He

W kwietniu próbowaliśmy z Peliksem zdobyć 2He, ale spękałem posłyszawszy na rondzie we Władku okrutne chroboty i chrzęsty dochodzące z mojego silnika. To była sprawka luzów pomiędzy trzonkami zaworów, a ich prowadnicami. Po zmianie głowicy ten rodzaj hałasów znikł. Zaproponowałem Markowi powtórkę wycieczki i zdobycie niezdobytego 2He. Nadarzyła się po temu niezła okazja. We czwartek i piątek umówiony byłem u klienta w Słupsku skąd żabi skok do Wejherowa gdzie mieszka Marek. Po pracy we czwartek umówiliśmy się u niego na kawę. Na obiad zaplanowaliśmy świeżą flądrę.

Od początku tygodnia było piękne słoneczko i dość ciepło. Nie inaczej zaczęła się środa. Tyle, że było tak do 13, kiedy to nagłe zrobiło się ciemno, zerwał się wiatr, przylało zdrowo i błysnęło. Wiosenna burza. Na niezwykle użytecznej stronie sat24.com popatrzyłem na obraz satelitarny. Burza utworzyła się na wschód od Warszawy i zmierzała na północny zachód czyli w tym kierunku w którym miałem jechać. Trzeba ją przeczekać. Około 13:30 poszła sobie. Kończę pracę o 14 i lecę.

Chyba byłem zbyt niecierpliwy, a może jechałem zbyt szybko, lub burza nieco się zagapiła, dość że tuż przed Bemowem dogoniłem ją. Trzeba założyć "przeciwdeszczówkę". Skoro i tak czas na przerwę decyduję się na krótką wizytę na Księżycu. Po chwili w charakterystycznych niebieskich drzwiach łoboorki widzę uśmiechniętą twarz Krzycha. Siadamy, gadamy i dajemy burzy szansę uciec gdzieś w siną dal. Zakładanie przeciwdeszczowego stroju przeciągnęło się do dobrej godziny. Miło było, ale czas ruszać. Na razie nie pada, ale strój się przydaje, bo auta podnoszą tuman wodnego pyłu. Minąwszy Płock zaczynam doganiać czarną chmurę. Czarno u góry, po lewej, po prawej i z przodu aż po horyzont. Nie ma wyjścia. Pcham się do przodu. Chmura przemieszcza się z prędkością ok. 40 km/h (tak oceniałem na podstawie zdjęć satelitarnych), ja mam na liczniku 90 km/h. Może dam radę się przebić? Przed Siepcem znowu kawałek niebieskiego nieba, a granatowo czarną chmurę widzę w lusterku.

To nie była ostatnia burza tego dnia. Miałem jednak szczęście i pomiędzy kolejnymi przemykałem się to z lewej, to z prawej dostając się tylko pod ich skrzydła gdzie opad był znacznie mniejszy. Chmury oprócz emocji wynikających z jazdy w deszczu dostarczały też emocji estetycznych. Tu czyste niebo i słońce, tam czerń, smugi deszczu i rozbłyski, a wszystko połączone z soczystą zielenią i żółcią rzepakowych pól.

Ostatecznie wygrałem z burzami przed Kościerzyną. Uznałem, że można sobie pozwolić na chwilę przerwy. Wbiłem więc na ryneczek gdzie rozłożyły się parasole kilku knajpek. Choć spędzający leniwe popołudnie siedzieli "pod chmurką", ja wybrałem zaciszne wnętrze pizzerii. Goście i obsługa przyglądali się z pewnym zdumieniem przybyszowi w stroju przeciwdeszczowym. Oni tego dnia nie widzieli jeszcze ani jednej chmurki. Dzięki temu mogłem nacieszyć oko ich letnimi kreacjami :-)


 
Kamera złapała tylko rozmazany obraz w czasie gdy ja zafascynowany gapiłem się i czekałem na moment kiedy luźne dżinsowe spodenki zsuną się ze zgrabnych bioder i odsłonią... no dość tego. Jakimś cudem jednak się nie zsunęły, a szkoda :-)

We czwartek po robocie sztybko do hotelu. Komputer i koszula przecz, bluza na grzbiet i palimy wrotki. Do Wejherowa mam ok. 90 km. Już po godzince z hakiem serdeczne powitania u Magdy i Marka. Magda jednak trochę nie dowierza w zdolność mojego motocykla do pokonania bezawaryjnie stu kilometrów i decyduje się zostać w domu. Nie dziwię się jej zbytnio, bo sam zawsze dziwię się, że jednak udaje się go odpalić i dotrzeć do celu :-) Wszak staruszek ma już ponad 50 lat!!! Choć z drugiej strony i ja też. Na szczęście jeszcze "obaj" się ruszamy. Jak długo? Któż wie.

Cóż tu opisywać. To trzeba zobaczyć. Boczne drogi przez Kaszuby, zieleń drzew i pól, rzółte żepaki. A może na odwrót? Wszystko się miesza w głowie od nadmiaru wrażeń :-) Niebieskie niebo, szaro srebrne morze... to wszystko może się podobać. W Helu na Helu zjadamy świeżą flądrę. Dziwnie wyglądają miejsca, które w sezonie okupowane są przez nieprzebrane tłumy, a teraz jesteśmy jedynymi gośćmi. Wracając wstępuję na soczek do wiejskiego sklepiku. Lepsza byłaby oranżada, ale to teraz rzadko spotykany rarytas. Otacza mnie gromadka lokalesów. Leniwie płyną opowiadania motocyklowe, wspominki jak to wujek pożyczał WFM'kę, sąsiad jeździł Iżem, drugi Junakiem, a trzeci CZ'tą. Ech gdzie te czasy Panie? Do Słupska docieram nocą.



U klienta oprócz spraw służbowy, a jakże i tematy motocyklowe. Pan Kierownik za szczenięcych lat rozebrał Junaka. Jest kompletny i czeka w kartonach. Trzeba się brać do roboty. Pani specjalistka od BHP zjeździła z mężem MZ'tka Polskę wzdłuż i wszerz. Teraz przerzucili się na solidne cztery koła. Sanitarkę z czasów sanitariuszki Marusi przystosowali do spania i śmigają w Bieszczady. Przerwa na kawę się kończy, a rozmowa ciągle trwa.

Po robocie przebieram się na parkingu. Podszedł posłuchać Junaka kolejny motonita. Śmiga Banditem z 1995 roku :-)

Czas ruszać. Przez 100 kilometrów słońce. Potem na przemian burze i niebieskie niebo. Wpadam do Bladowa sprawdzić czy Styba jest na posterunku. Niestety słynny na całą Polskę zakład zamknięty. Przed Świeciem solidny Cumulonimbus wydaje się zaporą nie do przejścia. Wstępuję na chwilę na pierogi i ciepłą herbatę. Sat24.com mówi jednak, że wypiętrzył się gdzieś nad Wisłą na wysokości Grudziądza, dalej jest lepiej. Czemu właściwie się martwię? Może to nieco dziwne, ale lubię jeździć w deszczu. Przeciwdeszczówka na grzbiet i wychodzę w ciemność. Współbiesiadnicy patrzą na mnie ze zdziwieniem.



Ostatnie 230 kilometrów jednym skokiem. Na zmianę deszcz i niebieskie niebo. To lubię. Junak z nową głowicą drze jak głupi. Z licznika nie schodzi 90km/h i jeszcze zostaje mały margines na przyspieszenie przy wyprzedzaniu. Tylko hamulce nie za agresywne. Przed Łomiankami widzę zmieniające się światło. Cisnę klamkę i pedał ile się da. Zatrzymuję się już za skrzyżowaniem!!! Trzeba uważać. Zaraz miasto i nie ma żartów. Po 7,5 godzinach (czystej jazdy nieco ponad 6) i przejechaniu 440 kilometrów melduję się w garażu. Nie ma lepiej :-)