzew, asfalt zazwyczaj był czarny i suchy. Choć zdarzały się wyjątki. Za Puławami przez kilkanaście kilometrów był przypudrowany białym nalotem. Już po dotarciu na miejsce stwierdziłem oblizując lewą lagę mojego Junaka, że musiała to być sól. Na odcinkach drogi biegnącej przez lasy za Zwierzyńcem delikatny biały nalot okazał się śniegiem. Ale na terenie odkrytym śnieg nie miał już odwagi i droga była czarna.

Krzych oprócz obowiązkowej koszuli i krawata wciągnął bieliznę termiczną, a na wierzch, choć było sucho, przeciwdeszczówkę. Zrobił to niechętnie i tylko z tego względu, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Ja zastosowałem potrójną warstwę bielizny termicznej, na to cywilne spodnie i bluzę, potem motocyklowe spodnie i kurtka, kurtka przeciwdeszczowa i dwie pary przeciwdeszczowych spodni :-) Wyglądałem nieco jak zawodnik sumo, ale nie dałem szans chłodnym podmuchom wiatru na dobranie mi się do skóry. Strój przeciwdeszczowy to znakomite zabezpieczenie przed wyziębieniem. Drobne sukcesy pedagogiczne (namówienie Tatusia na wciągnięcie na grzbiet ortalionu) udały się pierwszego dnia. Przy powrocie już się zbuntował i nie było siły żeby go namówić. Nie przekonał go nawet padający deszcz. Dzik twardy musi być, nie miękki.

Po drodze odwiedziliśmy Kamrata PiotraSt. Herbatka, kanapeczki, prezentacja Junaków i odbudowywanych koszy i wspólna droga do Szczebrzeszyna. Tam zrobiliśmy tradycyją fotkę ze Świerszczem, Piotr wrócił do domu, a my polecieliśmy dalej. Junaki darły jak głupie i bez jakichkolwiek przygód zameldowaliśmy się w Hotelu Pałacowa.

Tego co działo się na spotkaniu nie sposób opisać. Jedzenie, rozmowy, filmy, rozmowy, picie, opowieści, degustacje, rozmowy, picie, rozmowy, jedzenie, filmy, opowieści, zdjęcia, zdjęcia... aż się kręciło w głowie (mimo, że nie piłem). O Tamarze i Głaziu wspomniałem. Do tego Sambor spalony słońcem świeżo po powrocie z wyprawy opowiadający o takiej egzotyce, że aż skręca z zazdrości. Iza i Krzysiek, którzy po planowanej na trzy miesiące wyprawie, która przeciągnęła się do ośmiu miesięcy, plus miesiąc na statku tam i miesiąc w drodze powrotnej nie tylko, że się nie pozabijali i nie rozwiedli, ale planują kolejne eskapady. Marcin, który samotnie przez trzy miesiące wbił się w środek Azji i to nie po płaskim, a w Pamir. Poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. Daliśmy jednak radę i opowiedzieliśmy o naszym sposobie na "egzotykę" czyli o śmiganiu Junakami.

Sambor zaproponował mi i Krzychowi dostarczenie na jego koszt (zajmuje się tym zawodowo łącząc pasję z organizacją wypraw i transportu motocykli) Junaków do Kirgistanu. Masz babo placek. Gdyby ktoś dwa dni temu powiedział, że będziemy rozważali taką eskapadę śmialibyśmy się i pukali w czoło, a dziś... ech czas pokaże co będzie.



Po piątkowych i sobotnich emocjach niedzielny ranek powitał nas miarowym bębnieniem deszczu o parapet (to słyszał tylko czujnie śpiący Krzych), przebłyskami słońca i ciepłym wiaterkiem (to już i ja widziałem i czułem). Zjedliśmy śniadanie w zacnym towarzystwie czując jakbyśmy znali się od lat. Jeszcze ostatnie uściski rąk, wymiana kontaktów i lecimy na kawkę do Żaby. Tu czujemy się nie jak u znajomych, ale jak u rodziny. Nie ma lepiej :-) Kasiu, Ryśku - WIELKIE DZIĘKI za gościnność.

Czas wracać. Ja wciągam wszystko co mam na grzbiet, Krzych nie daje się namówić na przeciwdeszczówkę. Ciepły wiatr i słonko podważają moje argumenty. Potem w trasie wiatr nie był już ciepły, słonko schowało się za chmurami, z których zaczął padać deszcz, a Krzych twardo nie zmienił zdania. Jedno tankowanie, jeden postój na ciepłe picie i właściwie nie byłoby o czym mówić. Na szczęście na jakimś większym wyboju urwał mi się tłumik i choć taka drobna atrakcja urozmaiciła nam podróż. W obie strony 650 kilometrów przeleciało jak jedna chwila. Sezon uznaliśmy za napoczęty.