dzień 6: błękitna zatoka

Tak o poranku wyglądał mój towarzysz podróży. Na tej ławce spędził pierwsze godziny nocy. Czapka naciągnięta na oczy, żeby nie widzieć strachów, które krążyły wokół naszego obozowiska. Krzychu żyjesz? Oj żyję, żyję, ale co to za życie. Jednak z nastaniem brzasku strachy gdzieś się pochowały i Krzych odzyskał właściwy sobie humor i werwę. Narzekał tylko na ból w ramieniu, ale to nic nowego. Stara kontuzja, bodaj jeszcze z czasów spadochronowych. Podreptał w koło, zrobił kilka krążeń ramionami i był gotów do działania.

Dziki Zachód

Po chwili breżniewka weszła na właściwe sobie obroty przyjaźnie posykując. Ciepła herbata na śniadanie to podstawa.

A, zapomniałem. Wczoraj jeden ze szwendających się po placu psów został "moim" psem. Co prawda nie na zawsze, tylko na czas biwaku, ale zawsze. Łapki i brzuch miał wysmarowane na czarno w jakimś bagnie. Z wierzchu był jasnobrązowy. Gdyby pod wieczór świeciło słońce wyglądałby zapewne jak hiena dzięki cieniom rzucanym przez wystające żebra. Jednak zarówno wieczorem jak i z rana niebo zasnuły chmury więc wyglądał jak zwyczajny chudy pies. Zresztą wszystkie w okolicy trzymały ładną sylwetkę. Widać, że się nie objadają ponad miarę. Zresztą komu by się chciało jeść w taki upał?

Wieczorem dałem mu puszkę pasztetu podlaskiego. Jest to produkt znany (no jemu pewnie nie tak bardzo) od 34 lat, ceniony i bardzo chętnie wybierany przez konsumentów. Delikatny i (co dla "mojego" psa pewnie nie tak ważne) bez konserwantów. O łagodnym smaku i niskiej zawartości tłuszczu. Dzięki kremowej, jedwabistej konsystencji, łatwo się rozsmarowuje (w przypadku "mojego" psa na języku), dlatego idealnie się nadaje na rodzinne śniadania i kolacje oraz do pracy. Mój pies rodziny nie zaprosił i wrąbał go na kolację. Wyglądał tak, że być może było to jednocześnie śniadanie. Wszystkie składniki mu wyraźnie odpowiadały, a należą do nich: woda, mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt, olej rzepakowy, wątroba i skóry z kurcząt, kasza manna, sól, białko sojowe, skrobia ziemniaczana, warzywa suszone (cebula, marchew, pietruszka, por), przyprawy, mleko w proszku, serwatka, cukier, maltodekstryna, hydrolizat białka roślinnego, ekstrakt drożdżowy. I co ważne, zawartość surowców z kurcząt to całe 38,4%!!! Z tych wszystkich wspaniałości najlepiej znał wodę, bo miał jej pod dostatkiem w pobliskich kałużach. Z pozostałymi pewnie spotkał się po raz pierwszy w życiu, ale w pełni je zaakceptował.

 Niestety "mój" pies spóźnił się na śniadanie. Resztki z tuszonki przypadły w udziale jego kumplowi.

Dziki Zachód

Najedzeni, spakowani. Pod czujnym okiem kilku lokalesów, którzy za dnia wylegli ze swoich chat zbieramy się do drogi. Patrzą na nas bacznie. Wygląda na to, że od czasu przybicia to tych brzegów Krzysztofa Kolumba jesteśmy pierwszymi białymi którzy tu zawitali. Kolumbowi ofiarowali wtedy złoto i inne precjoza (no może lekko przyciśnięci), nas już tak nie fetowali.

Ruszamy. Pogoda super, ciepło lecz nie upalnie, słońce, trochę chmurek, szuter, asfalt... chce się żyć :-)

serwis pod palmą

Przyjęliśmy wstępny plan. Lody zjemy w Varadero jak większość porządnych turystów, potem łukiem ominiemy Hawanę i polecimy ile się da na zachód. Tam gdzieś za Hawaną zanocujemy. Kolejną noc chcemy spędzić na plaży w Cayo Jutijas. Jak do tej pory to najładniejsza plaża jaką widzieliśmy na Kubie. Stamtąd jednym skokiem do Hawany gdzie odwiedzimy Yamilę i Octawio. Kolejny dzień przeznaczymy na Hawanę i oddanie motocykli i to by było na tyle.

No to do dzieła.

Cała Kuba upstrzona jest takimi bilbordami. Dbają o nie. Co jakiś czas widzieliśmy takie, lub podobne, świeżo pomalowane na biało i czekające na jakieś pokrzepiające lub zachęcające hasła. Czasami stały jeden za drugim co kilkadziesiąt metrów niosąc na sobie dumnie jakieś złote myśli Castro (jednego lub drugiego, ale częściej jednego), Cze i innych mądrali. Jak wynika z prezentowanego hasła od Kubańczyka nie wymaga się skomplikowanych wyborów. Tu ma do wyboru dwie opcje. 

alternatywa

Do dzisiejszego planu koniecznie musimy dodać zadanie zlecone przez Damiana, a mianowicie zrobienie fotek Junaków nad morzem z palmami w tle. Do tej pory wszystkie te elementy występowały, ale nigdzie nie dało się tego ująć na jednej fotce. Droga wiedzie wzdłuż morza (konkretniej oceanu) w odległości paru kilometrów od brzegu. Na jednym ze skrzyżowań zarządzam odbicie w kierunku brzegu. Nie jest źle. Tu chyba uda się wywiązać z zadania. Przyroda zapewnia morze i palmy, my mamy Junaki. Na dodatek to nie byłe jakie miejsce. Jest tu kemping, na terenie którego postawił swe stopy sam Fidel Castro. Kto wie, może i Raul też tu stąpał. Ale jeżeli nawet nie, to Fidel w zupełności wystarczy.

Fidel

Cytując klasykę można by rzec: Nasi tu byli!!!

plaża

Takimi pozostałościami nikt się tu nie interesuje. Długo szukałem jakiegoś kosza na śmieci. W końcu się udało. Teraz sesja fotograficzna. Pstryk tak, pstryk siak, może coś tam uda się wybrać.

morze, palmy, Junaki

plaża

Dosyć tego dobrego, jedziemy dalej. Po drodze wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia.

Dziki Zachód

Stare auta. Akurat na tej fotce nie widać w pełni klimatu, o którym chcę opowiedzieć. Oprócz krążownika jest na niej też współczesne auto, jakiś nowy budynek, a amerykański krążownik pomalowany jest "metalikiem". Tymczasem jadąc przez interior wielokrotnie widziało się tego typu auta w oryginalnych malowaniach, na drodze po horyzont nie uświadczyło się współczesnego auta, mijane domy były zbudowane z drewna, na polach pracowały zaprzęgi wołów takich jak z powyższego obrazka. Można wtedy było z łatwością przenieść się wyobraźnią 60 lat wstecz. Na dodatek taka scenografia ciągnęła się dziesiątkami kilometrów. Podróż w czasie. No i oczywiście nasze maszyny idealnie wpasowywały się w ten klimat. Tego właśnie szukaliśmy na Kubie i prawdopodobnie ten świat w ciągu najbliższych lat zniknie. Szkoda. Szkoda? Zależy z czyjego punktu widzenia. Nam będzie szkoda. Kubańczycy pewnie nie będą tego żałować. Przynajmniej nie od razu.

plaża

Chwytaj chwilę. Po prawej stronie drogi pojawił się czarny kłąb dymu. Takiego obłoku nie jest w stanie wypuścić największa radziecka ciężarówka ani białoruski traktor. Z za krzaków wyłania się lokomotywa, przejeżdża na drugą stronę i znika za kępą drzew. Nie zdążyłem wyciągnąć aparatu. To był z pewnością egzemplarz "kolekcjonerski". Zupełnie nie znam się na kolejnictwie, ale wyglądała jak dinozaur. Octawio mówił, że koleje na Kubie powstały jako drugie w obu Amerykach. Ta lokomotywa pamiętała pewnie ten pionierski okres. Niestety nie mogliśmy jej gonić. W zbiornikach pozostało ledwie po 3-4 szklanki paliwa, a do najbliższej miejscowości gdzie jest szansa napotkania stacji jeszcze paręnaście kilometrów.

Mieliśmy zjeść lody w Varadero. I być może by nam to się udało, ale odpuściliśmy. Być może trzeba było próbować w samym miasteczku, które ominęliśmy. Komunistyczne blokowisko wyglądało tak nieciekawie, że postanowiliśmy próbować dalej. Dalej były natomiast same hotele. Każdy z nich zawłaszcza kawałek dostępu do plaży, jest ogrodzony płotem, a bramy strzeże szlaban. Gdzieś w jakimś przesmyku udało się zobaczyć słynną plażę. Biały piasek, lazurowa woda, ale wszystko jakby sztuczne. Nie nasza bajka. Wolimy piasek i wodę jak na poniższych fotkach.

Zmykamy ku dzikim plażom. Żeby nie tracić czasu na przebijanie się przez Hawanę wspieramy się autostradą, którą opuszczamy upewniwszy się, że miasto zostało za nami. Za miejscowością Sandino (kawałek na zachód od Mariel) wypatrzyłem na elektronicznej mapie cienką dróżkę wiodącą ku morzu. Na papierowej mapie takich szlaków nie zaznaczają. Jeszcze tylko trzeba zadbać o picie. Musimy zaopatrzyć się w wodę dla nas i paliwo dla motocykli. Zatrzymujemy się też w Sandino. Ni  to wioska, ni skupisko hoteli robotniczych czy też familoków otaczających jakąś fabryczkę. Wędruję do kiosku handlującego kanapkami. W tym czasie Krzysztof rozmawia z autochtonem, który opowiada, że pracował kiedyś jako mechanik. Powiedział, że miał kilka polacito (to Fiaty 126p) i chwalił te auta używając słowa "ekonomik". Pewnie, w porównaniu z amerykańskimi smokami polacito są zupełnymi abstynentami.

Dzielę się z Krzychem kanapkowym łupem. Dwie podgrzane bułki z pastą pomidorową za 4 CUP (lokalnych peso) czyli równowartość 70 groszy. Można sobie pozwolić.

Szutrową drogą jedziemy nad morze. Parę kilometrów takiej drogi wystarcza by mieć pewność, że tłum turystów nam nie grozi. Po 2 kilometrach niespodzianka. Pojawił się asfalt i to na dłuższych odcinkach bez dziur. Dochodzi do wioski, mija ją i nagle się urywa. Jeszcze kilkaset metrów drogi gruntowej i jesteśmy na miejscu.

błękitna laguna

Dojechaliśmy do dzisiejszego biwaku nad błękitną zatoką. Jest wszystko czego nam potrzeba. Piasek, woda, dogodne zejście do wody, kawałek trawiastego terenu osłoniętego krzakami. To coś co tygrysy lubią najbardziej. Rozkładamy nasz minimalistyczny biwak z elementami luksusu. Te elementy to stołeczki wędkarskie. Pozazdrościliśmy naszemu kamratowi Muzykowi, który wozi ze sobą rozkładany fotel. Nasze stołeczki nie są tak luksusowe, ale spełniają swą rolę i nie zajmują wiele miejsca. 

błękitna laguna

błękitna laguna

Słońce zachodzi, czas ułożyć się w śpiworach. Na drogę zabrałem ze sobą odtwarzacz MP3 z kilkoma audiobookami. Leżąc na plaży i mając przed oczyma rozgwieżdżone niebo słucham Powrotu z gwiazd Lema. Czy może być lepsze miejsce na taką "lekturę"?

<< dzień 5  dzień 7 >>