nad Bałtyk do roboty

Lato się skończyło, upały zelżały, ale do jesiennych szarug i słot jeszcze mam nadzieję daleko. W czwartek i piątek mam działać zawodowo w Gdańsku. Lubię połączenie przyjemnego z pożytecznym - lecę w delegację Junakiem. We środę chciałem skończyć pracę ok. pierwszej, maksymalnie drugiej, tak żeby do celu dotrzeć za dnia. Dodatkowym argumentem za startem jak najwcześniej były chmury idące z północnego wschodu, z których popadywał deszcz. W każdym razie tak pokazywała radarowa mapa pogody. Może uda się je ominąć? Tuż przed wyjściem niespodzianka. Wpada przybić piątkę Kamrat Alumin. No i prawie się udało. Ostatecznie ruszam kwadrans po trzeciej. Słońce świeci, warszawskie korki nie straszne Junakowi, bak pełny, można lecieć.

Tuż po wylocie z miasta spotkałem zapowiadane chmury. Przy pierwszych kroplach staję i wciągam na grzbiet przeciwdeszczówkę. Z tym nie ma co czekać. Albo od razu, albo wcale. Wybór należy do jeźdźca. Zazwyczaj wybieram opcję "od razu". To była słuszna decyzja. Po chwili leje zdrowo, a ja zabezpieczony należycie cieszę się jazdą. Deszcz w tasie lubię. Na zewnątrz mokro i zimno, a "w środku" sucho i ciepło. Na mapach radarowych opady wyglądały na lokalne. W rzeczywistości deszcz skończył się po 80 kilometrach.

czas włożyć przeciwdeszczówkę

Do Sierpca lecę 10'tką z której skręcam w drogę 560 w kierunku Golubia Dobrzynia i dalej na Grudziądz. To jedna z moich ulubionych tras. Lasy, pola, pofałdowany teren. Znam ją omal na pamięć. Gapię się to w lewo to w prawo i tracę czujność. Jest tam dość ostry zakręt. Znak ograniczenia prędkości do 40 km/h nie jest ustawiony ot tak dla fantazji. Zdekoncentrowany orientuję się, że to już ten zakręt w momencie gdy jestem na samym jego szczycie. Za późno na hamulec, bardziej złożyć się nie da bo jezdnia mokra po deszczu i w efekcie ląduję na środku przeciwległego pasa ruchu :-( Na szczęście to jeszcze nie jest ten dzień kiedy trzeba będzie pożegnać się z ziemskimi drogami. Jeszcze raz się udało. Nikt nie jechał z przeciwnej strony. Adrenalina wydziela się gwałtownie, puls rośnie, po ciele rozchodzi się przyjemne ciepło :-)

znak przymierza

Przed Golubiem Dobrzyniem w chmurach robią się przerwy, z których wygląda słońce. Ta tęcza towarzyszyła mi przez 50 kilometrów. W Golubiu pierwszy postój. Poziom cukru w organiźmie spadł. Oprócz małego co-nieco na śniadanie nie było dziś czasu na jedzenie. Kawa i parówka na stacji musi zastąpić zarówno obiad jak i dzisiejszą kolację. Przy okazji tankowanie i jestem gotowy do dalszej drogi. Deszcz ustał, ale przeciwdeszczówki nie zdejmuję. Po zmroku robi się chłodno.

W pracy jak to w pracy. Raz bywa lepiej raz gorzej. W czwartkowe popołudnie relaks na plaży w Sopocie. 

przy plaży

Zalegam na piasku schowany przed wiatrem za wyciągniętym na brzeg kutrem. Wzrok leniwie przesuwa się po horyzoncie, wiatr i fale szumią... chwilo trwaj. Ładnie jest to wszystko urządzone :-) Nieopodal przysiadła siostra zakonna. Też chyba ma podobne spostrzeżenia. Kto kogo zagaduje? Nie pamiętam. "Szczęść Boże", "Szczęść Boże", "Piękny jest świat", "Piękny, nieźle go nam Pan Bóg przygotował", "Pięknie go stworzył", "I z rozmachem podszedł do tematu, nie żałował materiału", "Jak tu tak ładnie to jak będzie tam?", "Pożyjemy, pomrzemy i zobaczymy", "A wie Pan, pewnie tam się spotkamy i wspomnimy to spotkanie", "Siostra to ma pewną rezerwację miejscówki. Ale co ze mną? No pożyjemy zobaczymy. Trzeba się starać", "A jak Pan ma na imię? Pomodlę się za Pana?", "Piotr", "Z Panem Bogiem!", "Z Panem Bogiem!" 

na plaży

W piątek kończę pracę o trzeciej i odpalam w kierunku domu. Tym razem wybieram siódemkę. Wiem, że na wielu odcinkach robią się korki bo budowa ekspresówki mocno się rozkreciła, ale dla Junaka nie jest to problem. Pierwszy korek na odcinku pomiędzy Gdańskiem a Elblągiem. Raz środkiem, raz prawym poboczem, raz przeciwległym pasem ruchu, byle do przodu. Tym razem sunę przeciwległym pasem. Jest cały dla mnie, bo z przeciwka prawdopodobnie wstrzymano ruch. Nagle 50 metrów przede mną z szeregu mijanych aut (miał ten szereg ze 4 kilometry) na środek wysuwa się Land Rover. Chyba chciał popatrzeć co tam dalej widać. Cóż może byc widać? Kolejne 2 kilometry. Dobrze, ze biorę poprawkę na takie zachowania, no i nauczony doświadczeniem ze środy zachowują koncentrację. Jeszcze raz się udało :-)

Przed Elblągiem staje na rybkę. Trzeba dbać o poziom cukru. Zakładam też wszystko co mam ciepłego i po 40 minutach znowu w siodle. Kilkadziesiąt kilometrów ekspresówki. Wyprzedza mnie znajomy Land Rover. Nie łatwe jest życie kierowcy katamaranu. Ja wciągnąłem rybkę, on stał w korku.

Przed Ostródą koniec luksusów. Droga wiedzie raz z lewej, raz z prawej strony budowanej ekspresówki. Auta wloką się koło za kołem. Znowu korek. Tym razem mijam go prawym poboczem. I nagle powtórka z rozrywki. Znajomy Land Rover wysuwa się ciekawie tym razem na prawo dosłownie przede mną. I znowu się udało. Myślę, że siostra zakonna dotrzymała obietnicy i pomodliła się za mnie :-)

Coś się musi dziać z przodu, bo ruch z przeciwka ustał. Lewy pas jest mój. Dwa kilometry, tylko trzeba uważać na pasażerów i kierowców przechadzających się po drodze. W rowie leży kontener, podczepiają do niego łańcuchy ogromniastego dźwigu, przejazdu na razie nie ma. Gaworzę z kilkoma osobami gapiącymi się tak jak i ja na akcję usuwania zawalidrogi. Pytają o podróże motocyklowe. O tym mógłbym opowiadać w nieskończoność. Na szczęście to był już finał akcji ratunkowej. Po kwadransie droga wolna.

Zapadł zmrok, silnik mruczy miarowo, żarówka 55W luksusowo oświetla drogę. Dobrze idzie. Pomyślałem nawet, że ostatnio Junak nie dawał okazji do prac serwisowych w drodze. No i tuż za Płońskiem dał. Urwała się linka gazu. Mogło być coś bardziej ekscytującego, ale cóż muszę się zadowolić taką drobną awarią :-))) Ciekawe, linka zazwyczaj pęka przy baryłce w rolgazie. Ta przetarła się przy przejściu z pancerza do gaźnika. Pod siodłem mam ze trzy zapasowe. Po chwili lecę dalej.

Koreczek w Łomiankach, korek na Wisłostradzie i jestem w domu.