Mrożony jeździec z wody

We czwartek rano mam spotkanie w Jastrzębiu Zdroju, a na późne popołudnie umówiłem się z Frankiem w celu poznawania tajemnic gaźnika Pegaz. Słowem klasyczne połączenie pożytecznego (praca) z przyjemnym (spotkanie z Frankiem i jazda Junakiem).

Ruszam we środę po południu. Tego dnia jesień postanowiła pokazać kto rządzi w pogodzie. Upały i słoneczna pogoda z zeszłego weekendu zastąpione zostały chłodem, porywistym wiatrem i słotą. W Warszawie lało od rana. Temperatura około 6-7 stopni. O 14 deszcz zelżał więc skorzystałem z okazji i odpaliłem na południe. Dwie warstwy bielizny termicznej (nota bene w kolorze czarnym, ale zwie się to bielizną), strój motocyklowy ze wszystkimi możliwymi podpinkami i szczątkami membran, dwie pary ortalionowych spodni z Decathlonu, kurtka przeciwdeszczowa, buty i rękawice z membraną Goretex'ową, ortalionowe pokrowce na buty i takież na rękawice. Jeszcze kominiarka i polarowa osłona na twarz. Kask jako wisienka na tym torcie i w drogę. Wybieram "gierkówkę". Pogoda nie zachęca do podziwiania widoków, zmrok zapadnie szybko, a ta droga choć brzydka jak noc jest najkrótsza i najszybsza.

Czy można zmarznąć w takim stroju? Czas pokaże, że można i to nieźle. Niby nie padało, ale auta non stop podnosiły tuman wodnego aerozolu. Woda była dosłownie wszędzie. Atakowała z powietrza, rozbryzgami z kałuż, a na szybie kasku osadzała się zarówno rzucana spod kół, rozpylona w powietrzu jak i jako para wodna z oddechu. Na mijanym wyświetlaczu dostrzegłem temperaturę powietrza 4,8 stopnia. Upały zdecydowanie zelżały.

Niedaleko za Warszawą tankowanie i można lecieć. Można, ale z powodu wszechobecnej wody jest to lot omal na przyrządy bez widoczności ziemi. Pół biedy gdy miałem cały pas dla siebie. Wtedy można wycierać szybę kasku. Oczywiście tylko od zewnątrz, ale to zawsze coś. Gdy leciałem po linii pomiędzy samochodami i tego nie dało rady zrobić. Czemu? No bo strach puszczać kierownicę gdy auta z lewej i z prawej mija się na grubość lakieru. Nieco emocji nikomu nie zaszkodziło. Na dodatek wąski strumyk adrenaliny daje uczucie ciepła. I tak minąłem Rawę Mazowiecką, Tomaszów, Piotrków, Bełchatów... Za Radomskiem zrobiło się dość luźno tak, że nie musiałem skupiać całej uwagi na drodze. I wtedy poczułem drgania. Niby na Junaku to rzecz normalna, ale to były inne wibracje niż Junakowe. Organizm włączył mechanizmy obronne i dogrzewał się poprzez dreszcze większych grup mięśni. Tym razem wybrał uda, ręce, klatkę piersiową i mięśnie brzucha.

Dość tego. W Częstochowie zawijam do Mc Donalda. Otwieram szybę kasku i widzę miłą i uśmiechniętą twarz dziewczyny muskającej mopem nieskazitelną podłogę. Po chwili uśmiech gaśnie. Wokół mnie zbiera się wielka kałuża niezbyt czystej wody. Ściągam kask, kominiarkę, polarową osłonę na twarz, ortalionowe pokrowce na buty i takież na rękawice,  kurtkę przeciwdeszczową, dwie pary ortalionowych spodni z Decathlonu, kurtkę motocyklową... Stop!!! Bielizna i spodnie muszą pozostać na miejscu, bo znajdujemy się w miejscu publicznym. Kurtka przeciwdeszczowa służyła mi dzielnie przez kilka sezonów, ale właśnie dziś nadszedł kres jej służby. Cały przód i ręce mam kompletnie mokre. Na szczęście spodnie i buty dały radę. To woda sięgająca ciała plus wiatr spowodowały włączenie mechanizmów obronnych organizmu. Pół godziny w zacisznym wnętrzu i ciepła czekolada doprowadziły mnie do jakiej takiej równowagi termicznej. Czas ruszać. Jeszcze 120 kilometrów i czeka na mnie ciepły hotelowy pokój.

Na miejscu ciepła atmosfera. Ogień na kominku w sali recepcyjnej, kapitalne wnętrza, przemiła obsługa, kaloryfery ciepłe, herbara gorąca :-) Gdyby ktoś poszukiwał miejsca w okolicach Żor szczerze polecam Cyprianówkę. Ciuchy na kaloryferze, Junak pod okapem, ja pod kołdrą.

Rano psikus. Ssanie, przelanie gaźnika, kluczyk, kop i... nic. Drugi, trzeci, dziesiąty kop i ani gdaknie. Zmieniam świecę i kabel. Też nic. Zaglądam pod dekielek iskrownika. Mam cię. Krople wody jednoznacznie wskazują na przyczynę braku iskry. Jakoś się dostała, a może skondensowała się z powietrza? Do klienta mam 15 kilometrów. Miałem na to pół godziny. Teraz pozostało jeszcze tylko 10 minut. Krótki telefon. Na szczęście wiedzą, że śmigam Junakiem i traktują mnie z lekką taryfą ulgową. "Panie Lucjanie, będę za chwilę. Powiedzmy o 9:30". Załatwione. Iskrownik precz, z sakwy wyciągam zapasowy. Wtykam w przystawkę Seby, za pomocą kopniaka kręcę wałem, sprzęgiełko wskakuje na miejsce, dwie nakrętki, podłączenie kabla gaszącego, przewodu wysokiego napięcia i próba. Pali :-) 

Po spotkaniu ruszam w kierunku Myszaków. Franek zabronił mi wstępowania po drodze na obiad. Robię krótką przerwę w zakładzie wulkanizacyjnym. Sprężonym powietrzem osuszam zalany iskrownik. Iskra wróciła. Miło się gawędzi z młodymi chłopakami z warsztatu. W między czasie kolejna zamiana iskrowników. Zapalam od pierwszego kopa. Publiczność cmoka z uznaniem.

W trasie przy przekroczeniu 90km/h silnik lekko przerywa. Ki czort? Jeszcze zostało trochę wody? Byle do Franka. 220 kilometrów to raptem 3 godziny i jestem na miejscu. Obiad, opowieści rodzinne, zwierzęce, motocyklowe, deser, opowieści, kawka, opowieści... Czas ruszać do garażu. Mierzymy gaźnik Franka. Chciałbym dociec co sprawia, że jego Junak zadowala się 3,8 l/100 km. Po pomiarach czas na drobny serwis mojego iskrownika. Już go miałem w garści gdy zobaczyłem, że rano luzując kabel gaszenia przez pomyłkę odkręciłem kabel kondensatora. Poprawka, iskrownik wraca na miejsce. Jeszcze ustawienie zapłonu i żegnamy się.

Ten wieczór był suchy. Tym razem zmarzłem z prozaicznego powodu. Temperatura spadła do 2-3 stopni. 160 kilometrów z jednym tankowaniem przejechałem w równe 2 godziny. Napędzała mnie wizja ciepłych: prysznica, kawy i żonki :-)