dzień 12: promujemy się

Gdy rano otworzyłem oczy w gałęziach drzew, wprost nad głową, zobaczyłem dwie wiewiórki. Przez kwadrans miałem pokaz ich sprawności. Do tego słonko, białe chmury, śpiew ptaków, łagodne powiewy wiatru, zapach lasu... nie ma lepiej. Powoli opuszczam przytulną norkę. Jest dopiero w pół do szóstej. Z namiotów Kamratów nie dochodzą żadne dźwięki. Niespiesznie zwijam majdan. Leniwie płyną minuty. Ten jeden raz udało mi się wyprzedzić Krzycha. Zamek w jego namiocie cicho wizgnął dopiero o szóstej trzydzieści i w "drzwiach" ukazał się Krzych w kompletnym stroju motocyklowym, z workiem w ręce, gotów wsiąść na siodło w każdej chwili. 

ostatni biwak

Wyciągamy resztki prowiantu zachomikowane w sakwach. Zrobiła się z tego niezła sterta. Leży też na niej paprykarz. Ciekawe czy znajdzie amatora. Pumpernikiel z pasztetem bije rekordy popularności. Niestety nie mamy już mgiełki majonezu. Ale jest jeszcze jeden pomidor. Dzielimy się nim sprawiedliwie. Herbata już gotowa. O, zostały jeszcze herbatniki!

Pakujemy resztę gratów, wory na bagażniki i jesteśmy gotowi. Do promu mamy nieco ponad 70 kilometrów. Zbliża się dziewiąta więc powinniśmy tam dotrzeć około dziesiątej. Luzik.

Kawałek przed Ystad niebo całkowicie zachmurzone. Zaczyna lekko popadywać. Nie zatrzymujemy się jednak żeby założyć przeciwdeszczówki. Będziemy się suszyć na promie. Okazało się to być słuszną decyzją. Deszcz trochę postraszył, ale zanim rozpadał się na dobre dojechaliśmy do celu. Przed terminalem znaleźliśmy miejsce na motocykle pod dachem. Silniki stop, jesteśmy u celu. Godzina 10. Idziemy zbadać sytuację. Prom odpływa o 14, kasy otwierają na dwie godziny przed. Mamy zatem sporo czasu. Ze względu na deszcz nie chce nam się atakować miasta.

Krzych przygląda się z uwagą silnikowi. Kolanko wydechowe lata luźno. Znowu odkręciła się nakrętka? Mimo zabezpieczenia drutem? Okazało się, że gwint w głowicy uległ całkowitej destrukcji. Po powrocie trzeba będzie to porządnie naprawić. Nie obejdzie się bez spawania. Teraz trzeba wykombinować coś na szybko. Przed nami jeszcze kilkaset kilometrów. Rzut oka w czeluści kosza na śmieci i jest, mamy uniwersalny materiał do awaryjnych napraw - puszka po Coca Coli. Pocięta na paski trafiła pod nakrętkę kolanka. Chyba będzie działać. Jako dodatkowe wspomożenie kolanko zostało przywiązane drutem do ramy.

W między czasie podchodzą do nas kierowcy ciężarówek i podróżni oczekujący na prom. Pytają o trasę naszej wycieczki, o to jak spisywały się Junaki, opowiadają o przygodach z Junakami sprzed lat... To są zawsze bardzo miłe rozmowy.

Chwilę rozmawiamy z naszym rodakiem od dziesięciu lat zamieszkałym w Norwegii. Pytamy o to jak znosi zimę gdy noc trwa pawie całą dobę, o dziwny zwyczaj wystrzegania się wyprzedzania, o prawo do nocowania na dziko, o ogromniaste reflektory, którymi na północy Skandynawii przyozdabiane są samochody, o szeroko komentowane u nas przypadki odbierania dzieci rodzicom, o...  Miała to być krótka rozmowa, a opowieść i dyskusja toczyła się blisko godzinę. Do długich nocy można się przyzwyczaić, choć dla ludzi nie urodzonych w tych rejonach nie jest to łatwe i silnie wpływa na psychikę. Przepisy o ograniczeniu prędkości są traktowane niezwykle serio, a przekroczenia karane drastycznie. Oprócz fotoradarów umieszczonych w widocznych miejscach wiele jest odcinkowych pomiarów prędkości. Do tego ręczne pomiary. Policjant przygotowany bywa do nich jak na polowanie. Ukrywa się pod czarną narzutką. O przekroczeniu melduje przez radio stojącemu kilkaset metrów dalej patrolowi. Nasz rozmówca opowiadał jak razu pewnego prowadził załadowanego ciężkim sprzętem busa (pracuje w firmie wiercącej otwory w skałach). W miasteczku droga wiodła pod górę. Stał tam znak ograniczenia prędkości do 30 km/h. Bus szarpał i przerywał gdy jechało się poniżej tej prędkości. Przy 36 jakoś szło. I te 36 kosztowało kilkanaście tysięcy koron (na pół to złotówki). To było na samym początku, zanim wdrożył się w tutejsze realia. Nie dziwota zatem, że kierowcy starają się jechać raczej za wolno niż za szybko. Na dziko wolno nocować w całej Skandynawii, zarówno na terenach państwowych jak i prywatnych. Należy jednak rozbijać się minimum 150 metrów od zabudowań. Ogromniaste reflektory (montują po dwa lub trzy na zderzakach) to ozdoba. W praktyce przepisy zabraniają ich użycia. Dzieci należą do państwa nie do rodziców. W poniedziałek często pytane są co porabiały w weekend. Miejscowe mówią, że były z tatusiem i mamusią na rowerze, koniach, nartach itp. a napływowe czasami zeznają, że na przyjęciu. To od razu budzi czujność. Po drugim razie często do akcji wkracza psycholog, a stąd już krótka droga do kłopotów.

Kierowca ciężarówki, który z tego co mówił już znacznie przekroczył wiek emerytalny, opowiadał jak kilka lat temu po raz pierwszy dostał trasę do Szwecji. Teraz stara się jeździć już tylko w te rejony. "To Panie trasy dla emerytów. Wolno, bezpiecznie, nikt się nie spieszy, nie ma szarpania. Spokój Panie." Opowiadał jak za jednym z pierwszych pobytów ładowali mu palety. Było ich 36. Po 35 wózkarz zapowiedział, że idzie na przerwę i skończy załadunek po wypiciu kawy. Na nic zdały się tłumaczenia, że niedługo odpływa prom. Jakież było jego zdziwienie gdy wózkarz powrócił za pięć minut i dopakował brakującą paletę. Tyle miał przeznaczonego czasu na przerwę :-) 

Gadaliśmy, gadaliśmy do momentu gdy otworzono kasę.

ten nie zna życia kto nie służył w marynarce

Na prom przemknęliśmy się razem z ciężarówkami. Osobowe czekały w kolejce, ale nam ze względu na padający deszcz pozwolono wjechać poza kolejką. Jeden z marynarzy okazał się być szczęśliwym posiadaczem Junaka. Jak się łatwo domyślić wszyscy pasażerowie dawno byli już na górze, tylko my gaworzyliśmy z załogą :-)

ten nie zna życia kto nie służył w marynarce

Motory zabezpieczone, można jechać na salony.

trzej przyjaciele z boiska

W restauracji był spory ruch. Postanowiliśmy przeczekać i przewietrzyć się nieco na pokładzie. Wiało zdrowo, wszyscy kłębili się w restauracji, tylko my, jak morskie wilki, gapiliśmy się w horyzont. 

wilki morskie

fikam

wilki morskie

No i okazało się jacy z nas "niedzielni marynarze". Restauracja czynna była tylko do czwartej, stąd wszyscy się do niej od razu rzucili. Potem była trzygodzinna przerwa. My trafiliśmy właśnie na jej początek. Nic to. Dziś mam imieniny. Idziemy do baru na urodzinowe ciacho i kawkę. Ciche "Sto lat!" i wcinamy.

Kolejna atrakcja to telewizja. Polski statek i polskie wiadomości. Przez dwa tygodnie odwykliśmy i teraz nieco nas śmieszą poważne miny polityków bawiących się jak dzieci w piaskownicy. Do tego skróty meczów. Nareszcie doczekaliśmy się na późny obiad. Jeszcze mała chwila i już wpływamy do Świnoujścia. W parku maszyn poznaliśmy Szweda wybierającego się motocyklem na miesięczny objazd Bałkanów. Rzucił jedną robotę, kolejną zaczyna za dwa miesiące, a teraz ma czas dla siebie. Bardzo lubi motocyklowe włóczęgi. Skąd my to znamy? Też tak mamy. 

urodzinowe ciacho

Zjeżdżamy z promu i walimy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu noclegu. Na Wolinie nie da rady - park narodowy. Trzeba szukać dalej. Zrobiło się już dość późno. Sugeruję nieśmiało opcję noclegu na plaży. Krzysztof obawia się jednak pozostawienia motocykli na pastwę losu. W Wisełce znajdujemy nowo oddany "ośrodek" domków. Ośrodek to duże słowo, bo domków było raptem 10. Właściciele siedzieli przy wódeczce i griliku. Okazało się, że są z Sosnowca. Pozdrowiłem zatem Zagłębie. Spotkało się to z przychylnym przyjęciem. Gorole często mylą Zagłębie ze Śląskiem :-) Może dzięki temu, może dzięki urokowi osobistemu Krzycha, dość że cenę za nocleg ustaliliśmy na 100 złociszy. Domki funkiel nówka. Byliśmy pierwszymi gośćmi. Motory na parking, graty pod pachę i walimy na bazę. Herbata, ciasteczka i koniec dnia.

Home, sweet home :-)

<< dzień 11

>> dzień 13