dzień 9: odpoczywamy po emocjach

Co Krzychowi przyszło do głowy żeby zrywać się bladym świtem? Ok, blady to on jest zaraz po jasnym zmroku, bez ciemnych elementów pomiędzy, więc określenie "blady świt" w tym przypadku nie określa godziny. Musiała być czwarta z hakiem gdy robił tę fotkę. Jak widać pozostała część wycieczki smacznie śpi. Mój majdan to łaciata norka pomiędzy namiotami i stojący koło niej wór podróżny. Nie za mały, w sam raz, najważniejsze, że jest wodoodporny więc śmiało może stać pod chmurką. Oczywiście w norce się nie zmieści. Buty motocyklowe drzemią spokojnie pod motocyklem nakrytym pokrowcem. Franek w zapiętym namiocie, Krzychowy namiot z prawej strony. No to już wiesz Drogi Czytelniku jak mieszkaliśmy.
mglisty poranek

W porównaniu do wyprawy z 2014 roku odniosłem spory sukces wychowawczy. Wtedy Krzych prawie, że nie chciał słyszeć o spaniu na dziko, a jak już się dał namówić to nawet namiotu nie rozstawiał tylko spał w kompletnym stroju motocyklowym. Tak kompletnym, że i kask miał na głowie. Z sobie tylko znanych względów jedynym kompromisem było zdjęcie rękawic. Tak było jeszcze dwa lata temu. Teraz nic, a nic nie marudzi i rozbija namiot tak jak wszyscy. Jedynym śladem po ówczesnych problemach z zawierzeniem życia "dzikiej" przyrodzie jest sposób ustawiania motocykla. Zawsze musi stać w kierunku planowanego odwrotu. Tu nie ma przebacz i jakichkolwiek kompromisów. No i najlepiej żeby Junaczysko stało tuż koło namiotu.

motorki

Wstajemy rześcy i wypoczęci. Na szczęście po wczorajszym wypadku nie zostało ani śladu. Krzych chodzi, skacze, kuca, zgina się we wszystkich stawach. Uff, trochę się bałem, bo urazy potrafią ujawnić się po jakimś czasie gdy przestaje działać adrenalina i mięśnie i stawy "ostygną". Przetarte spodnie, rękaw kurtki, wór podróżny nie stanowią problemu. Gorzej z kołem. Fajta się zdrowo, co na pewno zdrowe dla motocykla nie jest i wpływa na problemy z prowadzeniem. Nic na to niestety nie poradzimy. Trzeba jechać wolniej i ostrożniej. W desperacji, bo jak inaczej wytłumaczyć powód takiego działania, Krzych wtłoczył w tylne koło 4 atmosfery. Będzie tego żałował od początku trasy, a w połowie dnia powróci do standardowych 2,5.

A propos opon. Skandynawski asfalt śmiało można nazwać "zjadaczem opon". Przed wyjazdem mój tylny Mitas prezentował się całkiem dobrze. Boki nie ruszone, środek miał ze 3 milimetry bieżnika, słowem luks. Może diagnosta lub policjant mogliby się przyczepić, ale właśnie od tego są. Mnie mój bieżnik się podobał. Ale nie bez kozery piszę w czasie przeszłym. Teraz pozostało po nim tylko wspomnienie. Ciekawe jak gruba jest guma i ile kilometrów trzeba, żeby wylazły druty? Przód jest jeszcze całkiem dobry. Myślę, że i diagnosta i policjant oceniliby go tak samo. Trzeba będzie przerzucić opony. Na dziś muszą wystarczyć tak jak są. 

Zanim ruszymy czas na śniadanie. Wyjadamy zapasy przywiezione z Polski. Na pierwszy rzut idą puszki z gulaszem i szynką. Paprykarz leży nieśmiało obok, ale omijamy go wzrokiem. Do tego żółty ser, pomidorki z cebulą, herbata, kawa i możemy z głodnymi porozmawiać.

Krzych pilnuje gotującej się wody. Jak zawsze zwarty gotowy jest już spakowany. My z Frankiem jesteśmy jeszcze w proszku. 

śniadanie na trawie

Dziś mycie w kałuży więc większe szaleństwa higieniczne muszą poczekać. Troczymy graty na bagażnikach i odpalamy maszyny. W między czasie mgła się podniosła i zaczęło świecić słońce. Tym optymistycznym akcentem rozpoczynamy podróż. Sporą część trasy (planujemy "lajtowo" na dziś ok. 450 km) wypada wzdłuż Bałtyku. Jest tu tylko jedna sensowna droga. Niestety jest to "krajówka", a więc ruch spory. Wiedzie w większości przez las, który zasłania potencjalne widoczki. Niestety nie mamy wyboru. Boczne drogi nie biegną w kierunku północ - południe. Żeby całkiem nie ogłupieć ostatni odcinek, mniej więcej 1/4 drogi chcemy odbić nieco od morza i pojechać pomniejszymi drogami.

Cóż za banał - LIDL. Jednak jeść coś trzeba. Można poprzestać na zupkach, których jeszcze trochę mamy, ale co świeże mięso to świeże mięso. Na dziś planuję kotlety schabowe z ziemniakami z wody plus sałatka z ogórka, pomidorów i cebuli. Właściwie to też banał, ale jaki smaczny :-) Ponieważ jest jeszcze wcześnie udaje się też kupić dwie puszki piwa dla moich Kamratów. 

banał

Korzystamy ze słonecznej pogody w czasie południowej przerwy na herbatę. Franek rozdaje przydział Snickersów (po pół na osobę) co stało się codziennym rytuałem.

którędy dalej?

Zanim odbijemy nieco od morza postanawiamy zobaczyć je na własne oczy. Znaleźliśmy nawet kawałek wybrzeża bez domków, za to ze sławojką i miejscem na posiłek. Nie trzeba nam więcej. Na ciepło przygotowałem zupkę chińską w opcji wzbogaconej o dodatkowy makaron i pokrojone na kawałki frankfurterki. Danie niezbyt wykwintne, ale bardzo pożywne.

Pogoda zmienną jest. Rano mgła, potem sporo słońca. Teraz przyszły chmury. Czas się zbierać.

przerwa obiadowa

No i trochę popadało. Przez jakiś czas udawało nam się lawirować między chmurami, ale skręciwszy w głąb lądu ostatecznie wpadliśmy w strefę opadów. Wiem, Dzik twardy musi być, nie miękki, ale wrodzone lenistwo i wygodnictwo przeważyło nad chęcią życia na wzór traperów z dzikiego zachodu. Zamiast szukać miejsca na dziko skręciłem w dróżkę którą wskazywał znak "kemping 3 km". Był to dobry wybór. 150 koron za trzech (na nasze 75 złociszy), cisza spokój, trawka, jezioro, ciepła woda pod prysznicami, kuchnia. Urządzenia sanitarne i kuchenne funkiel nówka. Byłem pierwszym użytkownikiem kuchenki. Miała nawet piekarnik. Krzych w przepastnych kufrach wozi między innymi uniwersalne narzędzie: siekieromłotek. Przydał się do rozbijania mięsa.

Na mojej małej patelence mieści się jeden schaboszczak. Po usmażeniu wędrował do piekarnika i tam dochodził zwalniając miejsce kolejnemu. W menażce bulgotała woda z ziemniakami, pomidory można było porządnie wymyć, ot uroki cywilizacji. Na kolejną wyprawę koniecznie muszę zabrać większą patelnię. Ta jest dobra dla 1-2 osób. Tak powtarzam sobie podczas każdej wyprawy, a potem pakując się na pół godziny przed wyjazdem łapię co mam pod ręką :-)

drugi obiad

Po obiedzie (obiad jemy na kolację) ciepły prysznic, a potem deser w postaci lodów po które powędrowaliśmy do recepcji. Niezłe wczasy :-) 

biwaczek

Paciorek i spać. Dobranoc.

<< dzień 8

>> dzień 10