jesienna trasa

Wieczorkiem w poniedziałek 24 października poprzez otostronę dostałem taką wiadomość:

Temat: Brodnica
===============================================================
Witam kolegę!
No szkoda że mnie kolega nie odwiedził. Jestem z Brodnicy, a pochodzę z Bytowa. Tamte traski też czasem robię Junakiem. Miałem w tym roku śmignąć do Bytowa, ale nie wypaliło. Mam tam rodziców i dziadków. W razie czego zapraszam, a może i też bym się podłączył. Aktualnie jestem w posiadaniu M10 1962r po "lekkim" tuningu u Duella.  Na Youtube jest ten Junak 500. Mój adres: Brodnica........ telefon:....... Pozdrawiam, Michał

We wtorek okazało się, że muszę w najbliższy czwartek być w Gdańsku. Rano we środę nerwowy rzut oka na zaokienny termometr, w niebo i serwis meteo.pl Dobra nasza!!! Temperatura co prawda nie powala, ale uczciwe 6 stopni jest. Na niebie kilka niebieskich plamek, a nieocenione meteo.pl podpowiada, że deszczu ani śniegu nie należy się spodziewać. Słowem środek transportu wybrany. Para spodni, skarpet, gatki i koszula trafiają do nieprzemakalnej torby foliowej. W drugiej znajdują schronienie wyjściowe buty i saszetka z przyborami do mycia. Jestem gotów.

Po ostatnich przygodach z przeciekającym strojem przeciwdeszczowym postanowiłem odświeżyć garderobę. W ubiegłym tygodniu kupiłem kurtkę. Sprawdziła się już w pierwszej trasie i liczę, że przez jakiś czas będę miał z niej pożytek. Zamówiłem też spodnie. Szukając natchnienia kombinowałem jaka grupa użytkowników sprawdza najlepiej w codziennym użyciu odporność ciuchów na wodę i wiatr. To jasne, ci którzy mają wiatru i wody pod dostatkiem - marynarze. A pośród nich którzy? Ci z marynarki wojennej. A która marynarka wojenna ma najdłuższą tradycję? Brytyjska. No i wybrałem za stówkę spodnie z demobilu Royal Navy :-) Wykonane z tkaniny typu Gore-Tex, proste i na pierwszy rzut oka solidne. Przyszły akurat we środę. "Just in time" jak mawiają Anglicy.

Jeszcze szybki poranny przegląd motocykla. Olej jest. Może nie za wiele, ale dobre 4 centymetry bagnetu unurzane. Gdybym miał pod ręką to można byłoby dolać. Kupi się po drodze. Łańcuch jest. Jest ale wyciągnięty. Niedoszły zięć Krzycha mówi w takiej sytuacji "wisi jak majtki na ...... ", no mniejsza o to na kim. Serwisówka mówi o sprawdzaniu co 500 km, a ja robiłem to dobrych 1500 km temu. Kilka minut i łańcuszek prezentuje się godnie.

Można jechać. Zaraz, stop!!! Przecież trasa do Gdańska może wieść przez Brodnicę. Dzwonię do Michała.
P: Cześć, kontakt do Ciebie mam poprzez otostronę. Tak się składa, że późnym popołudniem będę jechał przez Brodnicę.
M: Witaj, wpadnij koniecznie. O której będziesz?
P: Myślę, że koło 18.
M: Fajnie, no to nie ma co przedłużać. Wpadnij na herbatę to pogadamy.
P: Do miłego zobaczenia :-)

Junaki łączą. Tak się nawiązuje kontakty :-)

Z pracy startuję ok 13. Po drodze chcę odwiedzić Krzycha. Kranik, ssanie, kluczyk, kop... i nic. Drugi, trzeci, dwudziesty kop... i nic. Co jest Jasiu? Rzuciłeś palenie? A może to ostatnie eksperymenty z gaźnikiem? Kilka wymienionych elementów i nie do końca dobrane dysze, iglica, przepustnica... Czeka mnie dobór dyszy. Teraz muszę jeździć na częściowo opuszczonym ssaniu. BUUUM, strzał w tłumik. Jeszcze jeden kop i zapalił.

U Krzycha nie wytrzymałem. Trzeba sprawdzić zapłon. Przestawił się. Zamiast kilkunastu stopni przed górnym położeniem tłoka, jest kilkanaście stopni za. To by wyjaśniało problemy z odpalaniem. Ale jak wyjaśnić takie przestawienie? Jedyne wytłumaczenie to obrót magnesów względem osi wirnika iskrownika. To się sprawdzi kiedy indziej. Teraz wkładam zapasowy iskrownik. Ustawienie zapłonu. Paliwo, kluczyk i pali od pierwszego kopnięcia. Zrobiła się 15:30. Do Brodnicy 180 km. Trzeba gnać. Na budziku cały czas 90 km/h. Ze względu na gaźnik oprócz operowania gazem trzeba myśleć i o ssaniu. Zatem o nudzie nie ma mowy. Zaraz za Warszawą usłyszałem lekki metaliczny brzęk. W Siepcu podczas tankowania okazało się, że zgubiłem dekielek iskrownika. Musiałem niezbyt dokładnie docisnąć go podczas ustawiana zapłonu. Trudno. Z sakwy wyciągam drugi i przekładam dekielek. Jeszcze zakup oleju i szybka dolewka. I tak straciłem kilkanaście kolejnych minut.

W Brodnicy zameldowałem się o 18:55. Stoję pod bramą i rozpinam kolejne warstwy odzieży żeby dobrać się do telefonu. Nie zdążyłem. Podchodzi do mnie uśmiechnięty... któżby inny jak nie Michał. Po chwili Junak stoi zaparkowany w jasnym i ciepłym garaży wśród lśniących sprzętów gospodarza. "Chodź na herbatę." "Zaraz, zaraz, nie teraz. Pokaż co tu masz!"  Junak 500'tka z silnikiem w którym maczał palce Duell. W studni altek z Osiecka. Oprócz tego wszystko wygląda na silny oryginał. Suchaelka w stanie lepszym niż wychodziły z fabryki. W kącie rozpoczęty projekt rajdowego Junaka. W sąsiednim garażu rusek z koszem z silnikiem BMW. Zaprzęg rodzinny. Michał ma żonę, która popiera jego motocyklowe pasje i dwie córeczki. Wszyscy mieszczą się w tym zaprzęgu. Żoneczki można koledze pozazdrościć. Jak to mówią, nie dość, że ładna (nie tylko mówią) to jeszcze mądra :-)

Cudne to wszystko. Michał opowiada o 3 miesięcznych bojach z gaźnikiem Mikuni. Walczył dzielnie sprowadzając z Anglii kolejne dysze i iglice. Podpiłował przepustnicę, zmieniał co się dało i w efekcie można powiedzieć, że jest jednym z lepiej wykształconych znawców połączenia Mikuni i Junaka w wersji 500 ccm. Jak to chodzi zobaczymy niebawem.

Idziemy na herbatę. Opowieści, opowieści... zrobiła się dziewiąta wieczorem. Do Gdańska jeszcze 180 kilometrów. Czas się zbierać.

u Michała w Brodnicy

Michał odprowadził mnie kawałek w kierunku Grudziądza. Przez część drogi jechałem pierwszy swoim tempem czyli ok 90 km/h. W pewnej chwili usłyszałem miarowe dudnienie i obok przemknął Michałowy Junak nie pozostawiając cienia wątpliwości kto tu rządzi :-) Po chwili stanęliśmy w mijanej wiosce, uścisnęliśmy dłonie i każdy pognał w swoją stronę.

u Michała w Brodnicy

W Grudziądzu krótki postój. Wciągam dodatkowe rękawice chroniące od wiatru. W Gdańsku melduję się przed północą.

Nazajutrz po pracy odpalam w drogę powrotną. Tym razem wybrałem trasę przez Malbork i Iławę, a potem wojewódzkimi i powiatowymi drogami prosto na Płońsk. W środku niczego staję pod sklepem. Wokół Junaka robi się małe zbiegowisko. Ile pali? Ile wyciąga? Ile ma lat? Ile kosztuje? Ile mam do domu? Chwilę odpowiadam na pytania po czym wskakuję do ciepłego wnętrza sklepu. Teraz dopiero można poznać, że na dworze jest naprawdę rześko. Po kilku minutach wracam do motocykla z bułką, pojemniczkiem śmietany i kawałkiem kiełbasy. Jeden z lokalesów kiwa na mnie i woła "Choć pan pod mur, tu nie wieje." Przesuwa się nieco robiąc mi miejsce przy parapecie. On dopił piwo, ja dojadłem bułkę ze śmietaną i staliśmy jeszcze dobry kwadrans gaworząc o motocyklach. Takie klimaty to sam smak motocyklizmu.

Do domu pozostało nieco ponad 100 kilometrów. Boczne drogi, pola, lasy, zakręty, zakręty, zakręty... szkoda, że ciemno i niewiele widać, ale i tak frajda z jazdy niesamowita. Już Płońsk, dwupasmówka, Łomianki, oświetlona Warszawa i jestem u siebie. Jeszcze wizyta na CPN'ie. Od Malborka, gdzie tankowałem, przejechałem równo 300 km (no bez dwóch). Do baku wlazło 11,9 l paliwa. Toż to spalanie nieco poniżej 4 l/100 km. Przy jeździe non stop na ssaniu i prędkości 90 km/h. Muszę koniecznie jeszcze popracować nad gaźnikiem, ale widać że jest szansa na doprowadzenie go do niezłego stanu. Ale to wszystko w długie jesienne wieczory. Teraz czas na gorący prysznic.