majówka

Witka,

Melduję powrót do domów PiotrCa i mój. Na Księżycu lądowałem około 20.30, porozwieszałem mokre, niech schnie , a cooo, a tera idę się wykąpać, a co :-))))

Jakie 15 km przed Górą Kalwarią na biegusia zakładaliśmy kondony, bo walnęło gradem, potem polało zdrowo, potem mnie zalało iskrownik, ale dzięki suchej szmatce PiotrCusia i wytarciu przewodu i gniazda WN pognaliśmy dalej. Uścisnęliśmy się w Powsinie. Już nie padało, ale od Wilanowa do samego Księżyca stała ściana wody .... nawet samochody jechały 40stką ....

Jest trochę zdjęć, trochę filmów do zmontowania, kupa opowiadania :-)))) Ponad 1000 km, eskorta ślubna, nocny przejazd przez drogowe bagno, nocleg u Żaby, odwiedziny obozowiska Kardanowców,  spotkanie z Qubą i Karolą, Loczkiem i Małżonką, nocny wyjazd i powrót z "koncertu" w Cisnej, no i dzisiejszy skok do domu :-))))

Oj działo się :-))))))))) Pozdr K54 

PieS Mnie zalało iskrownik, a inny Junak kilka razy jechał wzdłuż rzeczki z wodą do połowy silnika i nic. A jak we wodzie zgasł, to Jeździec go przekopał i pojechał dalej ....

Tak na gorąco wypad majówkowy relacjonował Tatuś, który był częściowym sprawcą całego zamieszania. Pod koniec kwietnia puścił na forum Dzikiego Junaka informację o ślubnych planach niejakiego Merha. Kto zacz? Maciek zwany Merhem jest uczestnikiem forum sfm-junak.pl i tam podzielił się z kolegami Junakowcami swoim szczęściem, zapraszając do sformowania motocyklowej eskorty ślubnego orszaku. W tym samym czasie Quba zachęcał do wzięcia udziału w majówce, którą organizowali w Bieszczadach członkowie klubu Kardan.

Rzut oka na mapę i miałem gotowy plan. W sobotę z rana do Lubartowa odprowadzić Merha na ślub , potem nocleg u Żaby na Roztoczu i w niedzielę Bieszczady. Co potem? To się zobaczy. Słowem plan taki jak lubię, bez zbytecznych szczegółów, co daje gwarancję, że się powiedzie. Tatusiowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jeszcze tylko ugotował jajeczka na twardo, wpadł do zaprzyjaźnionej budy po smalczyk ze skwarkami, kupił parę puszek ze świńską tuszonką i był gotów. 

majówka

Ja przed wyjazdem musiałem wymienić głowicę, która była powodem niepokojów podczas wyprawy na Hel (od regeneracji przeleciała 45.000km i wyrobiły się prowadnice zaworów). Jacek z Osiecka od kilku miesięcy miał na warsztacie moją zapasową. Wiedząc o rozpaczliwej sytuacji obiecał skończyć ją na czwartek. Coś się jednak pokomplikowało (pilne dostawy gratów na rynek niemiecki) i kończył ją w piątek przed weekendem majówkowym.

Wpadłem do słynnego Jackowego warsztatu po fajrancie i przystąpiłem do akcji. W działaniach sekundowali mi Jacek i Żwirek. Jacka zna wielu więc nie muszę go przedstawiać, ale nie wszyscy znają Żwirka. To pracownik, a zarazem przyjaciel Jacka. Zapalony motocyklista, jak większość tamtejszych pracowników, któremu wypływa na twarz błogi uśmiech na samą wzmiankę o WSK'ach, Junakach, śmiganiu po polach, spożywaniu browarków przy ognisku... Stary rider, o długich siwiejących włosach spiętych w kitę z wielkim doświadczeniem w rdzawej materii weterańskich sprzętów. Choć był już przebrany po robocie i już, już miał dosiadać swojego BMW R100 został, żeby w razie jakiejś draki pomóc w składaniu. Przy takiej asyście miałem nieco tremy, ale przecież nie raz naprawiałem motocykl przy drodze otoczony wianuszkiem gapiów więc jakoś poszło.

Zeszło omal do północy. Nie za sprawą jakiś problemów technicznych, tylko ze względu na niezwykle miłe towarzystwo. Jacek skoczył po zaopatrzenie i po chwili na grillu piekła się karkówka, kaszanka, kiełbasa i kurczak. Żona Jacka przyrządziła pyszny sos i sałatkę. W między czasie Jacek dorobił nowe laski popychaczy, bo moje lekko odstawały od nominalnego wymiaru. Po biesiadzie ostatnie dokręcanie śrub, zbiornik na miejsce, wężyk, kranik i... silnik odpalił za drugim kopem. Może udałoby się i za pierwszym, ale zapomniałem założyć fajkę więc tego już się nie dowiemy. Na szczęście Żwiro czuwał i druga próba była udana. Czy można milej spędzić wieczór?

Dobrze po północy zameldowałem się w domu. O 4:15 zadzwonił budzik i zawiozłem żoneczkę na zbiórkę. Pojechała na wycieczkę do Wilna, a ja wróciłem do domu, wyprowadziłem psy, zrobiłem szybkie zakupy, ugotowałem im żarcie na cały tydzień, spakowałem kilka gratów i byłem gotów do drogi.

Na ślub Merha oprócz Krzycha i mnie wybrali się też GrzegorzW i Paweł. Spotkaliśmy się pod Józefowem i pognaliśmy. Ładna pogoda, cztery Junaki lecące bocznymi drogami i omijające kilometrowe sznury samochodów na głównej szosie, herbatka i kebab w pustym barze przy stacji benzynowej gdzieś w środku niczego. Czy można milej spędzić dzień?

Na punkt zbiórki pod Lubartowem dotarliśmy na czas. Na parkingu około trzydziestu motocykli różnej maści, w tym sześć Junaków, a w tym zaprzęg PiotraSt, który za jakiś czas miał spełnić znaczącą rolę, ale nie uprzedzajmy faktów. Oprócz motocykli dwa Jaguary i Merc na żółtych tablicach. Widać, że towarzystwo lubi czar starej motoryzacji. O tym jak bardzo lubi niech świadczy fakt, że Merh postanowił zawieźć pannę młodą pięknie odrestaurowanym Junakiem z koszem, a sama panna młoda śmiga WSK'ą.

Merh

Jeszcze ostatnie przygotowania przed domem Lonki... Czy to kwiaty tak pachniały, czy dziewczyny jak kwiaty? 

Merh

Oczekiwanie na start.

Merh

Merh

Z przejazdu zaprzęgiem do kościoła, o mały włos nic by nie wyszło. Pięknie przystrojony Junak wytoczył się na szosę i na widok kilkudziesięciu motocykli speszył się, zgasł i nie chciał odpalić. Tu stanął na wysokości zadania PiotrSt podstawiając swój zaprzęg, którym ostatecznie para młoda dojechała do kościoła. Później okazało się, że przyczyną problemów z odpaleniem był nowy przerywacz, który wytarł się (nowe tak mają, bo ślizgacz młoteczka świeżo z fabryki ma ostre krawędzie, które w ciągu pierwszych minut pracy potrafią się szybko wytrzeć) i przerwa zmniejszyła się na tyle, że iskra znikła.

Merh


Lonka

Merh

Merh

Ja Maciej, Ja Ilona... i że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Zaświadczamy, że tak sobie ślubowali i modliliśmy się wspólnie żeby obietnic dotrzymali.

Merh

Grześ z Pawłem pomknęli do Warszawy, Piotr odwinął na Wysokie, a ja z Krzychem polecieliśmy do Żaby. W całym zamieszaniu zapomniałem uprzedzić go o niespodziewanej wizycie. Tuż przed startem spod kościoła szybki telefon. Żabcia wybiera się tego wieczora na urodziny kumpla, ale dom i pomieszczenia w starym spichlerzu stoją otworem. Zobaczymy się rano na śniadaniu. Klawo jest mieć takich kumpli rozsianych po całej Polsce :-)

W Narolu robimy ostatnie sprawunki w sklepie przy rynku, który zawsze odwiedzamy ile razy jesteśmy na Roztoczu. Ostatnia prosta. Tu jeszcze kilka lat temu jechało się drogą gruntową. Teraz pozostał z niej raptem kilometr, a reszta pokryta została asfaltem. Wystarczył jednak ten kilometr żeby poczuć urok "off-road" :-)  W świetle reflektora droga wydawała się szutrem. Jechałem śmiało omijając kałuże. Przed jedną z nich przyhamowałem przodem i w ułamku sekundy znalazłem się w polu, a Junak spoczywał na mnie. To nie był szuter tylko żółciutka glina śliska jak lód. Na szczęście jechałem wolno więc szkód żadnych nie było.

u Żaby

u Żaby

u Żaby

W niedzielny leniwy poranek zbieramy się w dalszą drogę. Ciężko opuścić gościnne progi, na tyle ciężko, że ruszamy dopiero około 11. Nie musimy się spieszyć. Na dziś mamy tylko 200 kilometrów. Zdążymy.

Po drodze nagły ryk z wydechu i brzęk toczącego się po asfalcie metalu. To rozbieralny tłumik postanowił udowodnić zasadność swojej nazwy i rozebrał się bezwstydnie na środku drogi. W Albanii po prostu się rozkręcał. Dostał wtedy dodatkowe dwie nakrętki i mu przeszło. Przeszło tylko częściowo, bo ciągle się luzował i brzęczał, ale był mniej więcej w jednym kawałku (nie licząc urwanych przegród latających w środku). Teraz postanowił raz jeszcze pokazać pazury i pękł oddzielając ostatni człon od dospawanej doń rury, która mocuje całość w jeden tłumikowy byt. Na szczęście w sakwach mam zawsze kawałek mocnego drutu, w piórniku kombinerki, a Krzych wozi ze sobą młotek. Dzięki temu po dwudziestu minutach przebiegły tłumik znów był w mniej więcej jednym kawałku i pełnił swoją rolę. Rozbieralne tłumiki H są do D :-)  Ale trzeba na nich jeździć, bo po prawdzie nie ma alternatywnego źródła części, a po pewnych poprawkach spisują się całkiem dobrze.

tłumik

Na poniższym zdjęciu uważny obserwator może zauważyć elementy metaloplastyki (druty wystające z wydechu), które utrzymują "w kupie" niesforny tłumik.

tłumik

Przed wieczorem dotarliśmy na miejsce. Quba z resztą ekipy śmigał gdzieś po bocznych bieszczadzkich dróżkach i strumieniach, nas przyjęli gościnni członkowie klubu Kardan.

meta

O zmroku wrócili ekploratorzy. Loczek wylał z butów nieco wody która wlała się podczas przeprawy w bród przez rzeczkę. Quba, który nigdy nie może wysiedzieć na miejscu, zaproponował żebyśmy śmignęli do Cisnej gdzie w Siekierezadzie wieczorem mieli grać blusa. Się kopie, się siada, się jedzie. Po drodze w Junaku Loczka zgubiło się światło. No cóż, i tak bywa. Będziemy się martwić po kolacji. Wbijamy do Siekierezady.

w Siekierezadzie

Loczek podłączył żarówkę świateł mijana bezpośrednio do przewodu idącego z akumulatora do stacyjki i nastała jasność. Jeszcze sklep (do środka wdali się Karola z Qubą, a mnie sklepowa zatrzasnęła drzwi przed nosem) i ruszamy. Na wszelki wypadek Loczek w drodze powrotnej trzymał się blisko mnie, a ja omiatałem drogę długimi. Krzych nieco zamarudził pod sklepem i tuż przed startem na kanapę wskoczył mu mocno podlany alko pasażer żądny przejażdżki Junakiem. Cóż było robić, Krzych przewiózł niespodziewanego pasażera sto metrów, a następnie musiał odwieźć go pod sklep. Tu się pożegnali i już solo pognał na bazę.

Jeszcze nocne Polaków rozmowy przy ognisku...

ognisko

... i ładujemy się do namiotów. Co prawda Karola z Qubą zachęcali do spania pod dachem, ale my lubimy obcować z przyrodą jak najbliżej. Miałem możliwość wypróbowania "norki" (forma pokrowca na śpiwór) kupionej ostatnio. Sprawdziła się całkiem nieźle przechodząc test na nieprzemakalność podczas deszczu, który spadł nad ranem.

nocleg

Rano śniadanko, pakowanie i jesteśmy gotowi do drogi zanim pozostali uczestnicy wycieczki zdążyli stracić nagromadzone w organizmach podczas ogniska procenty.

wiosna

Lecimy do domu. Po drodze robimy przerwę na drugie śniadanie nad malowniczymi stawami, gotujemy herbatkę na gazowej kuchence wyciągniętej z przepastnych sakw Krzychowego Junaka, szyneczka z puszki, serek, smalczyk, dżemik.. mniam, mniam.

Za Kozienicami odwiedzamy znajomego Krzycha. Pilot, mistrz Polski w motolotniach, kompletnie zakręcony na punkcie latania. Zbudował dwa hangary do których wchodzi się wprost z podwórka, a dalej ciągnie się droga kołowania i prywatne lotnisko. Gdybym nie jeździł na Junaku pewnie bym latał. Pilot ma w jednym z hangarów BMW i mówi, że gdyby nie latał to pewnie by jeździł :-)

Ostatnie kilometry to atrakcje związane z burzą. Tak intensywny opad rzadko kiedy się spotyka. Studzienki nie mają szans odprowadzić wody, która płynie wartkim strumieniem równo z krawężnikami. Krzycha Junak gaśnie. Po wytarciu przewodu wysokiego napięcia i osłonki gniazda w iskrowniku wszystko wróciło do normy. Na wysokości Powsina robimy niedźwiedzia, ja skręcam na Ursynów, a Krzych wali na Bemowo.

Trzy dni, tysiąc kilometrów, mnóstwo wrażeń. Będzie co wspominać :-)