dzień 5: przekraczamy krąg

Rano śniadanie, szybkie pakowanie (nie trzeba suszyć i zwijać namiotów), palenie i ogień. Spanie w saunie miało tę dodatkową jasną stronę, że było w niej ciemno, co dało namiastkę nocy, która w tych szerokościach i o tej porze roku prawie nie występuje. Ledwo słońce skryło się za horyzontem zaraz ciekawie spod niego wyjrzało.

Dziś, podobnie jak wczoraj, chcemy ujechać około 550 kilometrów. Dla odmiany polecimy asfaltami. Pierwszy cel to Rovaniemi. Koło tego miasta przetniemy północny krąg polarny. Niby nic, ale ciągnie nas żeby znaleźć się w strefie dnia polarnego.

Zwarci i gotowi do ataku na krąg polarny. 

gotowi do zaatakowania kręgu polarnego

Junaki pracują jak należy, jeźdźcy wypoczęci, paliwko systematycznie dobieramy po drodze (pamiętając o zwiększonym apetycie Frankowego Junaka) i bez przeszkód lecimy na północ. Dwoma skokami, z międzylądowaniem pod pompą na tutejszym CPN'nie, dolatujemy do Rovaniemi. A propos stacji. Większość z nich jest samoobsługowa, a i na stacjach z ludzką obsadą też są dystrybutory na kartę. Stacje obsadzone spotykamy dość rzadko. Krzych jako człowiek bywały w świecie ma w portfelu cały plik kart. Złotówkowe, eurowe, debetowe, kredytowe, lojalnościowe, od bezpruderyjnych dziewcząt, z myjni, do wyboru do koloru. Wszystkie wyglądają ładnie, ale nie wszystkie podobają się stacyjnym automatom. O dziwo w Norwegii będą działały bez zarzutu (oprócz tych bezpruderyjnych). Moja poczciwa wypukła karta kredytowa MasterCard (wydana przez PKO BB) działała wszędzie. Od Peliksa z Wejherowa słyszeliśmy o polskim motocykliście, który miał pecha i dysponował tylko jedną kartą, która akurat nie podchodziła automatowi. Czekał kilka godzin na stacji, aż doczekał się na auto na polskich numerach, którego kierowca zgodził się zapłacić za paliwo. Krzych znalazł się w podobnej sytuacji, ale na szczęście miał nas :-)

Święty Cocalol vel Santa Claus vel Died Maroz vel Święty Mikołaj przygląda się Junakowi. Dawno takiego motocykla nie widział. Kilka lat temu widział Gołotowego Junaka, a wcześniej, może przed pięćdziesięciu laty sam przynosił takie prezenty polskim jeźdźcom. Ciekawe jak wrzucał je przez komin i jak upychał w skarpecie. 

Święty Cocacol

Na kręgu polarnym samo narzuca się pytanie jak to jest z tym kręgiem polarnym? Jak być może wiecie geografia nie była dla nas najważniejszym przedmiotem w szkole. Franek nie wierzył, że może mu się do czegoś przydać w sytuacji gdy paszporty były mało dostępne, a ja nie wierzyłem, że wiedza o zbiorach bawełny z hektara w Kazachstanie znajdzie jakieś praktyczne zastosowanie. Teraz nadrabiamy zaległości i szkicujemy strefy światła i cienia na kuli, której oś nachylona jest do płaszczyzny orbity pod kątem 66°34'. Tego kąta nie pamiętałem tak dokładnie, ale w parku Świętego Cocacola ta dana była dostępna na każdym słupie :-)

krąg polarny

W tej knajpce wypiliśmy kawę i wyjaśnialiśmy sobie jak to z kręgiem polarnym jest.

Rovaniemi

Jeszcze pamiątkowa fotka i ruszamy dalej na północ.

pamiątka z kręgu 

Wyraźnie widać zmiany w przyrodzie. Gęste świerkowe lasy ustępują brzozowym zagajnikom. Pojawiają się rozległe tereny porośnięte niskimi krzakami i trawą. Zmieniły się też znaki drogowe. Zamiast ostrzeżeń o łosiach wiszą znaki zwracające uwagę na renifery. Renifery to było drugie rozczarowanie. Słyszałem o całych stadach łażących po drogach. Tymczasem tego dnia spotkaliśmy pewnie ze trzy. W tym jeden wyleniały z kolczykiem w uchu, nie przymierzając jak nasza poczciwa krasula, szedł prawidłowo lewym poboczem. Dwa pozostałe stały na poboczu i znudzonym wzrokiem patrzyły na przejeżdżające Junaki jakby widywały je po kilka dziennie. Bezczelne!!!

Co jakiś czas obserwuję w lustrze Kamratów. Od jakiegoś czasu widzę, że Franek jedzie bez świateł, i co chwila pochyla się nad silnikiem. Wyraźnie czegoś nasłuchuje. Dodatkowo od Rovaniemi przelecieliśmy już blisko 200 kilometrów, a GPS informuje, że do najbliższej stacji mamy kolejnych 60. To będzie na granicy Frankowych możliwości. Stajemy na chwilę. Franiu co jest? Okazuje się, że pasek klinowy napędzający alternator postanowił przejść na emeryturę. Niby coś tam kręci, ale na światła to nie wystarcza. Nie wystarcza też na ładowanie i ledwo, ledwo daje energię niezbędną do pracy bateryjnego zapłonu. Proponujemy z Krzychem zamianę akumulatorów, ale Franek liczy, że dolecimy do celu. Światła nie są niezbędne zważywszy, że w najbliższym czasie (kilka tygodni) słońce tu nie zajdzie. Ot, urok dalekiej północy.

Paliwa wystarczyło. Po drodze była stacja nieznana mojemu GPS'owi. Ostatnie tego dnia tankowanie. Franka Junak już nie chce odpalić. Wciągamy kabelki i na chwilę zasilamy go z mojego akumulatora. Zapalił "od kopa". Gdy już się zaczął kręcić resztki paska zaczęły przenosić nieco energii z silnika do alternatora i silnik pracował.

Niedaleko od wyznaczonego celu mijamy kemping. Skręcam pod recepcję żeby spytać o cenę domku. 50 EUR za nas trzech. Jakoś zmieścimy w naszym budżecie tę ekstrawagancję. Płacimy i wbijamy do domku. Zostawiamy Franka i nasze graty, a sami na lekko udajemy się na zakupy. Z pierwszego marketu nas wypędzili. Co prawda widziałem na ścianie duży napis, że jest otwarty do 21, ale była dopiero 20:55. Nie z obsługą te numery. Grzecznie, ale stanowczo pokazali nam drzwi. Sąsiedni market był otwarty do 22. Niestety próżno było w nim szukać świeżej żywności. W szafach chłodniczych tylko gotowe dania, mleko bez laktozy i tłuszczu, masło też z jakiś kosmicznych materiałów nie zawierających masła. Łapiemy parówki, jajka, jakiś ser, herbatniki, przetarte pomidory w kartonie i dwa piwa. Z piwami nie poszło łatwo, a właściwie wcale nie poszło. Miła kasjerka uśmiechnęła się i w melodyjnym suomi coś tam zaczęła tłumaczyć. Widząc, że suomi nie jest nasza najmocniejszą stroną po prostu wyciągnęła z koszyka puszki i pozbawiła moich koleżków przyjemności wypicia piwka do obiadu. Okazuje się, że piwem handlują tylko do 18.

serwis

Po powrocie na bazę zastaliśmy Franka kończącego wymianę paska. Tak się rozochocił, że postanowił przy okazji zamienić gaźnik na Pegaza. Ja w tym czasie upichciłem obiad przy wydatnej pomocy Krzycha. Na tych zabawach zszedł nam cały wieczór. W tej okolicy brzmi to dziwnie, bo słońce ciągle świeciło mimo, że na zegarku wybiła już północ. Po obiedzie Krzych szybko poleciał pod prysznic. Wrócił jeszcze szybciej, bo poprzednik wypaprał całą ciepłą wodę. Nie było więc sensu siedzieć długo pod lodowatym strumieniem. My z Frankiem postanowiliśmy, że sprawdzimy rano dostępność ciepłej wody.

Słońce na północy

GPS pokazuje godzinę 00:09, a słońce (niestety chmury nieco je przysłoniły) wisi nad horyzontem. Do Nordkappu - jutrzejszego celu - mamy 424 kilometrów.

Dość tych zabaw. Ząbki, paciorek i spać.

<< dzień 4

>> dzień 6