dzień 14: meta

Cisza, spokój, zmęczenie wczorajszymi emocjami meczowymi i dwutygodniową trasą... sprawiają, że śpimy aż do siódmej. Poranek wita nas słoneczną pogodą. Dziś niczego nie trzeba gotować. Marek nastawia gar bigosu przygotowany przez Magdę. Magdo, to była pychota!!! Po śniadaniu do kawki pyszne ciasto. To też Magdy dzieło.

Marek specjalnie na ten dzień wziął urlop żeby nas ugościć. Postanowił też odprowadzić nas kawałek. Miło się odpoczywało, ale droga wzywa. Dziś jeszcze przed nami blisko czterysta kilometrów. Trzeba się zbierać.

na działce u Peliksa

(data na fotkach to jakiś chochlik fotograficzny)

na działce u Peliksa

na działce u Peliksa

Po drodze zahaczamy o Wejherowo i odwiedzamy tutejszą Kalwarię. Niestety nie mamy dość czasu żeby powędrować przez położoną na lesistych wzgórzach Drogę Krzyżową. Odkąd przezd dwoma laty przyprowadził mnie tu Sebkin obiecuję sobie wygospodarowanie kilku godzin na poznanie tego miejsca. Niestety jak dotąd wpadam tu jak po ogień. Może następnym razem się uda?

Pędzimy dalej. Marek prowadzi malowniczymi drogami przez jego rodzinne Kaszuby. Pięknie tu.

w Kalwarii Wejherowskiej

Czas się pożegnać. Marek zawraca. My lecimy dalej. 

rozstajemy się z Peliksem

rozstajemy się z Peliksem

Krzych otrzymał meldunek, że dziś w Kikole pojawi się jego wnuczka. Lecimy zatem do Kikoła.

Ale co to? GPS się wyłącza. Sprawdzam światła. Znikły!!! Może to regulator? Sprawdzę w Kikole. 

serwis w Kikole

Widzicie ten stół za Junakiem? Przed chwilą gościnny gospodarz częstował nas smażonymi rybami. Palce lizać!!!

A skąd wziął się tu balzac? Przyjechał żeby przyprowadzić nas do domu. Dwa tygodnie temu razem startowaliśmy, a teraz razem wrócimy. Jedzie jeszcze Asceta. Niedługo powinien być. Plan jest taki żeby razem wrócić do Warszawy bocznymi drogami. Niestety z planami różnie bywa. O tym przekonamy się za chwilę.

Zamieniam regulator. Nic to w prądach nie zmienia. Z braku innych pomysłów wyciągam ze studni dynamo. Może coś się urwało? Nie, na oko wszystko gra. A świateł nie ma. Już po powrocie okazało się, że w akumulatorze urwała się klema, a regulator dynama do poprawnej pracy potrzebuje współpracy z akumulatorem. Po zakupie nowego akumulatora prądy powróciły.

Do domu mam 200 km. Do zachodu 3 godziny. Jeśli wystartuję od razu i polecę dziesiątką dojadę przed zmrokiem. Ogłaszam swoje plany. I tu się zaczęło. Kamraci nie chcą o tym słyszeć żeby puścić mnie samego. Ja nie chcę o tym słyszeć żeby rezygnowali z frajdy jazdy bocznymi drogami. Na dodatek chcąc dojechać przed zmrokiem planuję polecieć nie mniej niż 90 km/h. Z Krzycha kołem to jest prędkość poza granicą brawury. Pierwszy raz odkąd znam Krzycha atmosfera gęstnieje. Wiem, że to z troski o mnie, ale upieram się. Widzę wyraźnie, że przegiąłem. Jednak mimo ostrego sprzeciwu ruszam sam.

w Kikole

Gospodarz - "brat wnuczkowy" Krzycha, czyli drugi dziadek jego wnusi. Przymierza się do balzakowego HD.

w Kikole

To była agresywna jazda. W miejscowościach zwalniałem tylko troszkę. Dwa razy wyprzedzałem omijając wysepki po lewej stronie, raz wyprzedziłem ciężarówkę na rondzie jadąc brukowanym środkiem. Chciałem nawet otrąbić policjantów, który wymusili na mnie pierwszeństwo wyjeżdżając z bocznej drogi. Niestety na chęciach się skończyło bo przecież nie miałem prądu. Musiałem za to stanąć na chwilę na poboczu żeby oddalili się ode mnie i nie zauważyli braków w oświetleniu. Tuż przed Płońskiem dogonił mnie balzaczek :-) Zrobiło mi się ciepło na sercu. Kamraci są niezawodni!!! Razem daliśmy popis agresywnej jazdy w gęstniejącym ruchu na wlocie do miasta od strony Łomianek.

Do domu dotarłem sporo przed zachodem. balzaczku, dziękuję Ci bardzo za troskę i asystę. Gdy się żegnaliśmy przed mostem Siekierkowskim nie było okazji na te słowa. Dziękuję.

W głowie szumi od hałasu, adrenaliny i emocji. Kolejnych 6000 kilometrów nawinięte na koła. Kolejna przygoda za nami. Krzychu, Franku i Igorze. DZIĘKI WIELKIE ZA WSPÓLNĄ WYPRAWĘ. Podróż z Wami to niezwykła frajda. Sam smak motocyklizmu. 



<< dzień 13