szybkie składanie i docieranie

Po grudniowym padzie wału w połowie stycznia odebrałem od Jacka z Osiecka zregenerowany wał. Jacek przyłożył się i dopracował go tak, aby posłużył jak najdłużej. Nowe czopy, bicie w granicach setki, łożysko korby w koszyczku (produkcja Jacka), tulejka główki honowana, słowem najwyższe standardy.



Jednej soboty udało mi się wygospodarować parę godzin i zamknąć wał w karterach plus wsadzić w nie skrzynię biegów. W kolejną sobotę kartery przyozdobiłem nowym cylindrem (komplet cylinder/tłok z Almotu, tłok mój ulubiony AK 12) i głowicą. Przy okazji chciałem wypróbować malowanie tłoka rozpuszczoną plasteliną. Po co plastelina każdy wie (kontrola czy tłok nie wchodzi w kolizję z głowicą i zaworami). Ale po co rozpuszczać i malować? Pomyślałem, że takim sposobem uzyskam równą i cienką warstwę. I uzyskałem, tyle, że na palcu, bo wrząca plastelina wylała się niespodziewanie przy nieostrożnym ruchu. Usiłowałem ratować palec, ale nijak nie mogłem zetrzeć palącego okładu :-(  Rozpuszczona plastelina zmieniła kolor z różowego na szarobury, natomiast mój palec zyskał kolor różowy. Potem pojawił się ogromny bąbel, co zinterpretowałem jako oparzenia drugiego stopnia.

Swoją drogą stwierdzić muszę, że plasteliny to Panie kiedyś były inne. Może ich kolory nie były tak żywe, ale topiły się łatwiej i nie traciły przy tym koloru. Lata temu, w głębokiej podstawówce, przeprowadzałem eksperyment z czerwona plasteliną. Rozpuszczałem ją w puszce na kuchence gazowej. Dobrze szło do momentu kiedy nie zaczęła wrzeć. Wrząc zachowała czerwony kolor. Pary zawartego w niej rozpuszczalnika zapaliły się. To samo w sobie nie byłoby takie złe, ale paląc się wydzielały wielkie ilości sadzy. Kuchenkę upaćkaną czerwonymi plastelinowymi plamami udało mi się doprowadzić do porządku, ale sadzy pokrywającej ściany i sufit nie dało się wyczyścić. Na koniec musiałem mężnie przyjąć na tylną część tułowia kilka "muśnięć" gumą służącą zazwyczaj do zasilania w wodę pralki Frani.

Tydzień temu kolejne 3 godziny w garażu. Syn pomógł mi dźwignąć silnik i wsadzić go w ramę. Potem szybkie składanie i pierwsza jazda. Dokąd? Oczywiście na Księżyc. Lekki mróz, ale jezdnia sucha. Tylko na samym Księżycu ostatnie metry po żywym lodzie. W niedzielę słoneczna pogoda się utrzymała więc zarządzam kolejną turę docierania. Lecę na Księżyc, a potem na działkę w okolicach zalewu. Łącznie w ten weekend przejechałem 175 km. Wszystko działa jak należy. Niestety kolejne dni przyniosły zmianę pogody. Drogi śliskie. W między czasie dostaliśmy z Krzychem wiadomość, że motocykle do transportu na Kubę musimy dostarczyć do 12 lutego. Słowem 175 km docierania musi wystarczyć. Zmieniłem olej, przetarłem mokrą szmatą karoserię i uznałem, że Junak jest gotów na spotkanie z Kubą.

remont skończony