dzień 6: na samej północy

Poranek wita słońcem. Szybki start pod prysznic. Tym razem woda nie robi zawodu. Korzystamy z kempingowych udogodnień przygotowując śniadanie w kuchni. Dziś parówki. Napisy na drzwiach kuchni, łazienek i toalet głoszą, że należy zamykać drzwi, gdyż w przeciwnym przypadku mogą zamarznąć i popękać rury. Wygląda na to, że miejsce to odwiedzają turyści również poza sezonem letnim. Twardziele.

nocleg pod dachem

Franek reguluje jeszcze wolne obroty. Wczorajszy serwis zakończył się około północy więc nie dało rady tego zrobić od razu po zamianie gaźnika. Ciekawe jakie będą efekty tej operacji. Franek zabrał  Pegaza na wycieczkę z litości, nie bardzo wierząc w jego sprawność. Pożyjemy zobaczymy.

Na dziś mamy prosty plan. Do Norwegii mamy około 200 kilometrów, a potem kolejnych 200 z hakiem na północ. Tam postój, bo dalej na północ się nie da. To będzie Nordkapp. Nastepnie zawracamy i spadamy na południe w poszukiwaniu biwaku. Proste? Proste. No to do dzieła. Palimy wrotki!

Lasy się skończyły, słońce się skończyło, ciepło się skończyło, Finlandia się skończyła. Europa powoli się kończy. Franka Junak nieźle współpracuje z Pegazikiem. Po płaskim lecimy 85. Długie podjazdy nie robią na nim wrażenia i niewiele musimy zwalniać. Idzie jak należy.

Na ostatniej stacji w Finlandii, tuż przed granicą z Norwegią, postój na tankowanie. Od ostatniego przejechaliśmy około 260 km. Dla Frankowego motocykla to ostatni gwizdek. My z Krzychem lejemy mniej więcej po 12 litrów. Franek stoi przed dystrybutorem z niewyraźną miną. "Ile żeście wlali, bo ja nie całe 9!!!" Szybkie obliczenia. Nasze bez zmian chłepczą po 4,5 l/100km, Frankowy spalił poniżej 3,4. Zarządzamy kontrolę świecy. Jest bardzo jasna i na elektrodzie widać charakterystyczne "perełki". Za wysoka temperatura spalania spowodowana prawdopodobnie zbyt niskim poziomem paliwa. To tłumaczy niskie spalanie. Nie można tego zlekceważyć, bo grozi to wypaleniem zaworu lub gniazda wydechowego. Wyciągam przyrząd i po chwili już mamy potwierdzenie. Poziom ustawiony jest na wysokości osi szpiki mocującej komorę. Powinien być wyższy o około 3 mm. Przygięcie blaszki pływaka, kontrola i jest poprawnie.

Obiadowa przerwa tym razem wypadła nad brzegiem jeziora. Uznajemy, że SANEPID nie będzie się czepiał, że wodę na zupę, herbatę i kawę zaczerpniemy wprost z jeziora.

w drodze na Nordkapp

Nie zdejmujemy kurtek. Na wzgórzach na przeciwległym brzegu leżą płaty śniegu. Ciągnie chłodem. Rozgrzewamy się zupkami z torebki i herbatą. Na zakończenie Franek jak zawsze parzy kawę. Można jechać. To jedyna droga na Nordkapp. Co chwila mijamy motocyklistów. Samotni, z plecaczkami, w grupkach po kilku. Wszyscy pewnie lecą lub wracają z Nordkappu. Jest też sporo camperów. Nasz cel podróży jest jak widać silnym magnesem.

w drodze na Nordkapp

Do celu jeszcze ponad 100 kilometrów, ale mój GPS podpowiada, że jest to ostatnia stacja. Trzeba uzupełnić zbiorniki, bo musimy zajechać tam i wrócić tą samą drogą. Jak się potem okazało stacja była w ostatniej miejscowości ok. 30 km przed Nordkappem, ale przezorny zawsze ubezpieczony. "Franiu, ile nalałeś?" pytamy z Krzychem niemal jednocześnie. I znowu zaskoczenie na twarzy naszego Kamrata. My po 5, on 3 litry. Przeliczamy. Spalanie na poziomie 3,5, no może 3,6. Przy prędkości 85km/h to wynik jaki fabryce się nie śnił. I tak było już od tej pory przez kolejnych parę tysięcy kilometrów. Niezbadane są zachowania naszych Junaków. Zwykły Pegaz, ustawienia zgodne z serwisówką. Franek zadaje sobie pytanie na co szły do tej pory dodatkowe litry paliwa?

w drodze na Nordkapp

Znikły drzewa, krajobraz ozdabiają nagie skały i porośnięte jakimiś rachitycznymi trawkami i porostami łączki. Podziwiamy wspaniałe widoki raz jadąc na poziomie morza, to znowu wspinając się na otaczające je wzgórza. Ponieważ pogoda nie może się zdecydować i raz popaduje, to znowu pojawiają się krótkie przebłyski słońca nie zatrzymujemy się tylko wspinamy się po globusie do góry. Nagle wpadamy w czeluść tunelu. Niby nic wielkiego. Sześć tysięcy metrów z jakimś haczykiem, o czym informuje tablica. Na znaku ostrzeżenie o 9% spadku. W środku dość ciemno, pasy na jedni wymalowane wiele lat temu, droga dwukierunkowa, chłód i wilgoć, błędnik dostarcza niepokojących informacji. Czyżbyśmy jechali cały czas w dół? Motocykl ma ochotę ciągle się rozpędzać. Przypomniałem sobie opis, który kiedyś czytałem. Tunel schodzi 300 metrów pod powierzchnię morza. Trzeba kontrolować prędkość bo błędnik mówi, że jedziemy po płaskim, a nawet, że pod górę. Chyba koniec zjazdu. Teraz wspinamy się pod górę. Tu nie ma wątpliwości. Trzeba wesprzeć się trzecim biegiem. W drodze powrotnej nie będzie to wyglądało tak strasznie, ale pierwszy raz zrobił wrażenie.

na Nordkappie


Ostatnie kilometry wymagają wzmożonej uwagi. Ostre zakręty, droga raz w dół, raz w górę, miejscami widoczność ograniczona do kilkudziesięciu metrów. Stop. Sznur samochodów i bramki. Czekamy kilka minut. 260 koron od osoby (130 złotych) i możemy wjechać na Nordkappowy parking. Parking okupują stada camperów, autobusów dowożących turystów, jest kilkanaście motocykli, a wśród nich nasze Junaki. Idziemy w kierunku znanego ze zdjęć globusa. Próby dostrzeżenia czegokolwiek wokół skazane są na niepowodzenie. Gęsta mgła, osadzająca wszędzie kropelki wody ogranicza świat wokół nas do 50-100 metrów. Nordkapp to wysoka skała wystająca pionowo z morza. Jak wysoka? Któż zgadnie. Spoglądamy w dół wychylając się przez barierkę. Nic nie widać.

Obowiązkowe zdjęcie pod globusem i zmykamy do pobliskiego budynku. Na poziomie ziemi kawiarnia i sklep, na poziomie -1 toalety, sala konferencyjna i kaplica pod wezwaniem "dla każdego coś miłego". Poziom -2 to grota świateł i muzeum, a -3 sala kinowa. Tu zapraszają co godzina na seans pokazujący Nordkapp reklamując go "zobaczysz Nordkapp niezależnie od pogody". Nie bardzo chciało nam się czekać godzinę na najbliższy seans. Podreptaliśmy do kawiarni. Kawa po 30 złociszy była dość przeciętna, za to nieprzeciętna była jedna z barystek. Dziewczyna, jak zgadywaliśmy, musiała być Laponką. Nie będę się zbytnio rozwodził, bo a nóż moja firanka to przeczyta i będę się musiał rozwodzić :-) Dość powiedzieć, że gapiliśmy się dobrych kilka minut.

Można powiedzieć, że na Nordkappie zobaczyliśmy coś interesującego i nie była to martwa przyroda. Czy warto tu przyjeżdżać? Czy warto pokonywać tysiące kilometrów dla tutejszych atrakcji? Czy warto kupować bilet uprawniający do dotarcia do najbardziej na północ (*) wysuniętego skrawka Europy? Przy pogodzie jaką mieliśmy uczciwie muszę odpowiedzieć na te pytania NIE. Ale jakoś tak jest, że chcemy zdobywać, odwiedzać, zaliczać, i konkretny cel, taki jak ten globus, jest do tego potrzebny. Samo miejsce to nic szczególnego. Oczywiście oprócz wspomnianej... no zostawmy to. Słowem sam punkt docelowy należy potraktować jako pretekst do podjęcia wyprawy. Wszystko co ciekawe dzieje się po drodze. Ponieważ tak właśnie do tego podchodziliśmy nie opuszczaliśmy tego miejsca rozczarowani. Nordkapp zdobyty, można zsuwać się po globusie w dół.

(*) Nordkapp nie jest najdalej na północ wysuniętym skrawkiem Europy, ale jest najdalej wysuniętym punktem do którego można dojechać. 


Nordkapp

na Nordkappie

na Nordkappie

Cofamy się po śladach do "najbliższej" stacji w Olderfjord. To około 130 kilometrów. Tam odbijemy w prawo w kierunku Alty i zaczniemy rozglądać się za biwakiem. Według Krzychowej mapy są tam jeziorka i spora rzeka, wzdłuż której będziemy jechać. Wydaje się zatem, że jest spora szansa na jakieś miejsce gdzie moglibyśmy rozbić namioty. Rzeczywistość nie wyglądała tak słodko. Zaznaczone na mapie jeziora otoczone są podmokłymi terenami. Wszędzie dookoła tylko karłowate brzózki, w większości wyglądające na zgniłe lub uschnięte. Może przyroda nie obudziła się tu jeszcze do życia? Zalegają jeszcze płaty śniegu. Rzeka też jest trudno dostępna. Tam gdzie jedzie się na jej poziomie brzeg jest bagnisty, na innych odcinkach płynie głębokim wąwozem. Wszystkie dogodne miejsca obstawione domkami. Myślę, że surowość krajobrazu, i co tu ukrywać brak jego wyraźnego piękna, działkowicze płci męskiej rekompensują sobie brakiem utyskiwania żon na nie skoszony trawnik czy też nie przekopane grządki. Tu na takie zielone atrakcje nie ma szans. Szaro, buro, mokro, komary, meszki. Co oni porabiają i jak spędzają wolny czas?

Robi się coraz później. Nie boimy się zapadających ciemności, bo zmrok o tej porze roku tu nie zapada, jednak jesteśmy już nieźle zmęczeni. Za nami prawie 600 km. Kilka razy zatrzymujemy się żeby zrobić rekonesans. Na biwak nie ma szans.

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Natrafiamy na parking nad rzeką. Spory plac, toaleta, kilka wiat ze stołami i ławkami. Kilka camperów, ze dwie ciężarówki. Wszyscy śpią. Jest wszak prawie północ. Tu zakładamy dzisiejszą bazę.

gdzieś w Norwegii

Nie chce się nam gotować obiadu. Dziś suchy prowiant. Nareszcie doczekał się na swoją kolej pancernik. Ciepła herbata, ząbki i można zaszyć się w śpiworze.

gdzieś w Norwegii

To fotka zrobiona przez Krzycha o północy wewnątrz namiotu. Trzeba będzie schować głowę do śpiwora żeby mieć namiastkę nocy.

gdzieś w Norwegii

Tuż obok słychać szum górskiej rzeki. Dobranoc.


<<  dzień 5

>> dzień 7