dzień 10: powtórka z rozrywki

Po nocnym deszczu poranek wstał słoneczny. Zanim przygotowaliśmy i zjedliśmy śniadanie graty zdążyły wyschnąć. Silni, zwarci, gotowi. Dziś w planach nocleg nad morzem. Gdzie? Na dziko? W lesie? Na plaży? Na kempingu? Czas pokaże. Lecimy.

kolejny start

Kolejna stacja. Już żeśmy się przyzwyczaili. Lejemy po 12, a Franek 9 litrów. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

gdzieś w trasie

Dziś spory kawałek lecimy przez interior. Piękne widoki. Wzgórza, doliny, jeziora, wszędzie dookoła lasy. Oprócz lasów las radarów. Co parę kilometrów charakterystyczny słupek. Po co im te radary skoro wszyscy jadą spokojnie? Jak na mój gust nawet za spokojnie. Ze względu na Krzychowe koło jedziemy 70-75 km/h. Znaki pozwalają na 90, czasami 100 km/h. Droga nie jest jakąś nie wiadomo jak wijącą się wstęgą. Sporo odcinków prostych po kilometrze i lepiej. Linia przerywana. A auta tworzą za nami małe spiętrzenia po kilka, kilkanaście w stadzie. Co za woły piżmowe!!! Kto ich uczył jeździć? Co dwudziesty decyduje się na wyprzedzanie. Pozostali wloką się za nami. Co jakiś czas nie wytrzymuję, zjeżdżam na miejsce serwisowe i pozwalam na wyprzedzenie naszej kolumny. Po kilkunastu minutach sytuacja się powtarza.

Nawet na odcinkach dwupasmowych Szwedzi nie są zbyt skorzy do wyprzedzania. Gdy widzą znak, że dwupasmowy odcinek skończy się za 400 metrów nie podejmują wyzwania i ustawiają się za nami. U nas w takiej sytuacji jeszcze bardziej rośnie ułańska fantazja. Ja nie zdążę? Jeszcze tyle miejsca! Może można się do tego przyzwyczaić, ale ta różnica temperamentów bardzo mi przeszkadzała. Na dodatek jadąc za nami ustawiali się dość blisko za jadącym na końcu Krzychem. Co by było gdyby coś znowu stało się z kołem? Daliby radę się zatrzymać? To już lepiej puścić ich przodem. 

przerwa na kawę

Na kawę stajemy w przydrożnym barze. Wbrew strojowi Krzycha jest dość ciepło. Krzych na postojach nigdy się nie rozbiera. Czy jest to chłodny styczeń, czy ciepły czerwiec. Twierdzi, że kompletny strój jest to forma termosiku, w którym on czuje się najlepiej.

przerwa na kawę

Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę. W mijanym mieście szukamy sklepu. Oczywiście próbka nie była imponująca, ale z tego co widzieliśmy w mijanych wsiach i miasteczkach nie ma małych sklepików spożywczych. Z dywanami są. W telewizorami znajdzie się. Z krzesłami i stołami też. A spożywczaków brak. Zakupy zrobić można tylko w marketach. No to szukamy marketu. Jest. Ponieważ położony jest w mieście parking ma na dachu. Windą zjeżdżamy wprost przed dział spożywczy. W wózku znajdujemy 5 koron. Zabieramy je na pamiątkę.

Co by tu wziąć na obiad? Łapię sporą paczkę mielonego mięsa, mrożone warzywa, pastę pomidorową i cebulę. Makaron jeszcze mamy. Dziś w karcie spagetti. Niestety w szale zakupów zapomniałem o parmezanie. Bazylii też nie wypatrzyłem. Trudno. Jeszcze pieczywo (okazało się słodkawe), masło (okazało się słonawe), piwo, jakieś herbatniki do kawki i można lecieć w kierunku morza.

Wypatrzyłem na mapie mały półwysep. Co prawda jestem niemal pewien, że cały będzie obstawiony domkami, ale liczę, że gdzieś nam się uda wcisnąć i założyć bazę na jedną noc. Dojeżdżamy. Po drodze (była dość kręta) trafiło nam się jakieś szczególnie ostrożne Szwedzisko. Przez kilka kilometrów wlekliśmy się 40'tką. Tego nie wytrzymał mój silnik. Dokładnie rzecz biorąc powtórzył się problem z Tallina. Rozrajbowany rozpylacz w gaźniku na wolno-średnich obrotach zarzucił świecę i koniec jazdy. Wymieniam zarówno świecę jak i rozpylacz. Powinno to zapewnić spokój na kolejnych 30.000 km.

Rozglądam się za potencjalnym miejscem na biwak. Wszędzie w bocznych dróżkach poustawiane znaki zakazu. Niby jak nie wolno to szybko, ale jakoś nie lubię wciskać się tam gdzie nas nie chcą. Docieramy do końca półwyspu. Kilkadziesiąt domów, port i koniec drogi. Za to widać morze. Hen za horyzontem nasze plaże :-) 

Bałtyk z drugiej strony

Pamiątkowe fotki i zawracamy.

Bałtyk z drugiej strony

Kawałek za miasteczkiem odbijam w boczną drogę. I tu nic. Jest za to kemping. Krzych gdzieś się nam zgubił. Ostatnie kilka kilometrów to same zakrętasy. Wtedy Krzych jedzie wolno. Ale minęło już kilka minut, a jego nie ma. Idę do recepcji spytać o ceny, a Franek zawraca w poszukiwaniu Krzycha. Tu za nocleg chcą 220 koron za naszą trójkę pod warunkiem, że zadowolimy się jednym placem pod namiot. Do tego 100 koron za kartę, bez której nas niestety nie mogą zameldować. Ale ta karta będzie mogła nam służyć w całej Szwecji przez cały rok :-) Do tego za każde 1,5 minuty pod prysznicem 2 korony. Dają 3 karty magnetyczne z kredytem do rozliczenia przy wyjeździe. Ździercy podli. Samodzielnie i bez konsultacji podejmuję decyzję. Zostajemy.

Przed recepcją charakterystyczny gulgot Junaka. Przyjechał Franek. Sam? Zeznaje, że kilometr stąd napotkał Krzycha pchającego Junaka z kapciem z tyłu. Zapakowany motocykl i kapeć!!! Tego pchać się nie da, a on pchał. Ustalili, że Krzych odpuści sobie te zawody dla Strong Manów i poczeka na nas. Lecimy. Pomagamy przetoczyć Junaka kilkadziesiąt metrów na przydrożnie miejsce postoju. We trzech też było co pchać. Tym razem Krzych zdjął kurtkę. Musiał się nieźle zagrzać. Opowiada co się stało. Na zakręcie poszła tylna guma. Na szczęście jechał wolno i tym razem obyło się bez gleby, ale niewiele brakowało. Koło wymykało się to z lewej, to z prawej, lecz za każdym razem krótkie dodanie gazu prostowało tor jazdy. Powolutku, powolutku i udało mu się zatrzymać zachowując pozycję pionową. Uff.

Ściągamy koło. Opona precz. Dętka pęknięta. Tym razem Franek nalega żeby Krzych wziął jego zapas. To guma od "ruska", tak gruba, że chyba tylko z kałacha dałoby radę ją przestrzelić. Gruby też ma wentyl. No i ten wentyl nie przechodzi przez otwór w feldze. Wyciągam iglaka i Krzych pracowicie dopasowuje felgę. Dziesięć minut i gotowe. Montujemy i toczymy się w kierunku kempingu.

Rozstawiamy namioty i bierzemy się za obiad. Niestety kempingowa kuchnia otwarta jest tylko do 23 tymczasem zbliża się już północ. Musimy działać na naszych kuchenkach. To nie problem. Wszyscy trzej je mamy. Już po chwili na jednej gotuje się woda na makaron, na drugiej woda na herbatę, a na trzeciej smażę mięso i warzywa. Po dodaniu pasty pomidorowej obiad gotowy. 

Po obiedzie szybka kąpiel i zalegamy w śpiworach. Dobranoc.

<< dzień 9

>> dzień 11