dzień 2: Łotwa

Rano budzi nas piękne słońce. Jak zawsze "rywalizuję" z Krzychem kto pierwszy się spakuje. Tej rywalizacji nie można wygrać, ale staram się żeby nie zmitrężyć czasu i wyrobić się na dziewiątą na Mszę do pokamedulskiego kościoła w Wigrach. Żeby tradycji stało się zadość postaram się uzyskać błogosławieństwo na drogę. O rywalizacji napiszę później. Na teraz niech wystarczy informacja, że Krzych stał w kompletnym stroju motocyklowym przy spakowanym Junaku gdy ja jeszcze majstrowałem przy śniadaniu. Trzeba dbać i o ducha i o ciało. Zjedliśmy jajecznicę na kiełbasie, popiliśmy herbatą, usta otarliśmy wierzchem dłoni, wygłosiłem formułę "Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę!" i siedliśmy na Junaki. Igor jeszcze chwilę zamarudził. Miał się z nami spotkać pod kościołem po Mszy.

na górce

na górce

na górce

Jeszcze serdeczne pożegnanie z gospodynią i lecimy polnymi drogami zostawiając za sobą obłoki kurzu. Wyrwałem się nieco do przodu żeby nie podusić Kamratów. Na rozstajach dróg spoglądam w lustro, ale nikogo za mną nie ma. Czekam kilka chwil. Pusto. Zawracam. Po kilometrze, przy skupisku kilku domów w osadzie Siedlisko Leszczewek, stoją moi towarzysze podróży. Stoją i gadają z lokalesami. Na etnografię się im zebrało, a tu tymczasem za dziesięć dziewiąta. Okazało się, że Frankowi skończyło się paliwo. Jak to? Tankowaliśmy niecałe 250 km temu i już? Ja jeszcze nie ruszałem rezerwy. No tak, Franka Junak jest lekko zmodyfikowany. 400 ccm i akcesoryjny gaźnik robią swoje. Nasze Junaki palą 4,5 l/100km Frankowy 6!!! Fortuna toczy się kołem, za kilka dni sytuacja zmieni się diametralnie, ale o tym będzie we właściwym czasie.

Chałup raptem z pięć, ale w jednej z nich mieszka właściciel kilkunastu komarków, który ratuje nas 2 literkami paliwa. Lejemy i palimy wrotki bo zrobiła się już dziewiąta. Do kościoła dojeżdżamy po dziesięciu minutach. Ignorujemy znaki zakazu i radośnie pogrzmiewając stajemy omal koło drzwi. Na szczęście tego dnia świętowano 25 lecie ślubów zakonnych jednej z sióstr i tyleż samo od święceń księdza proboszcza. Straciliśmy wprawdzie większość z mów i laudacji, ale zdążyliśmy na zasadniczą część imprezy.

Po zakończeniu Mszy dopadliśmy proboszcza jubilata w zakrystii, złożyliśmy mu życzenia i poprosiliśmy o błogosławieństwo. Przezorny zawsze ubezpieczony :-) Krzych po kilku dniach, gdzieś w Szwecji, po szlifie asfaltu wspomniał proboszczowskie słowa i uznał, że przydały się. Jednak nie uprzedzajmy faktów. Co do ubezpieczenia to zawsze je wykupuję. Ubezpieczenie na dwa tygodnie z opcją leczenia (200.000 EUR), odpowiedzialności cywilnej (100.000 EUR) i transportu zwłok to raptem niecałe 80 złociszy, więc warto zapewnić sobie (pierwsze dwie opcje) i rodzinie (ostatnia opcja) nieco spokoju.

Spiesząc się z rana nie zaplanowaliśmy trasy na dziś. Teraz jest na to chwila. Lecimy przez Suwałki gdzie przede wszystkim trzeba napoić nasze rumaki, potem jeszcze tylko jakiś sklep i można śmigać w kierunku Litwy. Nie zdążyłem przed wyjazdem więc teraz latam po galerii w poszukiwaniu OFF'a i karty do kamery. Jedno i drugie kupiłem, jedno i drugie się przydało.

gdzie dalej?

Przez Litwę jedziemy bocznymi drogami. Na moim GPS'ie wybieram opcję "najkrótszą trasą", co zawsze gwarantuje ciekawe doznania. Tym razem poprowadził nas cieniutkimi asfaltami i szerokimi szutrami. Szutrów nasz elektroniczny przewodnik nie traktuje chyba jako dróg gruntowych, o które powinien się pytać. Nie spytał się i poprowadził szutrami. Na jednym z takich odcinków przekroczyliśmy granicę litewsko łotewską, czego Franek nawet nie zauważył. Tłumaczył potem (wracał do tego wątku wielokrotnie), że geografia jest mu obca. Gdy w podstawówce pani wykładała ten przedmiot zdawał sobie sprawę, że wiedza ta nie jest adresowana do niego. Wszak 40 lat temu nie mógł przypuszczać, że będzie śmigał po świecie, więc geografii się nie uczył :-) Zresztą z tego co pamiętam z tych samych czasów na geografii uczyli nie tyle gdzie są ciekawe tereny i widoki, ale ile ton cukraków z hektara produkuje się w której z republik ZSRR, ile trzciny cukrowej na Kubie, czy też ile węgla wydobywa się w NRD. Komu to teraz potrzebne? Słowem Franek słusznie założył, że nie ma co obciążać sobie geografią głowy.

Po drodze zrobiliśmy kilka przystanków na stacjach benzynowych dla pokrzepienia motocykli i w kilku ładnych miejscach dla pokrzepienia ciała i ducha. Jakoś się utarło, że na postojach gotujemy sobie herbatę, pichcimy często coś na ciepło, a na zakończenie Franek rytualnie przygotowuje kawkę. Krzych za każdym razem macał się po brzuchu i pomstował, że z planu odchudzania nici. Co on tam mógł wyczuć nie rozbierając się z motocyklowych ciuchów? Moim zdaniem niepotrzebnie się niepokoił. Niejeden o połowę młodszy podróżnik może pozazdrościć mu krzepy i postawy.

gdzieś na Litwie

gdzieś na Litwie

Za nami Polska, Litwa i znaczny kawał Łotwy. Czas na znalezienie noclegu. Kusi bałtycka plaża, ale ze względów na możliwość kąpieli wybieram słodki akwen. Doszedłem do sporej wprawy w obsłudze GPS'a podczas jazdy. Krzych nazywa to oglądaniem w drodze telewizji :-) Wyszukuję jezioro z dojazdem od szosy gruntową drogą. Ustawiam opcję wyświetlania poruszającego się kursora po mapie i w odpowiednim momencie skręcam w prawo w przecinkę leśną. Po kilkuset metrach w lewo w dół odbija dróżka. Musi wieść wprost do jeziora. Stajemy nad wodą i rozglądamy się za dogodnym miejscem na biwak. Krzych postanawia sprawdzić co widać za kolejnym zakrętem. Wraca uśmiechnięty. Dogodne zejście do wody, szeroki pas trawy, ślad po ognisku... jesteśmy na miejscu.

Łotwa

Ustawiamy namioty, palimy ognisko, wskakujemy do wody, robimy kolację i wpatrujemy się w zachodzące słońce, które jakoś długo nie może zdecydować się czy chować się za horyzontem czy nie. Ujechaliśmy sporo w kierunku północnym co widać teraz gołym okiem po długości dnia. Jest już 23, a tu jeszcze jasno.

Łotwa

Radość mąci jedynie myśl, że jutro Igor nas opuszcza. Musi wracać do domu. Dobrze, że choć na te kilka dni dał się radę wyrwać. Pojedli? Popili? To dać psu mordę oblizać i spać.

<< dzień 1

>> dzień 3