dzień 13: karne u Peliksa

Dziś dzień pod znakiem odwiedzin. Najpierw w Darłówku jesteśmy umówieni z Mineralnym. Na nocleg w Salinie zaprasza Peliks z Wejherowa. Zanim odpalimy planuję krótki serwis. Kilka dni temu zgubiła mi się kompresja. Kopniakiem można ruszać jak, w nie przymierzając, Komarku. Może to kwestia pierścieni? Przeleciały ze 30.000 km. Choć z drugiej strony nie dymi i oleju nie bierze. No i nie ma to jakiegoś zauważalnego wpływu na pracę i osiągi. Zagadka.

Nie ma co deliberować tylko trzeba sprawdzić. Bak, wydech i głowica precz. W między czasie na parking przyszedł Krzych. Teraz pomaga w pracy. Zdejmuję stare pierścienie i z pomocą Krzycha zakładam nowe. Teraz cylinder... nie wchodzi? Bez bicia przyznam się, że nie sprawdziłem jak pierścienie pasują do cylindra. Krzych zarządza sprawdzenie. Dolny pierścień nie wykazuje jakiegokolwiek luzu. Iglak w rękę i luz się pojawił. Teraz znacznie lepiej. Wszystko pasuje. Znacznej poprawy nie stwierdzam. Może coś się zmieni kiedy pierścienie "ułożą się"?

Wisełka

serwis

serwis

Globtroterzy :-)

globtroter

Myjemy ręce, pakujemy bagaże i w drogę. Pierwszy zaplanowany postój to Darłówko. Tu spędza kilka dni Mineralny z żoną. Jednak wcześniej, a właściwie jak najszybciej, trzeba odwiedzić stację. Franek oczywiście jest spokojny, bo jego Junak ciągle zadowala się 3,5 litra na 100 kilometrów. Gorzej z Krzychowym. Poluzowane kolanko i przedmuchy spalin omijających wydech wpływają na zwiększone zużycie. Wczoraj jeszcze przed Międzyzdrojami musiał przejść na rezerwę. Daliśmy radę. Kupuję przy okazji litr oleju. Mojego ulubionego czyli najtańszego. W tym przypadku jest to Uniwersalny za 14,50 :-) W porównaniu z półsyntetykiem za 169 koron, który jako najtańszy kupił Krzych w Szwecji ten rozdają za darmo.

Powiatowymi drogami jedzie się miło. Tyle, że tu w sezonie ruch na nich jest spory. Odbijamy więc kawałek wojewódzką 11 w kierunku Koszalina. Samo miasto objeżdżamy bokami i znowu wpadamy na powiatówki.

W Darłówku (zawsze myślałem, że w mianowniku to Darłówek, a okazało się, że Darłówko) umawiamy się w okolicy zlotu pojazdów militarnych. Razem idziemy na zupę z kotła. Klawo spotkać znajomych.

Gdy już zbieraliśmy się do drogi podszedł do nas umundurowany gość (widać go na poniższym zdjęciu), uczestnik zlotu. Od słowa do słowa okazało się, że ma Junaka i zajmuje się renowacją starych motocykli. Mieszka w małej miejscowości (ok. 500 mieszkańców). Oprócz niego Junaki ma tam jeszcze siedmiu kumpli. Szybko obliczam, że zachowując proporcję liczby mieszkańców do liczby Junaków w półmilionowym Poznaniu powinno być ich 8.000, a w Warszawie gdzie mieszka 1,7 miliona 27.000. To by było gdyby tak było :-)

u Mineralnego

Żegnamy się i walimy na wschód. Po drodze na obiad zawijamy do Słupska. Prowadzę Kamratów do znanej mi restauracji, gdzie zazwyczaj jadam zeppeliny. To rodzaj dużej pyzy z nadzieniem mięsnym. Tu farsz robią z gęsiny. Na początku wyprawy miałem wielką ochotę na taką potrawę. Jest ona regionalną specjalnością na Suwalszczyźnie. W Siei w Starym Folwarku moim zdaniem robią ją najlepiej. Tam nazywa się to kartacz. Dwa tygodnie temu przyjechaliśmy za późno i kartacze właśnie "wyszły". Pech chciał, że i teraz już się skończyły. Jedziemy specjalnie pięć tysięcy kilometrów, a tu taka przykra niespodzianka. Trudno, nie ma to nie ma. Pierogi z gęsiną też mogą być. Po dwóch tygodniach żarcia w warunkach biwakowych trochę luksusu nie zaszkodzi.

Lecimy dalej. Jeszcze tylko krótki postój pod marketem gdzie wyciągamy trochę gotówki z bankomatu. Ile nam to zajeło? Trzy minuty? W tym krótkim czasie przy motocyklach zatrzymal się szczęśliwy posiadacz Junaka :-) Ile tych Junaków jest? Codzień spotykamy ich właścicieli. Wczoraj marynarz na promie, dziś gość na zlocie pojazdów i teraz kolejne spotkanie w Słupsku. Zawsze miłe rozmowy. Junaki łączą.

Po drodze do Peliksa wpadamy jeszcze po paliwo i na krótkie zakupy. Dziś mecz Polska Portugalia. Potrzebne będzie piwo i coś do pogryzania.

Przez ostatnich kilkanaście kilometrów GPS "postanowił" przeczołgać nas po bruku. Jakim cudem koło Krzycha zniosło takie traktowanie nie wiem. Dobrze, że nie słyszałem co tam Krzych musiał wykrzykiwać pod moim adresem. Niestety, choć byłem tu kilka tygodni temu nie potrafiłem znaleźć lepszej drogi. Wtedy w kierunku Słupska wyprowadził mnie Marek i nie zapamiętałem drogi. Na szczęście Junaki dały radę. Zajeżdżamy na działkę Peliksa. Gorące przyjęcie jakbyśmy się wszyscy znali od lat. Marek specjalnie na nasz przyjazd dziś po pracy zakupił antenę telewizyjną i przygotował telewizor na wieczorny mecz. Teraz rzucił się do grilla i piecze karkówkę. Po chwili słychać smakowite mlaskanie. Czy może być milsze powitanie po długiej trasie?

u Peliksa

Atmosfera była tak wspaniała, że nie zepsuł jej jeden zmarnowany rzut karny. Marku, jeżeli czytasz opis tego dnia przyjmij raz jeszcze serdeczne podziękowania. Jesteś WIELKI, choć sam siebie określasz mianem najniższego motocyklisty świata :-)


<< dzień 12

>> dzień 14