dzień 4: mojito w pałacu barona

Rano pobudka przed świtem. Nie musicie nas żałować, przed świtem czyli nieco po szóstej. Jak się chodzi spać przed dziewiątą szósta to późna pora na wstawanie. Rozpalamy breżniewkę i robimy herbatę. Przydała się, bo w nocy było dość chłodno. Wydawałoby się, że w tych szerokościach geograficznych powinno być upalnie nawet w nocy. Nic z tych rzeczy. Noce bywały rześkie. Dziś temperatura musiała spaść do małych kilkunastu stopni. Cienki śpiwór nie wystarczył i musiałem sięgnąć po długi rękaw, skarpety i jeszcze przykryłem się kurtką. Chłodna noc to nic złego, dzięki temu po przykryciu się można dobrze wypocząć. Od upału nie ma ucieczki.

plaża szefa szefów

Jeszcze tylko poranna toaleta i można się zbierać. Krzych postanowił kultywować zwyczaj z poprzednich wypraw i nie goli się. Ciekawe jak go rozpozna system elektronicznej odprawy paszportowej w UK? Ja oszczędzając słodką wodę podejmuję próbę ogolenia się za pomocą słonej. Jakoś to idzie tyle, że zmycie z twarzy kremu do golenia wymaga nie lada cierpliwości.

plaża szefa szefów

Szef wszystkich szefów nie pojawił się. Wydaje się, że wczorajsza wieczorna wizyta miała na celu sprawdzenie czy bezpiecznie biwakujemy. Rybki przywiózł jako alibi :-)

Graty na bagażnik i w drogę. Dziś planujemy dociągnąć do Trinidadu. To dobrze ponad 400 kilometrów, co w tutejszych warunkach przekłada się na blisko dziesięć godzin. Część trasy biegnie autostradą (coś około 80 km). Do tego część (~100 km) po drogach zaznaczonych na mapie na czerwono. To prawdopodobnie pozwoli zaoszczędzić nieco czasu. Liczymy, że dotrzemy do celu przed zmierzchem.

A, znowu coś mi się przypomniało. Też będzie o zwierzętach. Tym razem o krowach. Stały na środku "łąk". O drzewach na jesieni mówi się bezlistne. Jak określić łąkę bez trawy? Stały te krowiny na beztrawnej łące i wyglądały jak antylopy gnu. Tak jak one miały ciemne pionowe pasy. Od czego? Ano tak jak u konia przypominającego zebrę ich wystające żebra rzucały cienie na boki. Chudziny, pewnie też im się nie chciało jeść. A komu by się chciało jeść w taki upał? Tym bardziej, że nie bardzo miałyby czym popić, no i nie bardzo było czym zakąsić.

Przed startem szybka kalkulacja. Od tankowania przejechaliśmy 300 km. Przez ostatnich 100 km nie było pompy.  Do najbliższej miejscowości, w której być może będzie paliwo mamy ok. 30 km. Gdyby nie udało się tam zatankować kolejna większa mieścina to kolejne 60 km czyli w granicach maksymalnego zasięgu. Trudno, będziemy się martwić gdy zabraknie.

Opuszczamy gościnną Playa del Cajio. Do oficjalnej drogi powinniśmy pojechać ok. 5 km prostopadłe do wybrzeża, a potem skręcić w prawo kierując się na wschód. Jednak tuż za wioską pojawia się nowo budowana droga wiodąca na wschód. Skręcam. Krzych nie protestuje i jedzie za mną. 10 km szutru, ale w miarę równego, bo jeszcze nic go nie zdążyło zniszczyć. Po obu stronach drogi bagna. Co kilkaset metrów poprzeczny garb kryjący przepust wody. Przy tych przepustach siedziały całe stada sępów. Na kogo czekały? Po 10 km skończył się szuter i zaczęła w miarę szeroka i rozjeżdżona droga polna. Tyż piknie :-) Co jakiś czas oglądam się czy Krzych nie protestuje. Jakoś nie. Jedzie. Naraz droga zwęziła się znacznie i w pewnym miejscu trzeba było pokonać kilkunastometrowej szerokości kałużę. Na jej brzegu kibicowało kilkanaście sępów. I w tym momencie Krzych zaprotestował. W moje uspokajające zapewnienie, że do najbliższego asfaltu mamy raptem 2 km nie uwierzył. Zażądał dowodów. Niestety nasz pomocnik i przewodnik czyli GPS potwierdził obawy Krzycha. Nie 2, a 20 km. Zawracamy. Do napiętego bilansu pozostałego w bakach paliwa i przebytej drogi dołożyliśmy na darmo 15 kilometrów i musieliśmy wrócić po śladach.

Dobrze, że nie przebijaliśmy się wzdłuż wybrzeża. Jadąc doń równolegle zobaczyliśmy, że pomiędzy szosą a brzegiem morza  rozpościera się poligon. Jak nic wbilibyśmy się na jego tyły i nie wiadomo czym by to się skończyło. A mieli tu groźną broń w postaci kilku tankietek. Nie znam się na uzbrojeniu, ale wyglądały na modele z okresu pierwszej wojny. Niemniej lufy miały i kręciło się wokół nich kilkunastu wojaków.

Wczoraj jechaliśmy przez niekończące się plantacje bananów, dziś mijamy pola trzciny cukrowej. Ech egzotyka. Pomiędzy polami trzciny przyschnięte gaje palmowe i stojące samotnie baobaby. W każdym razie tak wyglądały. W ich cieniu kryły się krowy z tych co to nie jadają ze względu na upał.

Szczęśliwie udało się dotrzeć do Batabano gdzie liczyliśmy na tankowanie. Pierwsza pompa tylko z dieslem. Na wypowiedziane pytającym głosem "gasoline?" pompiarz wskazał palcem prosto, po czym powiódł nim w prawo i w lewo. Jaki dystans dzielił te wyrysowane w powietrzu zakręty trudno było zgadnąć. Co prawda pokaz był uzupełniony o komentarz słowny, ale z hiszpańskim u nas słabieńko. Pojechaliśmy i każdego napotkanego przechodnia pytaliśmy "gasoline?". I tak od jednego do drugiego trafiliśmy do celu.

pompa

Do tej pory tankowaliśmy Specjal (94 oktany) ~1,20 CUC/l. Taki luksus jak się okazało dostępny jest tylko w dużych miejscowościach i przy autostradzie. Na stacjach położonych z daleka od głównych szos króluje Motor (86) ~0,85 CUC/l i Regular (90) ~1 CUC/l. Skusiliśmy się na Regular. Już wiem czemu tutejsze auta z lekka śmierdzą. To zapach Regulara, a może nawet Motora? Teraz i nasze Junaki zaczęły pachnieć jak należy.

Jedną z ciekawostek związanych z tankowaniem jest płacenie w walucie wymienialnej CUC. Na dużych stacjach tego zwyczaju nie ma, ale na takich jak ta zawsze legitymowali płacącego spisując jakieś dane z paszportu. Druga ciekwostka związana jest z koniecznością określania z góry za ile się zatankuje. Chcieli też opłatę z góry. Ale mówienie słowa "full", pokazywanie na korek wlewu paliwa i uderzanie się kantem dłoni po szyi dawało obsłudze do zrozumienia, że mają nastawić machinę na lanie do oporu. Oczywiście wtedy musieli okazać też sporo zaufania, bo nie mogli przyjąć zapłaty awansem.

Zatankowani. Można ruszać. Kierujemy się na San Nicolas, a stamtąd kilka kilometrów i autostrada. To nie fanaberia rozpuszczonych zachodnich turystów. Nie ma innej drogi. Będziemy mijać rozległe tereny bagienne i autostrada jest jedyną opcją. Zanim jednak do niej dotrzemy mamy do pokonania odcinek drogi, który musiał być terenem ćwiczeń tutejszej szkoły zawodowej dla drogowców. Na dodatek zdolniejsi uczniowie ćwiczyli gdzieś dalej, a tu pracowali ci, którzy zadowalali się ocenamii miernymi. 40 km niby asfaltu. Na wielu fragmentach dało się jechać tylko poboczem.  Co prawda i tam czaiły się wyrwy, kratery, poprzeczne garby, ordynarne doły, muldy niespotykanej wielkości, uskoki poprzeczne i podłużne, ale asfalt prezentował się znacznie gorzej. Przynajmniej nie było problemu z innymi uczestnikami ruchu. Byliśmy kompletnie sami. Ruch kołowy zwłaszcza na prowincji jest bardzo mały.

Po drodze mijamy pola ryżowe. Pełna egzotyka.

poligon

Udało się w jednym kawałku pokonać ten OS i dotarliśmy do autostrady. Teraz można nieco odsapnąć lecz nie można dać się zwieść nazwie. I tu potrafią pojawić się wyrwy lub gorsze od nich fałdy. Gorsze, bo trudniejsze do wypatrzenia. Jedziesz, jedziesz i nagle hoooop 20-30 cm w górę.

Czas opuścić autostradę. Odbijamy ku Zatoce Świń. Kawałek przed zjazdem minęliśmy stację benzynową. Stajemy na rozstajach. A może nałeżałoby zatankować? Można też coś przetrącić i wypić, bo czasu na pichcenie raczej nie będzie. Jest już dobrze po południu a do celu jeszcze ok. 200 km. Dobra, jedziemy na pompę. Zwyczajem lokalesów wybieramy najkrótszą drogę czyli walimy pod prąd.

cpn

I tu muszę znowu wrzucić coś o zwierzętach. Po terenie stacji kręci się kilka psów. Takich chudych egzemplarzy dawno nie widziałem. Czyżby od tego upału? A komu by się chciało jeść w taki upał? Jednak chyba nie od upału po rzucają się na każdy kawałek bułki, która tu robi za pizzę. Na dodatek jeden z nich mordkę ma całą pokrytą ropniami, tak, że na jedno oko już nie widzi, a utrata wzroku w drugim to kwestia dni. Serce się ściska.

Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę.

W Playa Larga nad Zatoką Świń koło drogi Krzych wypatrzył leżącego psa. Czy jeszcze dychał tego nie wiemy, ale obok niego siedział już sęp. Wyglądało na to, że mimo upału ma apetyt :-(

Po kilku kilometrach zarządziłem postój połączony z kąpielą. Południowe wybrzeże jest skaliste lub porośnięte lasem namorzynowym. Na tym odcinku były skały. Piaszczyste dno z koloniami koralowców i innych egzotycznych ozdób opadało dość gwałtownie ku głębinie. Do tego kolorowe ryby, palmy na brzegu, turkusowa woda, błękitne niebo... Ot taki folderkowaty obrazek :-)

kąpiel

kąpiel

Odświeżeni kąpielą lecimy dalej. Tym razem boczne drogi pokryte są w miarę równym asfaltem. Palmy, banany, baobaby... już prawie nie zwraca się na nie uwagi, ot codzienny widok.

Mijamy Cienfuegos i zbliżamy się do gór Sierra del Escambray. Za nimi leży Trinidad. Liczymy na znalezienie biwaku paręnaście kilometrów przed miastem. Na którejś z prostych wyprzedzają nas motocykliści z charakterystycznymi nalepkami ADV. Pomachali, zamrugali awariami i pomknęli dalej. Spotkaliśmy ich kilka kilometrów dalej. Awaria? Nie, to kraby. Na odcinku kilometra (potem było jeszcze kilka takich odcinków) w poprzek drogi wędrowały kraby. To znaczy wędrowały te, które napływały nieprzebraną ławą od strony morza. Tysiące innych przejechanych przez auta czekało na obżarte do nieprzytomności sępy. Jadąc koło za kołem jakoś udawało się nam omijać te raki nieboraki. Z autami nie miały szans.

kraby  

kraby

Te bojowo nastawione i wyposażone w szczypce zwierzaki skutecznie wybiły nam z głowy pomysł nocowania nad wodą. A może jak nie morze to może góry? Odbijam w lewo w boczną drogę ginącą gdzieś pomiędzy stromymi górami. Jak się okazało po chwili była to okolica niegościnna. Strome skały porośnięte gęstymi krzakami z wielkimi kolcami. Podjazdy coraz stromsze. Gdzieś przed nami zaznaczony jest na mapie punkt widokowy. Postanawiamy dojechać do niego i jeżeli po drodze nic nie wypatrzymy polecimy szukać noclegu w mieście. O dwójce zapomnij, szansę na jazdę pod górę daje tylko jedynka. Piłujemy... i w ostatnich blaskach słońca przegrywającego z zapadającym zmierzchem stajemy na górze.

nad Trinidadem

Teraz z górki na pazurki. Na szczęście zapadł mrok i nie widzę miny Krzycha. Po 20 minutach wbijamy się do Trinidadu. Gdzie tu jest jakaś casa? W pierwszej przecznicy stajemy. Tu praktycznie każdy dom ma charakterystyczny znaczek oznaczający pokoje do wynajęcia. Krzych pilnuje drynd, a ja idę na zwiady. Po chwili już mam nawiązany kontakt. Drobny, żwawy właściciel przypomina nieco Chińczyka. Szybko drobi kroczki prowadząc mnie do kumpla, u którego załatwi nam przechowanie motocykli. Kumpel dzięki zmierzwionej fryzurze z kolei przypomina rastafarianina. Jest dobrze. 25 CUC za nocleg i 6 za garażowanie sprzętów. Na dotychczasowych noclegach zaoszczędziliśmy sporo więc damy radę.

Wieczorną ciszę bocznej uliczki rozrywa huk dwóch Junaków. Parkujemy, łapiemy torby i walimy do Chińczyka. Przebieramy się w cywilne ciuchy i idziemy w miasto. Krzych postanowił w końcu spróbować mojito (czytaj mohito, tak jak markę naszych motocykli czytają tu jako hunak). Na centralnym placu pod katedrą tłum jak w warszawskim autobusie w godzinach szczytu. Przypaleni na różowo turyści, ze szklankami piwa lub innych uciesznych napojów w rękach w radosnym podnieceniu kłębią się w koło. To zupełnie nie nasza bajka. O ile przyjemniej jest nad brzegiem na bezludnej plaży. Ale o gustach się nie dyskutuje.

Trinidad

Obchodzimy dwa razy w koło niewielki kwartał uliczek starego miasta i w odległej  od falującego tłumu o 300 metrów restauracji zarządzamy postój. Jesteśmy tu tylko my i trójka niemieckich turystów. Po chwili zostajemy zupełnie sami. Na szczęście jest jeszcze kelnerka.

Siedzimy w wielkim pomieszczeniu pałacu jednego z baronów cukrowych. Pałac ma tylko zewnętrzne ściany z okazałą bramą, kilka szczątkowych ścian działowych i podłogę. Reszta elementów architektury gdzieś wyparowała. Ale w tym klimacie to zupełnie nia przeszkadza. Ja zarządzam spaghetti, a Krzych smażoną rybę i oczywiście mohito. Jak mu ono smakowało zobaczcie sami.

mohito
 
mohito

Punkt "atrakcje turystyczne" zaliczony. Wracamy na bazę. Szybka kąpiel w słodkiej wodzie, siusiu, paciorek i spać :-)

u Chińczyka
 
Spać, ale nie za długo... ciąg dalszy nastąpi.

<< dzień 3  dzień 5 >>