dzień 7: napoczynamy Szwecję

Codzienny rytuał - pakowanie, śniadanie, dopakowywanie, troczenie worów i w drogę. Korzystając z bieżącej wody golę się i robię drobne przepierki. Dzięki temu ręce stale lekko przybrudzone doprowadzone są do dość przyzwoitego stanu.

łososiowa rzeka

Ostatnie poprawki i można lecieć. Dziś w planach wycieczka po północnej Norwegii, krótki urlop w Finlandii i odwiedzenie Szwecji. Tyle atrakcji :-) Ciekawe co powiedziałaby na to Frankowa pani od geografii. Pewnie coś takiego "A nie mówiłam matole, że warto się uczyć geografii?"

łososiowa rzeka

Obserwujemy jak w Norwegii (tak samo było i w Finlandii) organizują wahadełka przy robotach drogowych. Z jednej i drugiej strony stoi lizakowy zatrzymując ruch. Gromadka samochodów ustawia się i potulnie czeka na jego znak. To żadna nowość. Ciekawostką jest samochód "pilot". O, właśnie z przeciwka widać tuman kurzu. Na czele kawalkady jedzie błyskając ostrzegawczymi kogutami pilot, a za nim rząd aut. Pilot na końcu odcinka zjeżdża na bok, zawraca i prowadzi nasze stadko. Dzięki temu wszyscy muszą jechać zgodnie z narzucanym przez niego tempem, a on wie gdzie można trochę przycisnąć, a gdzie trzeba wlec się koło za kołem.

przez północną Norwegię

Nie mogliśmy sobie odmówić krótkiej przerwy na śniegu. To wspomnienie po zimie.

wspomnienie zimy

wspomnienie zimy

Zbliżając się do Alty obserwowaliśmy granatową chmurę. Wysoko wypiętrzona, z charakterystycznym kowadłem, od podstawy do ziemi ciągnęły się szare smugi. Ani chybi, nieźle z niej leje. Na szczęście wydaje się być osamotniona. Droga wije się. Raz widzimy ją z lewej, raz w prawej,  to znowu po chwili z przodu. Jednak analiza mapy i ogólnego kierunku naszej trasy wskazuje, że prysznica nie unikniemy. Po pierwszych kroplach zarządzam przerwę na wciągnięcie przeciwdeszczówek. Krzych, jak to często bywa odmawia. Wszelkie argumenty ignoruje, nawet groźbę, że poskarżę się jego Mamie. Nic, jak grochem o ścianę. Ruszamy.

Przed chwilą w promieniach słońca było dość ciepło, teraz wyraźnie się ochłodziło. Na grzbiecie mam wszystkie ciepłe ciuchy, a i tak nie jest mi jakoś przesadnie gorąco. W tym czasie w Polsce były ponad trzydziestostopniowe upały.

Franek prowadzi. Naraz robi mi się gorąco. Dojeżdżamy do głównej drogi. Z lewej jedzie duży SUV. Ma włączony prawy kierunkowskaz. Widząc to Franek nie stając skręca w lewo tuż przed potężną maską i zderzakiem. Za kierownicą blondynka (to tutaj typowe). Zajęta rozmową przez telefon zapomniała o wyłączeniu kierunkowskazu. Wcale nie miała zamiaru skręcać. Na szczęście nie miała też zamiaru zabić Franka, a miała na tyle przytomności umysłu i refleksu, że zdążyła przyhamować. Franek zajęty manewrem chyba nawet tej sytuacji na zauważył.

Wspinamy się pod górę, która do tej pory zasłaniała nam horyzont w kierunku gdzie wiedzie dalsza droga. Cóż tam można wyczytać w chmurach? Obraz piękny, ale nie dający nadziei na koniec deszczu. Jak się potem okazało przez dwie godziny przebijaliśmy się przez front burzowy. Staję na chwilę na poboczu i macham na Krzycha. „Zakładasz przeciwdeszczówkę?” Kręci przecząco głową. Cóż zrobić, ciężko przekonać uparciucha. Lecimy.

Przyroda funduje nam spektakl. Wspinamy się na najwyższy punkt w okolicy. Szczyt pozbawiony jakichkolwiek drzew. Pioruny uderzają kilkaset metrów z lewej i kilometr z hakiem z prawej. Trochę się zaniepokoiłem. Na szczęście po chwili droga wiedzie w dół i przestajemy stanowić łatwy cel.

Po 150 kilometrach widać jasne niebo. Najwyższy czas. Mam kompletnie mokre rękawy. W pośpiechu popełniłem błąd i rękawy kurtki przeciwdeszczowej wciągnąłem na mankiety rękawic. Przez dwie godziny kropelka po kropelce przeciskała się tędy woda. A co z odpornym na wszelkie argumenty Krzychem?

Stajemy na stacji. I tak trzeba zatankować. Franek poleciałby pewnie jeszcze ze setkę, ale nam niedługo skończy się paliwo. Dla rozgrzewki pijemy kawę. Franek zmienia część mokrych ciuchów. Ja z Krzychem postanawiamy schnąć w drodze.

po burzy

Przez jakiś czas podróżujemy znowu po Finlandii. Nie zatrzymujemy się tu jednak, oprócz krótkiej przerwy na tankowanie. Paliwo w Finlandii (~1,30 EUR = ~5,70 zł) jest tańsze niż w Norwegii (~15,2 NOK = ~7,60 zł). Frankowi to nie robi większej różnicy, bo jego Junak od kilku dni prawie nie zużywa paliwa, ale my z Krzychem chętnie korzystamy z tej różnicy cen. Od stacji jedziemy boczną drogą, potem mostek i jesteśmy w Szwecji. Franek przez chwilę się zagapił i przeoczył tę granicę. O zmianie kraju dowiedział się podczas postoju. Wiezienie się za przewodnikiem nie jest do końca bezpieczne. Dziś tylko lekkie zagapienie, ale w kolejnych dniach zdarzało się, że Franek nie mógł sobie przypomnieć co robił przez ostatnich kilka minut, a w tym czasie cały czas podróżował moim śladem.

Czas na coś ciepłego. Co jakiś czas pozwalam Kamratom na wykorzystanie niezdrowej żywności. W ruch idą chińskie zupki. Jest to oczywiście bardzo prosty i praktyczny sposób na małe co nieco, ale nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej. Jutro muszę coś wykombinować. Słonko grzeje więc korzystamy z okazji i suszymy zarówno poranną przepierkę jak i zmoczone kombinezony przeciwdeszczowe. Taki postój to bardzo miły przerywnik w ciągu dnia.

gdzieś w Szwecji

Zbliża się ósma. Dziś postanowiliśmy stanąć na noc nieco wcześniej, tak żeby mieć chwilę na spokojne kontemplowanie uroków biwaku. Na GPS'ie zmieniam obraz na wycinek mapy i nieco go powiększam, tak żeby widać było niewielkie jeziora wzdłuż trasy. To wszystko nie zwalniając. Gdyby na drodze był ruch byłoby to pewnie nieco ryzykowne. Tu jednak jesteśmy sami. Patrzę, węszę i jest. Przed chwilą minęliśmy znak wskazujący na miejsce postoju 1 km w prawo od drogi. Zawracamy i jedziemy sprawdzić co gospodarze przygotowali dla nas. Parking, toaleta, kosze na śmieci. To na początek. Dalej spory równy teren porośnięty trawą, okolony sosnowym lasem, jezioro z łagodnym zejściem do wody i pomostem, stoły z ławami, i dwa budynki. Jeden okazał się szatnią połączoną z sauną, drugi to sauna z drewutnią. Czysto, ani papierka, nie mówiąc o gorszych niespodziankach. Jesteśmy tu zupełnie sami. Zostajemy.

Krzych nie ma zaufania do obcych. Namawia nas na przetoczenie motocykli z parkingu do namiotów. Po chwili uspokojony sielskim krajobrazem, ćwierkającymi ptaszkami i łagodnymi promieniami słońca odpuszcza. Nie może jednak tak od razu rozstać się z Junakiem (namioty stoją 50 metrów dalej). Sprawdza olejek, kopie w oponki, pieszczotliwie szarpie za szprychy, słowem rewanżuje się Junakowi za bezawaryjną jazdę.

nareszcie piękny biwaczek

Zanim zrobimy kolację korzystamy z możliwości kąpieli. Nie marudzimy zbyt długo w wodzie, bo jest pieruńsko zimna. Widząc nasze miny Krzych odpuszcza ablucje. Na kolację przygotowuję jajecznicę z pomidorem. Jestem tak głodny, że zaraz łapię się za widelec. Naraz spotykam karcący wzrok Krzycha. Zapomniałbym. "Pobłogosław Panie nas, pobłogosław ten posiłek, tych którzy go przygotowali, i naucz nas dzielić się chlebem i radością ze wszystkimi. Amen". Można jeść.

Komary dają się we znaki, ale OFF nieco ostudza ich apetyt. Niestety meszki nic sobie z niego nie robią. Trzeba osłaniać odkryte fragmenty ciała. Najlepiej też mieć coś na głowie. Krzych na tę okoliczność ma kapelusik rodem z PRL. Bardzo gustowny :-)

nareszcie piękny biwaczek

Na parking podjechał samochód. Wysiadła z niego młoda parka. Przeszli się nad wodę, coś tam pogaworzyli i odjechali. Czyżbyśmy stanęli na drodze czyjejś miłości? O godzinie 22:30 słońce nie dość, że świeciło, ale na dodatek dobrze przygrzewało. To jak ci młodzi mają zaznać uroków upojnej nocy? Muszą poczekać do zimy, a wtedy noc będą mieli na okrągło.

Zasuwamy suwaki i po chwili słychać miarowe oddechy.

<< dzień 6

>> dzień 8 

Zbliżając się do Alty obserwowaliśmy granatową chmurę. Wysoko wypiętrzona, z charakterystycznym kowadłem, od podstawy do ziemi ciągnęły się szare smugi. Ani chybi, nieźle z niej leje. Na szczęście wydaje się być osamotniona. Droga wije się. Raz widzimy ją z lewej, raz w prawej,  to znowu po chwili z przodu. Jednak analiza mapy i ogólnego kierunku naszej trasy wskazuje, że prysznica nie unikniemy. Po pierwszych kroplach zarządzam przerwę na wciągnięcie przeciwdeszczówek. Krzych, jak to często bywa odmawia. Wszelkie argumenty ignoruje, nawet groźbę, że poskarżę się jego Mamie. Nic, jak grochem o ścianę. Ruszamy.

 

Przed chwilą w promieniach słońca było dość ciepło teraz wyraźnie się ochłodziło. Na grzbiecie mam teraz wszystkie ciepłe ciuchy, a i tak nie jest mi jakoś przesadnie gorąco. W tym czasie w Polsce były ponad trzydziestostopniowe upały.

 

Franek prowadzi. Naraz i mi robi się gorąco. Dojeżdżamy do głównej drogi. Z lewej jedzie duży SUV. Ma włączony prawy kierunkowskaz. Widząc to Franek nie stając skręca w lewo tuż przed potężną maską i zderzakiem. Za kierownicą blondynka (to tutaj typowe). Zajęta rozmową przez telefon zapomniała o wyłączeniu kierunkowskazu. Wcale nie miała zamiaru skręcać. Na szczęście nie miała też zamiaru zabić Franka, a miała na tyle przytomności umysłu i refleksu, że zdążyła przyhamować. Franek zajęty manewrem chyba nawet tej sytuacji na zauważył.