dzień 1: nad Wigry

Rano pakowanko, troczenie gratów, dopychanie sakw i pierwsze obroty kół kieruję, jakżeby inaczej, na Księżyc. Tu mamy umówioną zbiórkę. Gdy dotarłem na miejsce kręciła się tam już zacna ekipa. Franek wprost z Bełchatowa, Krzych, balzaczek, Paweł z potomstwem i Levisek. Po chwili dojechał Igor. Jesteśmy w komplecie.

ekipa na Księżycu

Start o 10:10. Balzac postanowił odprowadzić nas kawałek. Na weekend wybierał się do Jedwabnego. Zaplanowali z Ryśkiem, gospodarzem Motostodoły, śmiganie po Mazurskich bezdrożach. Levis odprowadził nas tylko kawałeczek, bo musiał wracać do roboty. Nazajutrz zameldował, że tego dnia (doby?) przepracował 27 godzin. Twardy gość. Paweł mając pod opieką małoletnie potomstwo nie mógł nas odprowadzić. Za to machał na sześć rąk i dodawał nam otuchy. Twardy gość. Krzych podejrzewał, że ta liczna asysta miała za zadanie umacniać nas psychicznie i uniemożliwić wycofanie się w ostatniej chwili :-)

Jakoś udało się okiełznać nerwy, motocykle, bagaże, nawigacje, mapy, rękawice, kaski... i ruszyliśmy rączo. Rączo pomykaliśmy tylko przez chwilę, bo tuż za mostem zaczął się tradycyjny korek w Markach. Stłoczone na trzech pasach auta tuliły się do siebie tak, że niełatwo było się między nimi przeciskać. Jednak połączenie determinacji (musimy zdążyć do Siei przed zamknięciem), praktyki w warszawskich korkach (spędzamy w nich sporo czasu), uroku starych motocykli (zazwyczaj budzą w kierowcach katamaranów przyjazne uczucia) i potężnego gulgotu z rur wydechowych balzaczkowego Harleya utorowało nam drogę. Wylot z miasta zajął nam blisko godzinę. Ciekawe czy biedni katamaraniarze dają radę uspokoić się nieco przed dotarciem do celu? Oni tkwią w korku pewnie ze dwa razy dłużej.

Pierwsze tankowanie za Wyszkowem i pierwsze działania serwisowe. Kolanko we Frankowym Junaku lata luźno. Koniecznie trzeba to poprawić, bo pozostawienie sprawy samej sobie może doprowadzić do zniszczenia gwintu w głowicy. Ja natomiast od kilku dni miałem kłopoty z odpalaniem silnika. Normalnie "pali od kopa", a teraz i dziesięć zamachów kopniakiem nie pomaga. Sprawdzam gaźnik. Czysto i nie ma się do czego przyczepić. Na drugi ogień idzie zapłon. Przerwa na przerywaczu nie podoba mi się. Może i jest książkowa, ale ja lubię zdecydowanie większą. Ustawiam ją tak jak lubię na około milimetr. Teraz jeszcze ustawienie zapłonu i... pali od pierwszego kopnięcia. Można jechać.

kolanko Franka

Pierwszy etap na dziś to Motostodoła. Jak sama nazwa wskazuje tu w stodole naprawia się motocykle. Rysiek po mistrzowsku stawia na koła każdy motocykl. Jest nie tylko wyśmienitym mechanikiem, ale również, a może przede wszystkim pasjonatem dwóch kółek i doświadczonym off-road'owcem. Nazajutrz planują z balzakiem wyprawę po polach i lasach Mazur. W pracy Ryśkowi pomaga Janek, który oprowadza nas po całym obejściu pełnym ciekawych motocykli. Gdy byliśmy tu klika lat temu szopy i garaże dosłownie pękały w szwach. Teraz część sprzętów została przeniesiona w inne miejsca. Jednak oglądanie tego co pozostało i tak zajmuje z godzinę. Co powiecie na motocykl z napędem na oba koła? A ten smok, którego bak przykrywający potężny silnik trudno objąć kolanami? A to Ducati? Żal kończyć rozmowę, ale czas ruszać - Sieja czeka.

Motostodoła

Sieja to knajpa w Starym Folwarku nad Wigrami. Specjalizuje się w lokalnych potrawach. Ja uwielbiam kartacze. Są tak dobre, że zazwyczaj kończą się w połowie dnia. Tak było i tym razem. Nic to. Chłodnik i soczewiaki też nie są złe.

Wigry. Z tym miejscem wiąże się tyle wspomnień. Malutka wioska Cimochowizna. Samotne gospodarstwo kilkaset metrów od wioski. Las, łąki, wzgórze górujące nad jeziorem... Moi rodzice przyjeżdżali tu, jakżeby inaczej, na Junaku przed pięćdziesięciu laty. Jako szczeniak spędzałem tu wakacje. Przyjeżdżałem też z moimi dziećmi. Tyle wspomnień. Nie do opisania. Wspaniałe miejsce.

Igor za młodu (choć i teraz nie jest stary) przyjeżdżał tu ze mną. Ponieważ jest starszy od mojej córki tylko ze dwa lata wszyscy myśleli, że to moje dziecko. Potem gdy po latach bywał tu jako dorosły próżno tłumaczył pani sklepowej w Kormoranie, że jesteśmy braćmi. Dziś też odwiedziliśmy Kormorana. I jak co roku szefowa przywitała nas uśmiechem i słowami "O, tata i synek!". I jak co roku tłumaczyliśmy, że jesteśmy braćmi :-) Klawo spotykać starych znajomych.

A propos dzieci. Kiedyś zabrałem swoją trójkę plus Igora i dwójkę dzieciaków przyjaciół na lody do Suwałk. Gdy właściciel cukierni zobaczył tę gromadkę spytał czy to wszystko moje dzieci. Dyplomatycznie wyjaśniłem, że nawet jak któreś nie jest moje to chowam jak swoje. Na co sprzedawca uśmiechnął się szeroko i policzył za lody z 50% rabatem, i to w czasach gdy o "karcie dużej rodziny" nikt nie słyszał.


Wigry

Rozbijam norkę. To rodzaj pokrowca na śpiwór z pałąkiem rozpiętym nad głową. Mój dom na najbliższe dwa tygodnie.

biwak nad Wigrami

Jeszcze kąpiel, ognisko, chwila modlitwy pod krzyżem, który stoi tuż za naszym biwakiem i zaszywamy się w śpiworach.

>> dzień 2