bieszczadzkie wspomnienie

Witajcie

Otóż taka oto myśl mnie z rana dopadła coby na moje pierwsze Dzikowisko się jednak Junakiem udać. Koła są zrobione, zawieszka też lada dzień dojedzie, iskrownik z przystawką czeka... Został co prawda stukający rozrząd, ale powinien wytrzymać. Albiona się usprawni - chyba zaciął się na o-ringu bo wcześniej pracował ładnie.

Koledzy w pracy różnie zareagowali na ten pomysł - młodsze pokolenie się zapaliło, natomiast najstarszy stażem mechanik popukał się w głowę.
 
Co prawda na Junaku moja najdalsza podroż to była w Bieszczady (i to z Krosna) i skończyła się powrotem na przyczepie. Z tym wyjazdem z przed lat wiąże się fajna przypowiastka.

Lat miałem ze 16 - świeżo zrobione prawo jazdy, rodzice gdzieś wyjechali . Z kumplem wpadliśmy na pomysł, że pojedziemy w Bieszczady. Jak postanowiliśmy, tak też się stało. Junak nie oblatany, chopper, zero narządzi i części zapasowych - ruszamy.

Sezon miał się ku końcowi, jesienne kolory już na bukach - sam smak Bieszczad.

Po ok 100km stukanie - to tylko zawór. Jako, że byliśmy w wieku fascynacji HEVY Metalem to i żyletka się znalazła, jakieś klucze w przydrożnej chałupie i jedziemy dalej.

Zbliżamy się do Kalnicy i nagle zarzuca tyłem - kapeć. Dopchaliśmy sprzęt do jakiś zabudowań - trochę daleko było, ale 2 młodych, zapalonych, niesionych marzeniami riderów dało radę. Opona 130mm założona na felgę 16" chyba od MZ - samo ściągnięcie jej z felgi dało nam popalić. Dętka rozerwana.

Siedzimy sobie tak na poboczu bez koła (rok był 1994 więc i samochodów mało, a o telefonie nikt nie marzył). Do dziś pamiętam ten zachód słońca w osi jezdni. Namiotu nie mamy, kasy też za bardzo, no ale w tym wieku to miało małe znaczenie. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się samochód - pędzi dumnie biały Polonez na tablicach ze Śląska. Zatrzymuje się przy nas i w tym momencie szczęka opada - znajomy rodziców, mocno wiekowy Pan Profesor z Bytomia właśnie wybiera się na koniec rykowiska. Mało tego - mając nadzieję, na udane polowanie holuje za Poldkiem pustą przyczepę.

Profesor został w kolibie, my nie przyznając się, że w wieku 16 lat ma się tylko prawo jazdy na motocykle zaholowaliśmy Janka do domu.

Jako, że cała kasa poszła na paliwo do auta (dobrze, że był to Poldek diesel), to w niedzielę rano wrzuciliśmy 2 rowery na przyczepę i drogę powrotną (ok 110-120km) pokonaliśmy już pedałując.

Teraz z perspektywy lat uśmiecham się na samą myśl, że wracając na rowerze cały czas byliśmy ubrani jak "nie dojszli harleyowcy" z byłego RWPG.
 
Lata minęły, kontakt z kolegą się urwał - poszedł w karierę. Czasem widuję Go w telewizornii - niby poważny Pan. Żona się tylko dziwi, bo ilekroć go zobaczę to przed oczami mam widok jak zasuwał cały dzień na rowerze WIGRY 3 z wywieszonym jęzorem, ubrany w skórę , jeansową kamizelkę i glany.

Koniec bzdeta  
RAV

P.S. Tłumaczenie dla PiotraC i K54 ->  DALSZA WYPRAWA - coś ponad miarę jeźdźca i motocykla, km nie mają znaczenia

bieszczadzkie wspomnienie