dzień 0: Kuba

Kto lubi długo czekać na lotnisku? Krzycha łapa w górę. Kto woli dłużej pospać i wpaść na lotnisko "just in time"? Rękę podnoszę ja. Ponieważ w zakresie nawigacji Krzych zdał się na mnie więc tak kalkuluję czas, żeby na całą operację przeznaczyć półtorej godziny. Po śniadaniu Anka podrzuca nas na stację metra. Godzina z małym hakiem i jesteśmy na lotnisku. Podczas odprawy znowu wypłynęła kwestia wiz kanadyjskich. Tak jak na Okęciu zażądano od nas wydruku maila. Twardo stoję na stanowisku, że w systemie była informacja o braku konieczności marnowania papieru. No to proszę pokazać mail. A czy widziała Pani kiedykolwiek, żeby mail dał się pokazać na takim telefonie jak mój? Uważam, że nie jest zły. Dałem za niego 70 złotych w supermarkecie. Dzwoni, pozwala wysłać SMS i ma nawet kalkulator. Ale mail? Tego za siedem dych nie da się osiągnąć. Po pół godzinie i wykonaniu kilku telefonów opór wizowy został skruszony.

Z założonego limitu czasu została godzina. Luzik :-) Teraz odwiedziny u sprawdzaczy bagażu. Ustawiamy się w kolejce za grupką dzieciaków. To był błąd. Każdy z nich popełnił jakiś grzech przy pakowaniu i w efekcie bagaż każdego musiał być rozbebeszany ręcznie. Zeszło na tym dobre pół godziny. Czas płynie nieubłaganie. Kolej na mnie. Uff, nawet butów nie kazali ściągać i jestem po drugiej stronie. Teraz Krzych. Buty precz. Pasek też. Torba do skanera. Coś przyciąga uwagę kontrolerów. To pasta do zębów wrzucona luzem do kosmetyczki. Powinna tkwić w plastikowej torebce. I tkwiła jeszcze wczoraj. Jednak Krzycha zdaniem uwłaczało to ludzkiej godności i po porannej toalecie zrezygnował z folii. Kolejne 10 minut. Gdy obaj znaleźliśmy się po drugiej stronie strefy kontroli do godziny odlotu pozostało 10 minut.

Która bramka? Wielka tablica. Wzrok nerwowo skacze po kolejnych wierszach. Jest!!! Gdzie to jest? Tam!!! Nad drogowskazem informacja: czas dojścia 15 minut. Ile mamy? Osiem :-( Pędzimy. Tupot ciężkich butów na ruchomych schodach i chodnikach. Przy którymś z nich dwuosobowa grupka kibiców. "Pasengers from LOT? To Toronto?" W biegu kiwamy głowami. "Left, then right!!! RUN!!! RUN!!! RUN!!!" Z takim dopingiem to rozumiem. Tempo wzrasta. Mimo dobrego czasu metę w drzwiach samolotu mijamy jako ostatni.

Po chwili drzwi się zamykają. Do naszych foteli podchodzi stewardesa. Będzie awantura? Nie, to dedykowany instruktaż dla pasażerów siedzących przy drzwiach awaryjnych. "Do You speak English?" Na co wesołek Krzych odpala "No!!!". Kopnięty w kostkę poprawia się "Yes". Pani zaczyna swoją kwestię. To wyrwać, tu pociągnąć, drzwi wyszarpać i wywalić na zewnątrz. Naraz jadowitym wzrokiem świdruje Krzycha "Repeat please". Wiem, że jeżeli któryś z pasażerów miałby to zrobić samodzielnie byłby to Krzych, ale wiedzieć, a opowiedzieć o tym kwieciście w języku Szekspira to dwie sprawy. Pani nie zna technicznych zdolności Krzycha. Przesadza wiec go gdzieś do tyłu, a na jego miejsce typuje jakiegoś Holendra. Krzych w ostatnim odruchu obronnym proponuje, że gotów jest natychmiast otworzyć te cholerne drzwi. Na szczęście oświadcza to po polsku, a ja na wszelki wypadek pochylam się tak, żeby nie mógł wprowadzić groźby w czyn, więc wszystko kończy się pokojowo.

lot

Drobnych siedem godzin z haczykiem i lądujemy w Toronto.

Kontrola paszportowa przeszła śpiewająco. Tu wiedzą o elektronicznych wizach, a system bez pudła nas rozpoznaje. Mamy dwie godziny. Wędrujemy z godnością do hali przylotów i czekamy na bagaż. Moja torba pojawia się jako jedna z pierwszych. Potem stosy mniej lub bardziej połamanych waliz i walizek. Karuzela staje. Krzycha torby brak. Wędrujemy do reklamacji. Polecają iść do stanowiska przewoźnika. Krzych biadoli, czas płynie, moja torba ciągnie mnie do ziemi, atmosfera gęstnieje. Przedstawiciel Air Canada szpera w komputerze i zapewnia, że torba powędrowała prosto do Hawany. Pani na Okęciu wyraźnie mówiła, że to nie jest możliwe. Komu wierzyć? Co będzie to będzie. Idziemy do kontroli bezpieczeństwa. W całym zamieszaniu udałem się tam z moją torbą. Kilka nerwowych zdań posłyszała pani z obsługi. "A dokąd lecicie?" Polacy są wszędzie. "Krystyna zaprowadź Pana do odprawy". Dzięki obu paniom sprawnie pozbyłem się torby i znowu po krótkim sprincie jako jedni z ostatnich zasiadamy w fotelach. Ostatnia prosta.

W Hawanie na karuzeli z bagażami pojawiła się tylko torba Krzycha. Mojej brak. Gdyby nie śpiwór właściwie dałoby się bez niej obejść. Cóż zrobić, idę do reklamacji. Zamiast torby mam kwit.

Przy wejściu do terminala długa kolejka. To do wymiany walut. Wymieniamy po 300 EUR na tutejszą walutę wymienialną CUC po kursie omal 1:1. Do tego Krzych zmienia dodatkowych 100 EUR. To dla Yamili. Członkowie forum SFM oprócz walizki części przekazali też gotówkę.

Jeszcze tylko znalezienie taksówki, a właściwie wybór spośród kilku opcji. Za kurs do centrum wołali 40, 35, 30 i 25 CUC'ów. Niżej nie było. Zalicytowaliśmy 25 i udało się nam sprawnie dotrzeć do zarezerwowanego lokum. Spoceni z emocji i gorąca nie zauważyliśmy nawet, że okolica i sama kamienica wyglądały jak wyjęte żywcem z najbardziej ekstremalnych rejonów Pragi Północ i to z czasów zanim dotarła tam elementarna cywilizacja.

Starałem się pozbierać myśli leżąc na łóżku, a Krzych powędrował do łazienki. Naraz dał się słyszeć jego stłumiony drzwiami krzyk. Co się stało? Okazało się, że dziabnął go prąd. Na szczęście na Kubie napięcie w gniazdkach to tylko 110 V, ale zawsze popieścić może. Prysznic to kawał rurki stalowej zakończonej ogrzewaczem przepływowym w formie gruszki. Kable stanowiące zasilanie tegoż podgrzewacza kubański monter owinął taśmą wokół rurki. Woda sikała dookoła zraszając obficie kabelki. Krzych sięgnął do metalowego zaworu chcąc przykręcić wodę i wtedy prąd postanowił ominąć podgrzewacz (w nim musiały być jakieś druty oporowe) i powędrować bezpośrednio po lśniącej od wilgoci skórze Krzycha. No i stąd te tajemnicze krzyki.

prysznic

Nauczony doświadczeniem dotykałem zaworu poprzez suchą zasłonkę.

Idziemy spać. Emocje nie dają zasnąć - jutro odbiór motocykli i pierwsze kilometry. Zmęczenie jednak bierze górę.

<< dzień -1  dzień 1 >>