jesienny prysznic

Kolejny wyjazd do pracy na Junaku. Tym razem na celowniku Słupsk. Piękne boczne drogi. Rypin, Brodnica, Kościerzyna, Bytów, Tuchola... Widoki też piękne tyle, że w znacznej mierze ograniczone przez szybko zapadające ciemności (to w obie strony) i deszcz w drodze powrotnej. Niby nie był silny, ale za to prawie przez całą drogę usiłował dobrać się do mnie. Gdyby ktoś spytał czy da radę wysiedzieć pod zimnym prysznicem przez 6-7 godzin uznałbym to za  rzecz zgoła nierealną. A tu proszę. Dało radę. Nowa kurtka przeciwdeszczowa (stara poddała się w trasie do Jastrzębia Zdroju), dwie pary spodni przeciwdeszczowych, ortalionowe osłony na rękawice i buty, do tego podwójna warstwa bielizny termicznej i można lecieć.

W powietrzu krople deszczu i aerozol rozpylony przez samochody. Ten aerozol jest najgorszy. Nie dość, że dokładnie zwilża wnikając w każdy zakamarek ubioru, to na dodatek osadza się na wewnętrznej stronie szyby kasku. Napisałem, że aerozol jest najgorszy? Źle napisałem. Naprawdę najgorsze podczas jazdy w deszczu i w nocy są nowoczesne światła aut. Normalna żarówka przełączona na "mijanie" nie oślepia. Intensywnie niebieskie światło razi i na dodatek odbite w tysiącach kropli na szybie uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek na odcinku 100 metrów. Na dodatek zauważyłem, że właściciele takich reflektorów statystycznie później zmieniają światła z drogowych na mijania. Gdy trafi się taki "zapominalski" odcinek jazdy bez widoczności podwaja się.

I jeszcze jedna obserwacja dość powszechnego zjawiska. Jeżdżę z prędkością 85-90km/h. Często doganiają mnie samochody jadące parę kilometrów na godzinę szybciej, by po wyprzedzeniu nieco zwolnić i ustawić się tuż przede mną. Nie muszę mówić, że wtedy podnoszona za autem chmura wodnego pyłu jest szczególnie nieprzyjemna. Pal licho jeżeli jest to osobówka. W tej trasie kilka razy robiły tak ciężarówki!!!

Na dodatek temperatura powietrza nie rozpieszczała. W efekcie musiałem dwa razy posiedzieć przez kwadrans na stacji paliw żeby nieco się rozgrzać. Dodatkowe ogrzewanie zapewnił mi motocykl. Nie, nie mam podgrzewanej kanapy lub manetek. Ogrzewanie realizowane jest poprzez wtłaczanie do krwi adrenaliny. Po pierwsze szwankuje nieco przełącznik świateł. Każda zmiana długie-krótkie to loteria. Albo się uda, albo światło całkiem znika. Po drugie woda musiała dostać się gdzieś w trzewia układu zapłonowego w efekcie czego przy większych prędkościach silnik przerywał. I tak grzejąc się czekoladą na gorąco i adrenaliną nie zamarzłem i szczęśliwie dotarłem do domu.

Takiego szczęścia nie mieli uczestnicy wypadku, którego efekty w postaci trzech rozbitych aut przez przypadek uwieczniły się na filmie. Ja stosuję się do ludowego porzekadła:

Помните, мой друг, не надо ездить быстрее, чем летает твой Ангел-Хранитель.