dzień 11: kończy nam się Szwecja

Słoneczny poranek nastraja optymistycznie i dodaje energii. Optymizmu i tak nam nie brakowało, więc znacznej różnicy nie odczuliśmy, natomiast dodatkowa energia przydała się bardzo. Od kilku dni planowałem zamianę zeżartych przez skandynawskie asfalty opon. Tylna kompletnie łysa miała pójść na przód, a przednia na tył. Właściwie to po co ja to piszę? Czy można sobie w motocyklu wyobrazić jakąś inną roszadę gum? Ale tak sobie to powtarzałem "tylna na przód, przednia na tył", chyba po to żeby mi się coś nie pomyliło :-)

na kempingu

Jednak najpierw coś dla ciała. Jajecznica z 10 jaj (to max co może zmieścić moja patelnia) jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Zwabieni zapachem odwiedzają nas sąsiedzi z za miedzy. Miedzy w rozumieniu kempingowym, czyli z sąsiedniego namiotu i miedzy w rozumieniu europejskim, bo była to para naszych zachodnich sąsiadów. Mili ludzie z dwójką małych dzieciaków. Ona pochwaliła się znajomością rosyjskiego. Co prawda znała tylko jedno zdanie, dzięki któremu, jak mówiła, w każdym mieście Rosji może zapytać się gdzie mieści się dworzec kolejowy. Tyle zostało jej z wielu lat nauki. On pochwalił się, że za młodu jeździł motocyklem MZ, a teraz śmiga od czasu do czasu BMW. Ucieszył się szczerze, że znamy markę MZ. Dopytywali się o trasę naszej wycieczki. Zdziwili się, że nasze żony puściły nas na tak długo. Okazało się, że Ona puszcza Go najwyżej na tydzień. Usiłowaliśmy namówić ją na poluzowanie nieco tych ograniczeń, ale wykręcała się ograniczeniami wynikającymi z rodzicielskich obowiązków. Może jak córki będą starsze coś się w tej kwestii da zmienić.

Po chwili podszedł sąsiad z za drugiej miedzy. Nie, nie Ukrainiec, też Niemiec, bo chodzi mi o miedzę kempingową. Prosił o pozwolenie na zrobienie fotek naszych Junaków. Pochwalił się, że kiedyś też miał stary motocykl. Było to AWO. I on ucieszył się, że ktoś zna taką markę.

śniadanie

Po śniadaniu zabrałem się za opony. Żeby podczas działań w trasie zachować czyste ręce zawsze zabieram woreczek z gumowymi rękawiczkami. Nie zawsze jest możliwość umycia rąk, a z czarnymi od smaru bardzo nie lubię paradować. Gdy podczas prac rękawiczki nie porwą się zachowuję je na kolejną okazję. Teraz też wyciągnąłem parę upaćkaną w smarze. Gdy nasza sąsiadka to zobaczyła zaproponowała natychmiast, że może mnie poratować, bo w przepastnym bagażniku samochodu ma całą paczkę. Przy okazji stwierdziłem, że w tylnym kole pękły dwie szprychy. To było spore zaskoczenie gdyż dotąd nie zdarzyło się to ani razu, a przejechałem już ponad 170 tysięcy kilometrów. Pewnie mocno przyczyniła się do tego szybka jazda po szutrach w Finlandii. Kilka razy wpadłem wtedy w dziurę co musiało odczuć nie tylko moje siedzenie, ale jak widać również szprychy. Oczywiście w sakwach mam mały zapas.

zamiana opon

Jako się rzekło tylna opona poszła na przód. A gdzie niby miała pójść? Ledwo zmieściła się pod błotnikiem, bo z tyłu używałem dotąd Mitasów w rozmiarze 4,00 (przód to 3,50). Jadąc do recepcji żeby rozliczyć kąpielowe szaleństwa w cenie 2 koron za 1,5 minuty, co w sumie kosztowało nas 14 koron za wszystkich, nie założyłem kasku i dzięki temu usłyszałem niepokojący wizg. Przednia opona tarła się o błotnik. Lipa :-(  Wszedłem do środka. Tam właśnie do zawodu recepcjonistki przyuczała się młoda adeptka. Wszystko szło jej opornie, a musiała uporać się z dwoma kamperowcami. Zanim to się udało, i zanim ja rozliczyłem nasze prysznicowe przyjemności minął dobry kwadrans. To dało czas Frankowi i Krzychowi na zajęcie się moim kołem. Gdy wróciłem na parking wszystko działało już jak należy. To śruby mocujące pałąk do błotnika darły oponę. Kamraci wykręcili je i po kłopocie.

Jak widać nie byliśmy jedynymi zabytkami w okolicy. Te kampery muszą pamiętać jeszcze czasy Ericha Honeckera i Willego Brandta. Kto jeszcze pamięta takie postaci? A one ciągle śmigają i cieszą oko.

zabytki

Dziś chcemy dotrzeć w okolice Ystad. Jutro prom odpływa o 14. Chcemy być w porcie ze trzy godziny wcześniej. Gdy znajdziemy biwak kilkadziesiąt kilometrów od Ystad wystarczy nam godzinka z hakiem na ostatni etapik w Szwecji. Stąd prosty rachunek, że rano wystarczy nam czasu na bezstresowe śniadanko i pakowanie. Trzeba będzie ruszyć przed dziesiątą. Luz na szelkach :-)

Na Krzychowej mapie typuję trzy kompleksy leśne leżące nie dalej niż 100 kilometrów od Ystad. Jak nie w jednym to w drugim powinniśmy znaleźć dogodne miejsce. W GPS wprowadzam trzy punkty pośrednie leżące na wysokości wytypowanych lasów. No to palimy wrotki.

Pod koniec wyprawy rutyna daje o sobie znać. Zanim zdążyłem pomyśleć już przejechaliśmy pierwszych 180 kilometrów. Słowo daję, ani razu nie przysnąłem, a blisko trzy godziny zleciały jakbym jechał z domu na Księżyc. Czas na przerwę. Kuchenka idzie w ruch, woda się gotuje, Franek częstuje połówką snickersa, grzejemy się chwilę na słonku i jesteśmy gotowi do drogi.

przerwa na kawę

Stop, jeszcze Frankowi należy się tradycyjna kawa. Jest bardzo ważna, bo Franek skarży się, że czasami podsypia.

przerwa na kawę

Dziś droga zleciała nam wyjątkowo szybko. Ponieważ nocując na kempingu nad morzem nawdychaliśmy się jodu dziś nie musimy już zbaczać z trasy i "tracić czasu" na jego poszukiwanie. Morze widzieliśmy tylko gdzieś z daleka na horyzoncie. Pierwszy punkt pośredni zbliża się szybko. Z daleka las wygląda na spory. Intuicja podpowiada mi żeby skręcić w jedną z pierwszych leśnych dróg. Wysokie sosny, miejscami skupiska ciemniejszych świerków, sucha trawa i mech. Takie miejsca lubię. Po kilkuset metrach drogę zagradza pordzewiały szlaban, a na przekrzywionym słupku wisi okrągły kawał blachy przypominający nieco znak B-1 "zakaz ruchu w obu kierunkach". Postanawiamy podporządkować się i kończymy ruch motocyklowy na dziś.

ostatni biwak w Szwecji

Osłonięci gęstymi świerkami rozbijamy ostatni na szwedzkiej ziemi biwak. Bardzo miłe miejsce. Czegoś jednak tu brakuje. Co to może być? A, nie ma komarów!!! Do tej pory zawsze nam towarzyszyły. Liczba gwiazdek, które przyznajemy temu miejscu rośnie.

ostatni biwak w Szwecji

Na dodatek tu słońce już rzetelnie zachodzi za horyzont. Zapowiada się miła i spokojna noc. Nie zapinam nawet moskitiery w mojej norce. Ciekawe jak... nie dokończyłem myśli i zasnąłem.

<< dzień 10

>> dzień 12