dzień 5: miasteczko z Dzikiego Zachodu

Nie poszliśmy spać z kurami, bo z miasta wróciliśmy około północy, za to z kurami żeśmy się obudzili. Dokładnie rzecz biorąc z kogutami, które rozpoczęły budzenie miasteczka koło piątej rano. Jeden o szczególnie donośnym głosie wybrał sobie miejsce gdzieś koło naszej chałupiny. Pół godziny później do kogutów dołączyły większe i mniejsze diesle, a po chwili gwar ludzkich głosów. Wszytko to wzmacniane akustyką wąskiej uliczki. Budził się piąty dzień naszej wyprawy.

Zwołuję naradę wojenną. Patrzymy w mapę, liczymy dni i kilometry i wychodzi nam, że do wschodniego krańca wyspy nie damy rady dotrzeć. Mówi się trudno. Polecimy na północ w poszukiwaniu piaszczystych plaż i dalej atlantyckim wybrzeżem na zachód. Na dziś niewielki dystans - poniżej 200 km. Jako punkt docelowy typuję osadę Playa Ubero. Jak starczy czasu przed końcem wyprawy powtórzymy kawałek trasy i zrobimy biwak na plaży w Cayo Jutias. Słowem mamy plan.

Śniadanie jemy u naszego Chińczyka, pakujemy torby i walimy po motocykle. Czekają na nas grzecznie na podwórku. Wprowadzam planowany punkt docelowy do Navigatora. To na wszelki wypadek gdyby w jakimś miasteczku trzeba było wsparcia. Tu nie ma (lub prawie nie ma) drogowskazów.

garaż

Troczymy graty, przelewamy gaźniki i od pierwszego kopnięcia silniki odpalają.

Trinidad

Pozwalamy GPS'owi wyprowadzić nas z miasta. To czyste lenistwo. Miasteczko malutkie i moglibyśmy nawigować na azymut, ale skoro wprowadziłem już punkt docelowy niech nasz elektroniczny pomocnik sobie popracuje. Zaraz bierze się do roboty. Nawet niezbyt długo marudził szukając sygnału. Na najbliższym skrzyżowaniu w lewo. W lewo? Z mapy wynikałoby, że w prawo. Ale trzeba mieć zaufanie do technologii. Skręcamy w lewo. Prowadzi nas w kierunku, z którego przyjechaliśmy wczoraj, czyli na zachód, a powinniśmy nawigować na północ. Dajmy mu szansę. Niech prowadzi.

Gdy po 3 kilometrach skierował nas na północ brzegiem rzeczki, która wypływała ze zdobytych wczoraj gór, a na dodatek asfalt ustąpił szutrowi postanowiłem sprawdzić co mu strzeliło do elektronicznej głowy. Przewijam kolejne opcje i naraz mam!!! Wczoraj idąc w miasto na wszelki wypadek przestawiłem go na opcję "trasa piesza". I teraz służył radą jak najłatwiej piechotą dostać się do celu. Poinformowałem naszego pomocnika, że dziś poruszamy się pojazdami. To zmieniło postać rzeczy. Kazał zawracać, jechać z powrotem do miasteczka i dalej tak jakbyśmy sami nawigowali bez elektronicznego wsparcia. Trochę nowej technologii i się gubię.

Piękna i malownicza droga pokonuje góry wijąc się licznymi zakrętami. Upajam się jazdą. Ruch znikomy, nikt nie przeszkadza, można żwawo pomykać. Krzych na takich odcinkach zachowuje daleko posuniętą ostrożność i nie jedzie swoją przysłowiową 60'tką. Co jakiś czas przystaję i czekam. Tak było i tym razem. Stanąłem na szczycie górki. Mam dobry wgląd na dość długi odcinek. Mijają minuty, a Krzycha nie ma. Zawracam. Po kilometrze dostrzegam zgubę na poboczu.

Jak się okazało przyczyną zatrzymania było odkręcenie się kolanka. Krzych klęczy przy sakwie i przegląda zapasy części zamiennych. Z kwaśną miną oświadcza, że po odkręceniu kolanka wydmuchnęło uszczelkę, a zapasu nie ma. Naraz zaczyna się śmiać. No dobra, stoimy od kilku minut na słońcu, ale żeby tak szybko następował udar połączony z niekontrolowalnymi emocjami? Nie, okazało się, że uszczelka nie zgubiła się tylko zawisła. Dociekliwi mogą jej poszukać na poniższym zdjęciu.

uszczelka
 
Znalazłeś drogi Czytelniku? Wisi na dolnym wsporniku pompki w lewo w dół od żółtego dekielka iskrownika. Uszczelka powraca na miejsce, kolanko zostaje porządnie dokręcone. W tym czasie z drutu wyciągniętego z sakwy wyginam zabezpieczenie przed odkręceniem się nakrętki kolanka. Drut właśnie się skończył. Ileż pożytecznych rzeczy z niego zrobiłem. Jest dość twardy, ale jednocześnie nie pęka przy kilkukrotnym wyginaniu. Wystarczająco sprężysty, ale łatwo się go formuje. Po prostu ideał i to znaleziony kiedyś przy płocie w jakimś rowie. Gdy wrócimy do Polski będę musiał poszukać jego następcy.

uszczelka

Po chwili zbieramy graty i ruszamy dalej. Punktem pośrednim na dzisiejszej trasie jest miasto Santa Clara. To tu znajduje się mauzoleum Che Guevary. Na wjeździe do miasta krótka narada. Lecimy dalej czy rzucimy okiem ma Che? Mamy czas, rzucimy. Włączam GPS. Jak mu powiedzieć czego szukamy? Jest opcja POI (Point of Interest). Ok, wybrana. Co dalej? Jaka to kategoria punku? Miejsce kultu czy atrakcja turystyczna? Chyba jednak mimo wszystko atrakcja. Bingo, na liście atrakcji jest mauzoleum.

Po dziesięciu minutach parkujemy na ogromniastym parkingu u stóp ogromniastego pomnika.

Che

Po chwili pojawiają się dwaj turyści. Jak się okazało to niemieccy motocykliści tyle, że tym razem spieszeni, bo w najśmielszych snach nie przyszło im do głowy, że na Kubę można przywieźć motocykle. Intensywnie prowadzimy akwizycję usług ADV. Z niedowierzaniem oglądają nalepki na naszych Junakach. To tymi motocyklami odwiedziliście te wszystkie miejsca? Lewa w górę - żegnamy się.

Che

Kolejna grupka zainteresowanych Junakami. Pada pytanie po polsku: "Skąd jesteście?" My z Warszawy, a Wy? My ze Śląska. Jak się potem okazało Ślązaków było w tym sympatycznym towarzystwie czworo, a i to jeden bodajże z Sandomierza. Pozostali uczestnicy z Warszawy, Łodzi, Częstochowy, Krakowa i z Wieliczki. Słowem międzywojewódzkie towarzystwo. Wynajęli samochód i zwiedzali Kubę na własną rękę. Jak widać nie wszyscy dają się pakować w sztuczny świat tutejszych kurortów. Wymiana serdeczności i uśmiechów. Można usiąść i zrobić fotkę? Prosimy, siadajcie tylko uwaga bo można się pobrudzić :-)

Che

Jeszcze fotka dla Killera (sami go kiedyś spytajcie o co kaman):

Che

Można jechać. Wokół Santa Clara nie wiedzieć czemu zbudowano obwodnicę. Bardzo porządna droga. Dwupasmowa, a jakże, prawie bez dziur. Wszystkie skrzyżowania z drogami wychodzącymi promieniście w postaci rond. Tyle, że jesteśmy na tej drodze sami. Nawet nie trzeba się oglądać w lewo wpadając na kolejne rondo. Pustka.

Ostatnim miasteczkiem na trasie jest Sagua la Grande. Stąd 18 km szutru i będziemy na miejscu. Ale najpierw trzeba znaleźć most przez rzekę. Prosimy o pomoc naszego elektronicznego przewodnika. Dłuższą chwilę szuka sygnału, a po jego znalezieniu bez cienia wątpliwości pokazuje którędy jechać. Nie przewidział jednak, że Kubańczycy będą coś remontować. Psikus, remontują most. To znaczy na razie ograniczyli się do zagrodzenia drogi. Dalsze prace zostawili sobie na potem. Jak to się mówi? Maniana? Elektroniczny koleżka innego mostu nie zna.

Trzeba nam złapać języka. O jest! Elegant w różowej bluzce. Na dodatek sam zaczyna rozmowę po angielsku: English? My na to: Which way we have to go to Playa Ubero? Robi wielkie oczy jakby nigdy nie słyszał takich słów w języku Szekspira, lub jakby nigdy nie słyszał o takiej miejscowości. Coś tam bełkocze i w efekcie rezygnujemy z jego usług. Sami poszukamy.

Poszukaliśmy, ale nie znaleźliśmy. Zbliża się rowerowa taksówka. Wymieniam pytającym głosem punkt docelowy: Playa Ubero? Taksiarz też się krzywi. Pokazuję mu mapę. Wkłada okulary, patrzy chwilę i kiwa żebyśmy jechali za nim. W między czasie nadjeżdża wóz z jakimiś służbami mundurowymi. Ni to milicja, ni to wojsko. Pytam ich. Też kiwają żeby jechać za nimi. Zostawiamy niepocieszonego taksiarza i ruszamy za gazikiem. To była słuszna decyzja. Do mostu było ze dwa kilometry. Gazik prowadzi nas jednak dalej, kolejne dwa kilometry aż do wylotu z miasteczka. Machają na pożegnanie i my też machamy uśmiechając się szeroko.

18 km przez bezkresne pola. Nie za szybko. Szutrowa nawierzchnia miejscami jest bardzo wymagająca. Dziury takie, że i traktor mógłby zgubić koło, przynajmniej przednie. Wbijamy do Playa Ubero. Kompletna pustka, szereg drewnianych domków po obu stronach drogi. Przy nich zardzewiałe zbiorniki na wodę. Każdy inny. Wszystkie "klimatyczne". Sądząc po warstwie rdzy muszą pochodzić sprzed rewolucji. Może to tendry od lokomotyw? Może zbiorniki do warzenia melasy z trzciny cukrowej? Może wyłowione z oceanu zbiorniki z rakiet nośnych startujących z pobliskiego Cape Canaveral? O, teraz mijamy saloon. Zaraz z bocznej drogi wyjadą kowboje. Jak nic jesteśmy na Dzikim Zachodzie. Zresztą popatrzcie sami:



Znajdujemy placyk nad wodą. Parasolki z liści palmowych, pod nimi stoliki. Przy jednym z nich jakaś parka, w błocku przy brzegu taplają się ich dzieci. Zostajemy.

Dziki Zachód

Najpierw obiad, potem chwila relaksu, a na zakończenie dnia serwis motocykli. W moim pękła jedna szprycha. Aż dziw, że tylko jedna. U Krzycha poważniejszy problem. Tylne koło fajta się na boki. Nie trzyma lewe łożysko. Kulki się pogubiły? Obsada? Trzeba ściągnąć koło. Łożysko jest ok. Natomiast stalowa obsada połączona z napędem licznika lata w bębnie luźno. Luz promieniowy oceniamy na 1,5 - 2 mm. Tu puszka po piwie nie wystarczy. Trzeba szukać czegoś poważniejszego. Jechać się z tym nie da bez ryzyka rozwalenia bębna. Krzych rusza na poszukiwania. Lecz w tej uroczej wiosce wszystkie poniewierające się elementy są tak skorodowane, że dosłownie rozsypują się w dłoniach.

Krzych wyciągnął z sakwy zwój drutu i siekierko-młotek. Na solidnym kamiennym "kowadle" rozklepuje drut. Krzysiu, a co to za metaloplastyka? Będziesz robił bransolety? Nie zrażony klepie dalej po czym usiłuje ten wyrób owinąć wokół obsady i wcisnąć w bęben. Krzysiu, a jakby tak menażka? Uparciuch nie reaguje. Jeszcze trochę klepie i znów upycha. W końcu się poddaje. Sięga bo brzeszczot i menażkę. Teraz robota idzie jak z płatka. Odcina odpowiedniej szerokości pasek aluminium, dogina go do obsady i wbija ją w bęben. Pięknie!!! We fabryce lepiej tego by nie zrobili :-) Coś tam gaworzy o potrzebie dotoczenia w przyszłości stalowej tulei, ale z tego co go znam to rozwiązanie tymczasowe pozostanie bezterminowo. A menażka? Tak ładnie ją przeciął zostawiając eleganckie wyjścia narzędzia z materiału, że też będzie służyła latami. Nic nie straciła na urodzie. Nieco tylko straciła na pojemności.



Ja zaczynam serwis po zmroku, ale szprycha to nic wielkiego.

serwis

Czas przygotować legowiska. Za dobrze znam Krzycha żeby nie zauważyć, że jest zaniepokojony i coś knuje. Krzychu, wyciągaj śpiwór i matę. Nie, prześpię się na ławce. Ławka ma 90 cm długości i 20 cm szerokości, nieduży krasnoludek by się zmieścił, ale nie Krzych. Krzychu, lokalesi po zmroku nie wychodzą z chat, bo boją się złego Mzimu. Nie, ławka jest dobra. Nie wyśpisz się i będziesz jutro marudził. Przestał gadać. Szukam go wzrokiem. Leży na tej cholernej ławce w kompletnym stroju motocyklowym. Na łeb wciągnął czapkę i chrapie. Kiedyś w Grecji też wyciął taki numer, tylko wtedy nawet kasku nie zdjął.

Wieje niemiłosiernie w północnego wchodu. W końcu wiatr ma gdzie się rozpędzić. Cały Atlantyk do dyspozycji. Palmowe liście z parasolek szumią wściekle, flagi i pokrowiec na motocyklu łopoczą. Układam się za zasłoną krzychowego Junaka. Żeby nie wiało pod spód wciskam torbę. Wsuwam się do śpiwora i zasypiam.

Wiele razy budziłem się tej nocy. Nie, nie z powodu obaw przed Mzimu. To hałas łopoczącego pokrowca wyrywał z nawet najgłębszego snu. W końcu jakoś go przycisnąłem i lekko ucichł. Za każdym razem szukałem Krzycha, a on zmieniał pozycje i miejsca. Chwilę spędził na ławce, potem siedział wsparty o stolik, leżał na ziemi, trochę na murku, który był jednocześnie falochronem. W nocy nadszedł przypływ. Wody przybyło z pół metra i fale zaczęły chlapać na Krzycha. Znowu gdzieś powędrował. Uparciuch. Jak sobie coś wbije do głowy to nie na przebacz. Dobranoc. Jutro błękitna laguna.

<< dzień 4  dzień 6 >>