dzień 8: huśtawka nastrojów

Około czwartej rano obudził mnie delikatny odgłos deszczu stukającego w brezent mojej norki. To pierwsze krople. Szybko rozsuwam suwak, łapię cały majdan pod pachę i moszczę się w saunie. Nie będę musiał suszyć gratów. Po chwili zasypiam. Krzych zameldował później, że deszcz przeszedł dość szybko. Gdy się obudziłem tuż przed szóstą po opadzie nie było śladu, a słonko lekko przygrzewało. Krzych przyłapał mnie podczas relaksu na pomoście. Miły początek dnia nie zapowiadał popołudniowych emocji.

łagodny poranek

Na razie Kamraci zwijają namioty, a ja biorę się za pichcenie.

biwaczek

Dziś w karcie kiełbasa nadziewana serem.

przygotowuję śniadanie

Posprzątane, patelnia umyta, poranna toaleta i przepierka zrobione, można palić wrotki. Poniżej Krzych ze swoim gustownym kapelusikiem w ręce.

Krzych & kapelusik

Powoli zbliżamy się do Bałtyku. Jest już tuż tuż za lasem po lewej stronie. Uwagę przyciąga nazwa miejscowości brzmiąca tak jakoś jak Muminki, czy też bardzo podobnie. Dla nas są to Muminki. Skręcamy. To co zobaczyliśmy pasowało do bajki o Muminkach jak ulał. Kilka domków, wieża na skale, piaszczysta plaża, nikogusieńko, cisza, spokój. Tylko morza nie ma. To znaczy jest, ale zakryte tumanem mgły. Naraz mgła się majestatycznie rozsunęła, jak kotara w teatrze (byłem kiedyś to wiem), i pokazało się morze. Nie ma lepiej :-)

Muminki

Przygotowujemy herbatę i zupkę. Tym razem najpierw gotuję prawdziwy makaron, do tego drobno pokrojona kiełbasa, a na koniec chińskie zupki. Dzięki temu potrawa jest nie tylko treściwa, ale i smaczna. Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać :-)

Leniwie podziwiamy krajobraz. To znaczy leniwie Franek i ja. Krzych ma ADHD i krąży po okolicy. O, właśnie nadciąga z wężem. Rzuca go niedbale na ławkę (na szczęście to gumowa zabawka, którą wykopał w piachu). Znowu gdzieś go niesie. Wraca w ciemnych okularach na nosie i ze szklaną kulką w ręce.

Muminki

Z tego błogostanu wyrywa nas nagle myśl. Nasi walczą ze Szwajcarią. To już koniec pierwszej połowy. Dzwonię do domu. "BŁASZCZYKOWSKI MISTRZ!!!1:0!!!" krzyczy w słuchawkę moja żoneczka. Nawet z drugiej strony Bałtyku słychać prawdziwe emocje. Oby tak dalej.

Muminki

Czas na herbatniki i kawę. Jak ten czas płynie. Właśnie powinna się kończyć druga połowa. Dzwonię. "TE SCHWEIZERISCHE (*) WTŁUKLI NASZYM BRAMKĘ :-(" Nawet z drugiej strony Bałtyku słychać prawdziwe emocje. Oby naszym się udało coś jeszcze wtłuc. Dalsza relacja nadawana była za pomocą SMS'ów. Po każdym karnym dostawaliśmy informację. Całkiem niezłe emocje. I najważniejsze, że NASI WYGRALI!!!

(*) SCHWEIZERISCHE - niem. Szwajcaria

Czas się zbierać.

Wracamy na główną drogę wiodącą wzdłuż wybrzeża. Ruch niewielki, jedzie się dobrze. Żeby Franek nie usnął puszczamy go przodem. Za nim Krzych i na końcu ja. Nagle tylne koło Krzychowego Junaka zaczyna taniec. Raz w lewą, raz w prawą, coraz gwałtowniej i w końcu motocykl sunie na boku krzesząc iskry i skrapiając asfalt strumykiem paliwa, a Krzych tuż koło niego. Omijam Krzycha, omijam motocykl i zatrzymuję się na poboczu. Biegiem wracam. Krzych już na nogach szarpie motocykl. Pomagam postawić go na kołach. Podbiega Franek. Razem pchamy Junaka na skraj drogi. Pobocze na tym odcinku praktycznie nie istnieje. Tuż za pasem ruchu bariera. Kilkadziesiąt metrów dalej w lewo odchodzi polna droga. Pojawia się kilka samochodów. Na nasz widok zwalniają, ale dajemy im znaki żeby jechali dalej. Nic nie pomogą, a mogą przyczynić się do jakiejś kraksy. Znajdujemy się w siodle pomiędzy dwoma górkami i widoczność jest tu ograniczona. Uff, jesteśmy w bezpiecznym miejscu. Teraz Franek szybko leci po Krzychowe kufry, z których jeden odpiął się sam, a drugi zdjął Krzych żeby było lżej pchać.

Patrzę na Krzycha, on na mnie i obaj wiemy, że niebezpieczeństwo było blisko. Dwa lata temu miałem podobną przygodę na Słowacji. "Krzychu, jak tam? Jesteś cały? Podskocz parę razy." Krzych skacze jak pajacyk pokazując, że wszystkie elementy ma na miejscu.

Co z motocyklem? Z tyłu kapeć. Felga pogięta w chińskie osiem. Sześć szprych pękniętych. Oj Kamrateńku. To koło fajtało się od samego początku. Wiemy, że zrobione było z najlepszych komponentów jakie udało się znaleźć na Księżycu. Wszystkie z epoki, żadnych kompromisów. Tyle, że niektóre szprychy trzymają się w bębnie na słowo honoru. Gdyby jeszcze miały podkładki, ale nie mają, przynajmniej niektóre. Wiemy, że w biurze leży nowa felga, że nie było czasu, że kiedyś się zrobi. Wiemy. Wiemy też, że nasz koleżka tak ma. Nie lubi ruszać Junaka niepotrzebnie, a koło to przecież dawało radę przez tyle kilometrów.

koło

Naprędce powołujemy specjalną komisję do spraw zbadania wypadku w ruchu lądowym. Jej ustalenia wykazały, że w dętce była dziura średnicy nypla. Najprawdopodobniej pękła szprycha i przebiła dętkę. Przy rzucaniu motocykla na boki poszły kolejne szprychy, a felga powyginała się w ósemkę. Nie ma co deliberować, trzeba działać. Krzych sięga do przepastnego kufra serwisowego i wyciąga pęk szprych. Ja za pomocą śrubokręta i kombinerek "rozwiercam" kilka podkładek fi 4mm na wymiar średnicy szprychy. To powinno zapobiec wysuwaniu się łba z gniazda w bębnie.

Kilka ciosów kamieniem w nadziei, że wygięcie felgi nieco się zmniejszy. Krzych mówi, że to nic nie da, ale upieramy się przy tej operacji. Teraz Krzych pracuje metodycznie. Zaplótł nowe szprychy i centruje koło ile się da. Dało się uzyskać bicie poprzeczne około 2 cm. Jaka była norma? Coś w milimetrach.

koło

Franek wyciąga "ruską" dętkę. Jest gruba jak skóra nosorożca, ale wentyl jest zbyt gruby i nie mieści się w otworze w feldze. Trzeba poprzestać na delikatniejszej dętce z Krzychowego zapasu. W ruch idzie kompresorek. Koło trafia na miejsce. Chcemy zabrać część bagażu żeby miało lżej, ale Krzych zgadza się tylko na wodę. Zawsze parę kilo mniej.

Dróżka na której stoimy kończy się ładną łąką okoloną lasem. Jest już późne popołudnie. Proponuję założeniu tu bazy. Krzych jednak chce się jednak zrelaksować w czasie jazdy. Nie nalegam. Wtaczamy się na drogę. Koło fajta się znacznie, ale przy 60 km/h już tego nie widać :-) Nie szarpie też motocyklem, pod warunkiem, że jedzie się po równym asfalcie. Gdy trafi się na łączenie pasów, jakąś dziurę czy podłużny garb tył jest niestabilny. Postanawiamy jechać przysłowiową sześćdziesiątką. Jakoś idzie.

Po półtorej godzinie uznaję, że dość relaksu. Spadamy w boczną drogę. Żeby nie kusić losu wybieram asfalt. Niestety wizja biwaku nad morzem nie da się zrealizować. Cały brzeg zastawiony domkami. Asfalt przechodzi w szuter. Nie ma co. Szukamy miejsca w lesie. Po chwili znajduję wąską leśną dróżkę, która prowadzi nas do małej polanki. Część z niej tonie w kałuży, ale część jest wystarczająco sucha, żeby rozbić namioty. Po chwili biwak jest przygotowany. Jeszcze kolacja i walimy się do śpiworów. Jesteśmy w środku niczego. Cisza. Tylko z pobliskiej leśnej polany dochodzi charakterystyczny klangor żurawi.

biwak

Koniec emocjonującego dnia.

<< dzień 7

>> dzień 9