Road to Hel

W pierwszych dniach marca odezwał się (poprzez kontakt z tej strony) Peliks. Zmusiłem mózg do przeczesania najgłębiej położonych powiązań komórek pamięci, ale kwerenda ta nie zdała się na nic. Peliks, Peliks, nie znam człowieka. Zawsze można ten stan zmienić. W kilku żołnierskich słowach przedstawił w czym rzecz. Mieszka w Wejherowie, jeździ na motocyklu, w dniach 22-24 kwietnia organizuje mały spocik w wiejskim domku nad jeziorem, w ramach imprezy planowany jest wypad na Hel, zaprasza do wzięcia udziału. Odpisałem, że i owszem udział wziąć mogę, a nawet nie tylko mogę, ale będzie się to wiązało z wielką przyjemnością. Po chwili dostałem odpowiedź:

"Witaj! Cieszę się jak małe dziecko z lizaka że będziesz ! Mój nr. tel. 662...... A domek w jest w Salinku. Pozdrawiam gorąco (byle do wiosny) Marek vel Peliks."

Udało się połączyć przyjemne z pożytecznym. W piątek 22 kwietnia muszę być służbowo w Gdańsku. Stamtąd do Wejherowa rzut beretem. Kogo tam zastanę? Skąd Peliks wie o mnie? Czym śmiga? Nie przekonam się jeżeli nie pojadę. No to jadę. "Road to Hel"

W czwartek Junaczysko wiezie mnie do firmy. O pierwszej kończę pracę i ruszam na północ. Jak zazwyczaj pierwsze obroty kół (dla Junaka to odpowiednik pierwszych kroków) kieruję na Księżyc. Tam zastaję Andreasa. To przedstawiciel niemieckiego odłamu Junakowców. Znam go ze spotkań w Harzu. Wybrał się w podróż dookoła Polski odwiedzając po drodze polski odłam. Niektórych zna, innych dopiero pozna, wszyscy przekazują go sobie z rąk do rąk. Andreas kręci śrubkami, ja nie jestem gorszy i też wyciągam klucze. Muszę poprawić naciągnięcie łańcucha. Wypadałoby też zmyć warstwę soli i błota po lutowej wyprawie do Narola. Podczas pracy gawędzimy cudowną mieszaniną angielskiego, niemieckiego, czeskiego i polskiego. Andreas pracował kiedyś w Czechach i potrafi sporo wyrazić w tym języku. A połączenie twardej mowy entuzjastów piwa zza zachodniej granicy ze śpiewną melodią entuzjastów piwa zza południowej daje jedyny w swoim rodzaju efekt. Angielski służy do wyjaśniania kwestii zbyt zawiłych by wyrazić je w niemieckoczeskim slangu. Do tego polski, którego Andreas uczy się by móc korzystać z Junakowej serwisówki.

start z Ksiezyca

Łańcuch poprawiony, koła napompowane, sól zmyta, serdeczności wymienione - można palić wrotki. Jeszcze po drodze warto zahaczyć o stację kontroli pojazdów. Przegląd skończył się parę dni temu. Niestety mimo dość wczesnej pory przed stacją czeka kilka aut. Odpuszczam. Czas pokaże, że warto było poczekać.



Droga do Gdańska bez przygód. Lecę na Mławę, Ostródę i Elbląg. Jedyna niedogodność to wiatr wiejący prosto w reflektor. W piątek służbowe obowiązki. Po robocie telefon do Marka (już wiem jak ma na imię) i lecę wskazaną przez niego drogą. Kilka kilometrów przed Wejherowem japoński smok gulgoczący z dwóch wydechów średnicy komina małej lokomotywy i jeździec w białym kasku. To znak rozpoznawczy. Żaden goździk w butonierce, teczka czy gazeta w ręce tylko właśnie jako znak rozpoznawczy Peliks podał ten kask :-) Lecimy do niego. Kto Peliksa nie widział na motocyklu ten nic nie wie o kontrastach. Sam siebie określił mianem "najniższy motocyklista świata". W dziecięctwie powykrzywiał mu się kręgosłup tak, że w efekcie doktorzy posadzili go na wózku i pogodzili się z myślą, że już tak zostanie. Na szczęście rodzice nie byli skłonni pogodzić się z tą diagnozą. W efekcie Marek trafił w ręce wiejskiej znachorki, która już podczas pierwszej wizyty tak się zakręciła, że chłopak wracał na stację pchając własny wózek. Tę i wiele innych historii poznałem pijąc herbatę w gościnnym domu Magdy i Marka. Potem krótka trasa do wiejskiej posiadłości. Po drodze chwila refleksji w Piaśnicy gdzie w 1939 i 1940 roku niemcy wymordowali kilkanaście tysięcy ludzi. Wiem, powinno się pisać Niemcy, ale jakoś w tym kontekście trudno to przychodzi.

Na miejscu już czekał Andrzej, po chwili dojechał Jarek. Dymił grilik, karkówka, opowieści, kaszanka, gar bigosu, opowieści, makowiec, opowieści, papryczki, opowieści, kawka, opowieści... Nowo poznani motocykliści to członkowie... Klubu Chińskich Motocykli!!! Tak, tak, niektórzy jego członkowie śmigają, o zgrozo, Junakami tyle, że współczesnej produkcji, przy której uwijają się małe chińskie rączki. Co najciekawsze ten klub to tak silne środowisko, że jego członkowie przesiadając się na inne motocykle (w przypadku Marka, Andrzeja i Jarka są to "japończyki") ciągle trzymają się razem. Gdzieś to czytałem: "Chińczyki trzymają się mocno..." Wesele?

u Peliksa

Nazajutrz śmigamy z Markiem na Hel. Pozostali musieli wracać do domowych obowiązków. Piękne krajobrazy, słonko, zakręty... nie ma lepiej. We Władysławowie z silnika rozległy się straszne chroboty i wizgi. Wyprzedzam Marka, daję znać, że muszę zjechać na bok. Wbijamy się na parking przy markecie. Nie padłem ofiarą omamów słuchowych. Marek też słyszy ten hałas. Muszę sprawdzić co jest jego źródłem. Niestety w ten sposób Peliks utwierdzi się w przekonaniu, że Junaki nie nadają się do jazdy :-(  Za młodu, w latach osiemdziesiątych, własnoręcznie przerobił dwa Junaki na czopery i spędził wiele dni w garażu nad doprowadzeniem ich do perfekcyjnego stanu technicznego. Przekonał się wtedy, że to nie takie proste. Junak musi się psuć. No i się potwierdziło. I tym razem trochę się będzie działo.

Ściągam lewy dekiel, dekiel rozrządu, szarpię wałem, macam kółka. Niczego tu nie widać. Składam i przewracam motocykl na drugi bok. Prawy dekiel precz. Tu też niczego nie widać. Szybki montaż. Motocykl na centralkę i lecą po kolei bak i głowica... Tu są pierwsze ślady. Dostrzegamy w znacznych ilościach olej na górze tłoka. Pierścienie? Cylinder precz. Pierścienie całe. Co jest grane? Jakoś ten olej tu się musiał dostać. Prowadnica zaworu? Kanapa precz. Pod kanapą mam ukryty ścisk stolarski, który służy rozpinaniu zaworów. Po chwili zawór wydechowy trzymamy w rękach. Trzonek cały czarny! Luz w prowadnicy na oko około 0,8mm. To jest droga, którą olej wędruje ponad tłok. Nie pozostaje to z pewnością bez wpływu na poziom hałasu. Ale te chroboty pojawiły się nagle. Jeszcze zawód ssania. Tu troszkę lepiej. Luz w prowadnicy spory, ale trzonek bez czarnego nalotu w miejscu współpracy z prowadnicą. Pukam w obie prowadnice. Wydaje się, że siedzą mocno. Jeszcze próba zamiany zaworu na nowy. Niestety niewiele to zmienia jeżeli chodzi o luz. Składam całość na starych zaworach. Ta głowica przeleciała 45 tysięcy od regeneracji. Gniazda w porządku, szczelność jest, tylko te nieszczęsne luzy w prowadnicach. Cóż poradzić. Poprzedniego dnia Jacek z Osiecka dzwonił i mówił, że moja druga głowica w najbliższym tygodniu będzie do odbioru. Najwyższy czas.

u Peliksa

I tak zleciały trzy godziny. Jak powiedział Marek "przy ciekawej pracy czas szybko leci". W między czasie mieliśmy okazję porozmawiać z drużyną siatkarek z Częstochowy, parką rowerzystów i kilkoma innymi osobami zaciekawionymi rozłożonym na kawałki motocyklem. Takie rozmowy dodają uroku naszej pasji. Gdyby nic się nie zepsuło nie mielibyśmy szans na takie spotkania. Czas kończyć te igraszki. Zakładam, że przyczyną hałasów były jednak zawory. W momencie kiedy pakowałem graty przyszły chmury i zaczęło kropić. Najwyższy czas się zbierać. Marek proponuje, że jeżeli z motocyklem będzie klops ściągniemy na pomoc Jarka i odstawimy Junaka do Wejherowa. Jeżeli chciałbym może podrzucić mnie i sprzęt do Warszawy. Jak długo się znamy? 20 godzin? Motocykl łączą :-)

Chwila emocji. Przelewam gaźnik i silnik zaskakuje za drugim kopem. Hałas jakby znikł. Postanawiam podjąć próbę powrotu do domu na kołach. Dzwonię do Krzycha z prośbą, by dziś wyjątkowo nie przyswajał alkoholu. To żarcik dla rozluźnienia atmosfery. Wiem, że przy takich telefonach z trasy Krzych wielce się niepokoi. Obiecał, że telefon będzie miał cały czas przy sobie i mogę dzwonić choćby w środku nocy. Nie ma jak Tatuś :-)

Jeszcze po graty na działkę. Po drodze Marek prowadzi przez malownicze drogi Kaszub. Nie powiedziałem, że w osobie Marka poznałem rodowitego Kłeszuba. Podróże kształcą. Trochę pada, silnie wieje. Gdzieś na przydrożnym termometrze widzimy 4,7 stopnia. Musiał nieco oszukiwać. Ma mój gust było co najmniej pięć. Na działce odgrzewamy bigos. To były delicje. Wpadamy do Wejherowa uściskać Magdę i około ósmej wieczorem odpalam w kierunku Warszawy. Jakby wszystko szło dobrze powinienem byc w domu trochę po drugiej rano. Niestety nie szło dobrze. Technika dała tym razem radę, a zawiódł czynnik ludzki. Deszcz, niska temperatura i wiatr zatrzymały mnie po 150 kilometrach. Około 23 wbijam w Grudziądzu do hotelu. Starzeję się?

u Peliksa

W niedzielę odpalam chwilę po siódmej. Wita mnie słoneczko. Wiatr w plecy. Upały nieco zelżały, ale myślę, że jest uczciwe 5 stopni. Można grzać. Po drodze ograniczenie do 40 km/h. Tuż za nim patrol. Haltują, pokazują na suszarce 67 km/h Przy okazji wychodzi kwestia braku przeglądu. 100 złociszy mandatu, zatrzymany dowód i od razu robi się cieplej. Mimo wszystko było to miłe spotkanie. W towarzystwie sympatycznych mundurowych chłopaków spędziłem ze 45 minut. Oni opowiadali o swojej służbie ze szczególnym zwróceniem uwagi na "atrakcje" przy wyjazdach do wypadków. Widać, że bardzo to przeżywają. Przeżywają w odróżnieniu od ofiar, o których opowiadali. Urwane głowy, nogi, mózgi rozprasowane na drodze, auta wbite pod ciężarówki, reanimacja rannych, motocyklista pozdrawiający podniesioną ręką, a po chwili wezwanie do wypadku gdzie z tego motocyklisty niewiele zostało. Po jakimś czasie od jego żony dowiedzieli się, że wracał po 12.000 km trasy po Europie. Do domu zabrakło mu 150 km. Ja opowiadałem o wyprawach Junakiem. Czas szybko zleciał i musieliśmy się pożegnać. Tylko ten cholerny dowód :-(

Do domu syty wrażeń dotarłem około południa. Niby tylko trzy dni, a w głowie kłębi się jak po długiej wyprawie. Do Marka koniecznie muszę jeszcze kiedyś wpaść. Zapraszał serdecznie. A może spotkamy się gdzieś w trasie? Takie kontakty to sam smak motocyklizmu :-)