dzień 3: skok pod skocznię

Pogoda sprzyja. Słońce suszy namioty i rozwieszoną na sznurku bieliznę. Tak, tak Krzych jest zaopatrzony nawet w sznurek i klamerki - full wypas. Ja jako minimalista korzystam z patyków. W tym roku udało mi się zapakować stosunkowo mało bagażu. Dwie podkoszulki, dwie bluzy z długim rękawem (wystarczyłaby jedna), dwie pary "cywilnych" spodni (jednych używałem na co dzień i nieźle je wyśmudrałem, a drugie czyste czekały na lepsze okazje - użyłem ich na promie), po trzy pary gatek i skarpet i... i to wszystko z cywilnych ciuchów. Do tego motocyklowa bielizna termiczna (dwa komplety, wystarczyłby jeden), podpinki do motocyklowych spodni i kurtki, i to już wszystko, zarówno po cywilnemu jak i po motocyklowemu. Oczywiście taki minimalizm wiąże się z koniecznością prania i suszenia, ale niczego nie trzeba prasować :-)

Łotwa

Ukryty za motocyklem przed wzrokiem Krzycha szybciutko zwijam norkę, materac i śpiwory. Mimo przyjętej zasady minimalizmu mam dwa. Tu wystarczyłby jeden, ale na północy drugi się przydawał. Ta rozrzutność w zajmowaniu przestrzeni bagażowej nie brała się tylko z obawy przed zimnem, ale głównie z braku innego wyjścia. Mój "ciepły" śpiwór pochodzi z czasów gdy premierem w PL był Mieczysław Rakowski. Nigdy nie był super ciepły (śpiwór), a teraz najlepsze czasy ma już za sobą, ale i tak prezentuje się o niebo lepiej niż formacja polityczna, z której wywodził się MR. Drugi śpiwór kupiłem już za premierostwa Ewy Kopacz. Ten z definicji ciepły nie jest. Jego zaletą jest minimalny rozmiar, waga i fakt, że jest wyposażony w moskitierę. Moje poparcie dla tego śpiwora wielokrotnie przekracza poparcie dla formacji z której wywodzi się EK. Dwa, w połączeniu z norką dawały komfort w każdych warunkach. No dość tej polityki śpiworowej. Każdy tak się wyśpi jak sobie pościeli.

Spieszyłem się, a wyszło jak zwykle. Krzych wychynął z namiotu w kompletnym stroju motocyklowym i spakowanym worem w ręce. Kilka ruchów i już miał zwinięty namiot, a po dalszych kilku wszystko przytroczone na bagażniku. Z nim się nie wygra. Franek już to wie i nawet nie walczy, co widać na poniższej fotce :-)

Łotwa 

Nie leniuchował zbyt długo, bo gnębiło go zużycie paliwa. Postanowił coś zmienić w ustawieniu gaźnika. Czy to coś da? Czas pokaże.

Łotwa

Igor w tym czasie smaruje łańcuch...

Łotwa

... a ja spędzam czas przy garach. Na patelni jajecznica na cebuli i kiełbasie, a w menażce sałatka z pomidorów, ogórków, oliwek i fety skropionych delikatnie oliwą. Krzych będzie narzekał na brak możliwości schudnięcia, a Franek nie pozbędzie się zapasu pancerników i paprykarza szczecińskiego. 

Łotwa

Pakowanie i w drogę. My skręcamy w prawo ku Estonii, Igor jedzie do Rygi, a potem ma w planach pokręcenie się po Estonii i w drodze powrotnej biwak nad Wigrami. Mus to mus, lewa w górę i zostajemy w trzyosobowym składzie.

Po drodze stajemy na chwilę na nadmorskim parkingu. Ostatni rzut oka na Bałtyk z "naszej" strony. Kilka fotek, zamoczenie czubka buta w morzu i lecimy dalej.

Łotwa

Łotwa

Kolejna, omal niezauważalna granica i jesteśmy w Estonii. Tallin. Wleczemy się w kilkukilometrowym korku formowanym dzięki co pies szczeknie ustawionym światłom. Kraj malutki, a potrafili zapewnić sobie korki jak w wielkiej metropolii. Pod koniec mój Junak zaczyna grymasić. Kicha, prycha i strzela w wydech. Znam te objawy i ich przyczynę. To zużyty rozpylacz w gaźniku. Trzepie się w nim iglica od dobrych 35.000km (wymieniałem go dwa lata temu w Grecji). Na szczęście do celu już niedaleko. Niezawodny GPS doprowadza nas wprost pod drzwi terminala promowego. Niestety z tej strony prom odpływa za pięć godzin. Wcześniej, bo za dwie godziny startuje z przeciwnej strony kanału. Trzeba raz jeszcze odpalić prychającą maszynę. Dało radę. Kupujemy bilety i zostawiwszy Krzycha na straży lecimy na zakupy. Nie my jedni. Po drodze mijamy młodych chłopaków ciągnących z mozołem wózek obciążony kilkoma kartonami piwa w puszkach. Czyżby w Finlandii nie mieli piwa? Mieć, mają tylko kilka razy droższe.

Objuczeni zakupami wracamy na parking. W między czasie niezawodny Krzych wymienił w moim Junaku zakopcona świecę. Za dziesięć minut mija ostatni termin odprawy. Pokazujemy bilety i forsujemy bramki. Po drugiej stronie czekamy jeszcze półtorej godziny w upalnym słońcu i w końcu spoceni jak myszy wjeżdżamy na prom. Przypiąwszy za pomocą taśm motocykle idziemy na górny pokład. Krzych stawia nam Colę, a Cola stawia nas na nogi. Choć przyznać muszę, że na poniższej fotce nie bardzo widać żebym miał być postawiony na nogi.

na promie

Siadamy na słonku. Jest przyjemnie w ożywczych powiewach wiatru. Pełen luz. Musimy wyglądać nieco niecodziennie, bo podchodzi do nas kilku pasażerów. Jeden wypytuje o motocykle (musiał zwrócić na nie uwagę gdy czekaliśmy na zaokrętowanie), inni pytają czy mogą sobie z nami zrobić fotkę. Słowem robimy za misie z Zakopiańskich Krupówek.

na promie
 
Dwie godziny zleciały jak z bicza strzelił. Kierowcy proszeni są do pojazdów. Odpalamy i po chwili jedziemy przez Helsinki. Jak jacyś barbarzyńcy nie podziwiamy uroków miasta tylko czym prędzej wpadamy na autostradę i grzejemy w kierunku Lahti (w oddali widzieliśmy charakterystyczne skocznie), a potem krajówką jak najdalej odskakujemy na północ.

skocznie w Lahti

Wykombinowałem, że w okolicy większych miast ciężko będzie o dogodne miejsce na biwak. Gdzieś na uboczu powinno ich być wiele. Jak to się miało do rzeczywistości, o tym mieliśmy przekonać się już niedługo. No dobrze, nie będę trzymał czytelników w niepewności. Otóż miało się nijak. Nad każdym, najmniejszym jeziorkiem, w największym zadupiu stały domki tak gęsto, że nie sposób było znaleźć miejsca na biwak. Pewnie gdyby mieć wiele czasu dałoby się takie miejsce wyszukać, ale w tym celu musielibyśmy chodzić ze świecami w rękach i tak wyposażeni szukać, lub mieć tyle szczęścia co ślepe kury przy szukaniu ziaren. Nam się nie poszczęściło. Jak to możliwe skoro w Finlandii znajduje się 187 888 jezior? Ano tak, że skoro Finów jest 5,5 miliona, i założywszy, że w rodzinie są cztery osoby, a każda rodzina chce mieć domek, i to akuracik na jeziorem, to wypada po 73 domki nad każdym z nich. Proste? Proste i smutne bo obeszliśmy się smakiem i musieliśmy szukać miejsca pod drzewami w lesie. Na szczęście lasy mają ładne i bardzo rozległe, a że wszyscy siedzą w domkach nad jeziorami (przynajmniej tak mi się wydawało) więc lasy były wolne.

Z krajówki skręcamy w drogę szutrową i bezskutecznie szukamy miejsca nad jeziorem. Wszędzie drogi prywatne. Znajduję jakąś ścieżkę wiodącą pod górę i w las. Bingo. Na końcu ścieżki jakieś ślady po zburzonym domu i spory, płaski i trawiasty teren. W sam raz na namioty. Szybko uwinęliśmy się z namiotami, Franek nadmuchał Anię, Krzych rozstawił kuchenkę i po chwili z menażki podniosła się para. Teraz czas na patelnię. Kroję drobno filety z kurczaka, do tego sos słodko kwaśny, makaron, pokrojone w kostkę pomidory, nieco startego sera i wchłaniamy spagetti. Pancernik i paprykarz znowu będą musiały poczekać. Krzych znowu maca się po brzuchu. Ale twardy!!! Na szczęście okazało się, że to nie była wina spagetti tylko zapomniał zdjąć pas nerkowy.

biwak niedaleko Lahti

Pojedli? Popili? No to do śpiworków.

<< dzień 2

>> dzień 4