dzień 2: w drodze na Hel

Różni są ludzie, jedni lubią spać przy włączonym telewizorze, innym to nie przeszkadza, a są i tacy którzy usnąć przy nim nie mogą. Ja należę do tych ostatnich, Krzych do środkowych, a Yami i Octawio są przedstawicielami pierwszej grupy. Na dodatek musicie wiedzieć, że nocny program TVC (zakładam, że tak może się nazywać tutejsza telewizja) składa się niemal w 100% z radosnej kubańskiej muzyki. Dopiero od piątej przeplatana jest jakąś publicystyką. Dom naszych gospodarzy, jak i pozostałe w sąsiedztwie przypomina nieco nasze domki kempingowe. Cienkie ścianki nie tłumią dźwięku. Mimo zmęczenia zmianą czasu,  upałem i przygodami z poprzednich dni wydawało mi się, że nie zmrużyłem oka. Za to Krzych kimał jak nowo narodzony osesek.

Około 5:30 nie wytrzymałem i wylazłem ze śpiwora. Do wschodu słońca pozostało jeszcze około dwóch godzin. To akurat tyle, żeby na spokojnie zająć się oporną wajchą zmiany biegów w Junaku gospodarzy. Lewa kapa precz, iglak w rękę i delikatnie mikron po mikronie "honuję" tulejkę współpracująca z osią zmiany biegów. Co jakiś czas przymiarka. Jeszcze troszkę. Przymiarka. Jeszcze ciut. Teraz oś obraca się swobodnie, ale bez luzu promieniowego. Montuję kapę. Ośka pewnikiem nie jest w osi tulei bo w komplecie nieco rychsztosuje :-) Kapa precz i poszerzam otwór o parę mikronów. Montaż i tym razem wszystko gra. Pod koniec operacji obudził się Octawio i pomknął do kuchni przyrządzić kawę. Pisałem co to za kawa? Pisałem, oleista i diabelnie mocarna. Akurat na rozbudzenie po ciężkiej nocy.

honowanie

Wiem, nie zaczyna się zdania od "A". Ale jak inaczej zacząć takie zdanie? A, przypomniało mi się jak to wczoraj najadłem się wstydu. A było tak. W drodze na lotnisko GPS wywiódł nas na manowce. Chciał chyba żebyśmy dojechali do terminala przecinając pas startowy. Zatrzymałem się przy szlabanie i kombinowałem którędy musimy jechać. Po dojściu do porozumienia z naszym krotochwilnym pomocnikiem chciałem odpalić silnik. Kilkunastokrotne próby spełzły na niczym. Moim wysiłkom przyglądał się Murzyn pilnujący szlabanu. A może należałoby powiedzieć afrokubańczyk? Jak zwał, tak zwał grunt, że czarno widział moje starania. Podszedł, przeprosił i po czterech kopnięciach silnik zagadał. Czarna magia jak nic :-) Wstyd, ale Krzych przyrzekł, że nikomu nie powie.

No dobra, wracam do dnia dzisiejszego. Yami przygotowała śniadanie - owoce, sok z owoców, po kawałku bułki i jakiejś parówki, do tego kawa made by Octawio i kawa z mlekiem by Yami. W trakcie śniadania przypomniało mi się, że warto byłoby mieć nieco miejscowej waluty. I tu kolejny powód do wstydu. Bez zastanowienia zapytałem Yamili, czy jeżeli wymienimy 20 CUC to starczy nam na kilka dni na zakup wody i pieczywa. Ludzie, 20 CUC to omal miesięczna wypłata, a ten matoł się pyta czy wystarczy. Tego oczywiście nie powiedziała, ale omal wyczytałem to z jej oczu.

Po śniadaniu poszliśmy z Octawio do banku i stałem się szczęśliwym posiadaczem około 500 CUP. Ponieważ spakowałem się już przed wyjściem zaraz po powrocie zaczęliśmy się żegnać. Yami pochlipywała, Octawio jakoś tak pomrukiwał, wszyscy nie kryliśmy wzruszenia. Obiecaliśmy, że przed odlotem postaramy się jeszcze wpaść.

Odpalamy i kierujemy się w nieznane. Na początek lecimy na zachód. Kilkadziesiąt kilometrów od Hawany leży miasto Mariel, a w nim siedziba dawnej akademii marynarki. Pod jej charakterystycznym budynkiem w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zrobiono fotkę kilku Junaków. Chcemy powtórzyć to ujęcie. Niestety budynek znajduje się na terenie wojskowym. Mimo że strażnicy nie wyglądają szczególnie bojowo nie udaje się ich przekonać do naszego fotoreporterskiego pomysłu. Pokazują na migi, że za tym płotem mogą przebywać tylko umundurowani. Krzych podejmuje próbę negocjacji pokazując, że na chwilę możemy zamienić się na kurtki i w ten sposób jako umundurowani zgodnie z przepisami byśmy mogli dostać się do zakazanej strefy. Ten pomysł nie spotkał się z aprobatą, choć muszę przyznać, że wzbudził ogólną wesołość.

Cóż robić, ruszamy dalej. Krzych tak gwałtownie przyłożył się do motocykla, że urwał obcas. Wsadziwszy go w kieszeń kopnął jeszcze raz i drugi w starter i w końcu Junaczysko odpaliło. Ja potoczyłem się z górki i w ten sposób uruchomiłem silnik. W panującym cały dzień upale ciężko się odpalało. Po dwóch dniach doszliśmy jednak do wprawy. Krzycha silnik wymagał obfitego przelania, mój natomiast startował przy maksymalnie otwartej przepustnicy. Różni są ludzie i różne są motocykle.

Na poniższej fotce widać, że jeszcze nie dysponowałem wiedzą jak radzić sobie z upałem. Silnik zgasł, a ja szukam mechanicznych przyczyn kłopotów z uruchamianiem.

paliwo?

Na dziś zaplanowaliśmy dotarcie do zachodniego krańca wyspy. To około 300 km. W połowie drogi zaczynają się wzgórza. Jest tu po prostu pięknie. Wąska szosa wije się wśród pagórków, to schodzi w dół, to wspina się. Dookoła zagajniki palmowe i niskie iglaste drzewa. W ich cieniu małe domki, czy też raczej chatki. Przed każdą z nich dwa bujane fotele. Przed większością pokryte intensywnie czerwonymi kwiatami krzaki. Do tego ciemnoczerwona gleba, błękitne niebo, zieleń roślinności porastającej wysokie góry zamykające horyzont... nie ma lepiej.

Ten szczęśliwy motocyklista podziwia góry w parku narodowym Vinales. Wjechaliśmy kawałek w boczną szutrową drogę. Szkoda, że nie mamy kilku dni w zapasie. Tu można byłoby myszkować z tydzień. 

góry

Do tej pory jechałem z otwartą z zachwytu gębą :-) Co prawda przez to na nierównościach szosy kłapałem szczęką, ale sama otwierała się z zachwytu. Teraz jednak po wjechaniu z czerwonej szosy (zaznaczona na czerwono na mapie) w żółtą musiałem zacisnąć szczęki, żeby nie pogubić plomb i nie przygryźć języka. Droga zaczęła przypominać powierzchnię połączonych planet - Księżyca i Marsa. Marsa ze względu na kolor pobocza i tych fragmentów drogi, z których asfalt złuszczył się jak nie przymierzając skóra z turystów wylegujących się na plaży w Varadero, Księżyca ze względu na kratery w nawierzchni. Niektóre omal dorównywały rozmiarom kraterowi Ciołkowskiego.

Leciałem przodem, a rozsądniejszy Krzych wlókł się gdzieś z tyłu. Czasami nawet udawało się przejechać ze 200 metrów bez wpadania w dziurę.

Około 15:30 dojechaliśmy do wioski Santa Lucia i skręciliśmy ku wybrzeżu celując w wyspę/półwysep Cayo Jutias (czytaj kajo huti'jas). Wybrałem to miejsce na czuja patrząc na mapę. Jak się okazało jest ono dość słynne w okolicy. Tu przedpotopowe auta służące za taksówki dowożą turystów z Vinales. Jednak na szczęście stan nawierzchni mocno ogranicza ten ruch. Poza tym dotarliśmy na miejsce około 16 gdy już większość plażowiczów ruszała do miasta.

Niestety zdjęć w trakcie jazdy nie robiliśmy. Może uda się pokazać co nieco na filmie. Słowa nie oddadzą tego co widzieliśmy. Kilometr jedzie się groblą usypaną przez zatokę. Woda ma kolor... widziałem, a nie potrafię opisać. Potem pas drzew, piasek i znowu ta woda. Raj? Szczególnie odczuwa się to pokonaniu trudności podróży.

Cayo Jutias

No i traf chciał, że wbiliśmy się najpierw w najdzikszy i ustronny fragment, gdzie zwabiona ciszą i spokojem opalała się dziewczyna ściągająca nasz iskrzący wzrok niczym piorunochron Franklina (*)

Cayo Jutias

(*) Piorunochron. Urządzenie chroniące budynki przed uderzeniem pioruna, przez odprowadzenie do ziemi prądu wyładowania o natężeniu rzędu kilkunastu tysięcy amperów. Najprostszy piorunochron to zaostrzony metalowy pręt, ustawiony pionowo w najwyższym punkcie zabezpieczanego obiektu, połączony z ziemią przewodem o znacznym przekroju poprzecznym, (co najmniej 50 mm kwadratowych). W wyniku swych badań nad elektrycznością atmosferyczną w latach 1746-1752 i stwierdzenia elektrycznej natury pioruna, Benjamin Franklin zaczął instalować w Filadelfii pierwsze piorunochrony własnego pomysłu w czerwcu lub lipcu 1752 roku, a we wrześniu wyposażył w piorunochron własny dom.

Początkowo nie wszyscy darzyli piorunochrony zaufaniem. W przeciwieństwie do Franklina, niektórzy uczeni byli za tępym zakończeniem piorunochrona. Po wyzwoleniu się kolonii amerykańskich, niechętny Franklinowi król angielski Jerzy III usiłował skłonić Royal Society do zajęcia takiego stanowiska. Wówczas prezes Towarzystwa, J. Pringle dał mu słynną odpowiedź: "Sir, nie potrafię zmieniać praw ani zjawisk natury".

Myśmy też nie potrafili i gapiliśmy się na ostre zakończenia dwóch kształtnych piorunochronów, zdecydowanie skuteczniejszych od tępo zakończonych :-)

No dość dygresji naukowych. Wracam do tematu. Na plaży spotkaliśmy dwie załogi motocykli z "naszej" grupy. Jeden motonita wzbudził nasz podziw. Od wielu lat spędza w trasie 150 dni w roku. Pokonał 780.000 km na motocyklach. Właśnie w tym czasie jego motocykl płynął do domu z Peru, a na drugim śmigał po Kubie. Nie muszę dodawać, że na jego przyjemności pracuje w tym czasie spora grupa ludzi. Pomarzyć dobra rzecz.

Najpierw kąpiel, a potem w ramach odpoczynku odpaliliśmy breżniewkę i przygotowaliśmy obiadek z liofilizowanej wołowiny z puree ziemniaczanym. Następnie wyciągnąłem śpiworek i uciąłem sobie krótką drzemkę. Taki radykalny styl uprawiania turystyki zrobił wrażenie na naszych nowopoznanych znajomych.

Cayo Jutias

Cayo Jutias

Nie ma lepiej :-)

Czas się zbierać. Ruszamy dobrze po siedemnastej. Znowu slalom pomiędzy kraterami i muldami. W czasie takiej jazdy nieźle widać, że mózg ma ograniczoną zdolność przetwarzania informacji. Przy 30 km/h dawał radę zaplanować trasę pomiędzy 10 dziurami. Przy 40 km/h liczba ta spadała do 5. Jeżeli po ostatniej był kawałek w miarę gładki wszystko szło ok. Jeżeli była jeszcze jedna dziura to prawie na pewno wpadało się do niej. Przednie, a po ułamku sekundy tylne zawieszenie zgrzytało sprężynami i stukało dochodząc do maksymalnego ugięcia. Szybkie stanięcie na podnóżkach i amortyzacja ciałem nieco poprawiała sytuację. I tak przez kolejnych 50 kilometrów.

Potem nawierzchnia nieco się poprawiła. Jednak ostatnie 15 km to powtórka z rozrywki. Dodatkową atrakcją były ciemności, które na tej szerokości geograficznej zapadają omal bez fazy zmierzchu i to dość wcześnie bo przed 20. 

Krzych zostawał coraz bardziej z tyłu i musiałem coraz dłużej na niego czekać. Jak się potem okazało przepalił mu się bezpiecznik i światła miał tylko z dynama. Świeciły wystarczająco jasno przy wysokich obrotach. Musiał więc jechać na dwójce. Stąd pozostawał w tyle.

W końcu droga skończyła się. Z lewej, prawej i z przodu w blasku gwiazd (Księżyc akurat odpoczywał będąc w nowiu) zobaczyliśmy wodę. Wjechaliśmy na wąziutki cypel przypominający miniaturowy Hel. Od najbliższych siedzib ludzkich było tak daleko, że nawet ostrożny Krzych dał się namówić na rozbicie biwaku (duże słowo rozbicie - folia, na to mata i śpiwór, ot i wszystko) bez ukrywania się w krzakach.

Delikatny szum fal otaczających nas z trzech stron... niech telewizor usypia innych, ja wolę taką kołysankę.

<< dzień 1  dzień 3 >>