dzień 8: Santa Fe

Ta kupka maneli pod drzewem to między innymi ja. Krzych znowu wstał wcześniej. To efekt duszenia się z głową w śpiworze. Nad ranem nie zdzierżył.

poranek na rajskiej plaży

Dawid zbiera się do drogi. Wczoraj żartował, a było w tym wiele racji, że pierwszych 20 km przejedzie szybciej rowerem niż jego kumple samochodem. I tak pewnie będzie. To najgorszy fragment drogi w kierunku Vinales. Rowerem, podobnie jak motocyklem można lawirować pomiędzy wyrwami w drodze. Auta mają ograniczone możliwości manewru.

Dzielimy się z nim wodą. My dziś będziemy już nocować pod dachem, jemu przyda się dodatkowy litr. Ahoj!!! 

pożegnanie z Czechem

Zaczynają pojawiać się pierwsze dostawy turystów. Po nocy spędzonej na zabawie w Vinales przyjeżdżają odpocząć na plaży. Wczoraj Dawid ubrał w słowa myśl, która naszła mnie gdy za pierwszym razem odwiedziliśmy to miejsce. W wolnym tłumaczeniu: Gdy pojawisz się w takim miejscu po pokonaniu trudności czujesz, że dotarłeś do raju. Gdy przywiozą cię wprost z hotelu widzisz po prostu ładne miejsce.

dostawa turystów

Potrzeba matką wynalazku. Rzućcie okiem na poniższe zdjęcie. To kiedyś był klasyczny skrzydlak. Teraz przekształcony został w mikrobus. Przywiózł 7 osób. Elegancja - alu felgi!!! I te lampki z tyłu :-) Pracowite auta telepią się codziennie wyboistą drogą. Tylko dzięki solidnej ramowej konstrukcji są to w stanie wytrzymać. Żadne współczesne auto nie dałoby rady śmigać tak przez 60 lat.

Już po śniadaniu. Graty przytroczone. Jeszcze ostatnia kąpiel. Bajka :-) W ostatniej chwili przed odjazdem zaczepia nas czwórka turystów. To rodacy. Wynajęli auto i szwendają się po Kubie. Opowiedzieli jakie pułapki czyhają na wynajmujących. Po pierwsze w wypożyczalni (a na tym rynku nie ma zbyt wielu punktów do wyboru) aut nie ma. Po wyjściu z biura dogania klientów jakiś przedstawiciel bóg wie kogo i za 100 CUC oferuje pomoc. Jeszcze 20 CUC dla policjanta, który też chce coś trafić i po pół godzinie auto się znajduje. System jest taki, że bierze się samochód z pełnym bakiem, płacąc za cały bak paliwa, a oddać można z pustym. Tyle, że wskaźnik zaświadczający o napełnieniu baku po przejechaniu 10 km opada na 1/2, a na stacji wchodzi do zbiornika 30 litrów. Każdy grabi jak może. 

dostawa turystów

Ruszamy. Żeby nie powtarzać wczorajszej drogi postanowiłem do Pinar del Rio polecieć bocznyni drogami. Była to bardzo malownicza trasa przez góry. Setki zakrętów, zjazdy, podjazdy i do tego zupełnie niezrozumiały system asfaltowania jezdni. Co kilometr brakowało 100 metrów asfaltu i droga zmieniała się w szutrówkę. I tak na dystansie 10 kilometrów.

Docieramy do Pinar del Rio. Tu gdzieś zaczyna się autostrada, którą dojedziemy do Hawany. Tylko jak ją znaleźć? Wszystkie drogi wiodące w jej kierunky są jednokierunkowe i na dodatek o kierunku słusznym tylko zwrocie przeciwnym do wymaganego. A jedyna posiadająca i kierunek i zwrot zgodny jest zastawiona pachołkami. Lekceważymy tę przeszkodę i walimy na wschód.

I na domiar złego na chodnikach co krok rozpraszacz uwagi :-)

widoki

Na autostradzie ciekawostek co niemiara. O, jedzie zaprzęg woli, lub jak ktoś woli wołowy. A teraz konny. Zaprzęgi konne właściwie nie powinny się liczyć jako ciekawostki, bo są dość powszechne, ale ten wykorzystując przerwę w krzewach (pięknie kwitną na czerwono i pomarańczowo) skręca w lewo przez pas zielony. Tam wali, stawiając zasłonę dymną, Ził w zabudowie wywrotka z tłumem ludzi na pace. Stojący z tyłu balansują nad niską burtą. A to co? No normalnie hit kolejki. Skuter z 3 osobową załogą. Za sterami głowa rodziny. W środku latorośl, a w ostatnim rzędzie matka trzymająca nad potomstwem w uniesionych rękach sporych rozmiarów tort oblany różowym lukrem. Co ją trzymało na tym pojeździe? Chyba tylko przywiązanie do rodziny.

Czas na tankowanie. Stacji od dłuższego czasu nie było. 350, 360, 370 km od tankowania. Krzych schyla się do kranika i przerzuca na rezerwę. Koniec tego, zjeżdżamy do najbliższej miejscowości. Może tam będzie pompa. Była, ale bez paliwa. Mieli co prawda 86'tkę, ale sprzedawca mową ciała pokazywał, żebyśmy próbowali za 10 km. Po 10 km faktycznie pojawia się kolejna miejscowość lecz tu nie ma nawet stacji. Policjanci pokazują żeby jechać do autostrady, bo tam jest gazoline. Wracamy na autostradę. Faktycznie jest stacja. Co prawda po drugiej stronie. Zawracamy.

naprawiacz

Nalaliśmy pod korek. Krzych idzie płacić, ja gapię się na gościa gmerającego przy zamku klapy silnika. Zaintrygował mnie bo gaworzył po francusku. Idę się pogapić. Wyraźnie widzę, że rozgląda się za jakimiś narzędziami. W rękach miał tylko szwajcarski scyzoryk. Rzuciłem okiem na zamek i wręczyłem klucz 10'tkę. Został przyjęty z zadowoleniem i natychmiast posłużył do demontażu sprężyny i zaczepu zamka. Teraz widzę, że pan przygląda się śrubie napinającej sprężynę. Zanim zdążył się odezwać wręczam mu 17'tkę. Wymieniamy uśmiechy i spojrzenia porozumiewając się bez słów jak mechanik z mechanikiem.

Krzych wrócił. Razem obserwujemy wprawne działania pana w czerwonej bluzce. Naraz podchodzi do nas pani, jak się okazało żona "mechanika" i zagaduje po polsku z uroczym francuskim akcentem i charakterystyczną wymową. Jej dziadek wyemigrował do Francji za chlebem. "Mechanik" to jej mąż. Podróżują po Kubie ze znajomymi autem wynajętym z kierowcą. Kierowca prac technicznych się nie podejmuje, a klapa sama się otwiera podczas jazdy. Mąż tej pani jest entuzjastą starych samochodów. Kilka ma. Sam je remontuje. Po zakończonej pracy przyszedł podziękować. Z namaszczeniem ucałował w lampę mojego Junaka :-)

naprawiacz

Bez przygód docieramy do Hawany. Liczyłem, że nasz pomocnik GPS podpowie jak dojechać do Yamili. Tymczasem się zbuntował. Po pierwsze bilans energetyczny ma lekko ujemny. Szybciej się rozładowuje niż ładowarka jest mu w stanie dostarczyć amperów. Na dodatek mocno się grzeje. I właśnie w kluczowym momencie gdy trzeba było znaleźć właściwy zjazd z autostrady i drogę do Santa Fe pomocnik oznajmił, że tak się zgrzał, że teraz dla naszego bezpieczeństwa wyłączy ładowanie. Jak powiedział tak zrobił, ale komunikat ciągle się wyświetlał zasłaniając mapę. Tę resztkę enerii, która mu została tracił na pokazywanie komunikatu, że nie ma siły się ładować. A pod spodem miał skubany naszą mapę. Cóż było robić. Skręciłem na czuja i na azymut. Po kilku kilometrach rozpoznałem drogę. Tędy wracaliśmy z lotniska do Yamili. Czujemy się niemal jak w domu. Jak po sznurku dojeżdżamy do domu Yami.

Powitania jakbyśmy się całe wieki nie widzieli. Yami proponuje obiad. Jest jeszcze dość wcześnie i ustalamy, że zjemy nieco później. No to może w między czasie pójdziemy na spacer nad morze? Chętnie, tylko przez chwilę odsapniemy i zrzucimy motocyklowe ciuchy. Octawio podaje kawę. Siadamy przed domem i dzielimy się wrażeniami. Drogi, krajobrazy, morze, dzieci szkolne, życzliwi ludzie, pomocny szef wszystkich szefów, plaże... Wyraźnie podoba się im, że nam się na Kubie podobało. Wypytuję o system szkolnictwa, o ich stosunek do Rosji i USA, o możliwości prowadzenia własnego biznesu, o obrót ziemią, o naukę języków obcych w szkołach, o... Szkoda, że mamy mało czasu.

Octawio wyciąga z torby koło jedynki. To to dostarczone przez nas. Niestety chyba było przehartowane i w konsekwencji pękło jak szklane. Wielka szkoda :-(  Wsadził już do skrzynki swoje stare pospawane z kilku kawałków. Za to odma działa bez zarzutu - silnik czysty i suchy. Krzych obiecuje, że podeślemy jeszcze jedno koło jedynki.

koło jedynki

Z częściami to nie jedyna wpadka. Wspomniałem już, że koło pośrednie nie miało nabitych znaków. Ponieważ musiałem je zamontować po konsultacjach z Jackiem naniosłem w odpowiednim miejscu znak. Znaków brakuje też na kołach rozrządu. Z kolei dostarczone w komplecie ośki kół rozrządu zrobione są w nadwymiarze. To dla niewyposażonego w narzędzia i maszyny Octawio będzie spory problem gdy będzie chciał je montować.

Zostawiłem Octawio kilka świec oraz 2 litry oleju. Bardzo się ucieszył. Dopytywał się czy takie świece były montowane w Junakach. Ja stosuję Iskry 75 S więc z czystym sumieniem odpowiedziałem, że tak. Przy okazji wyjaśniliśmy, że do silnika, skrzyni i sprzęgła można stosować ten sam olej.

Po części technicznej spotkania przeszliśmy do części krajoznawczej i wybraliśmy się na spacer nad morze. Ścieżka wzdłuż morza wiedzie pomiędzy pagórkami usypanymi z piasku i gruzu. Yami wyjaśniła, że to ślady niszczycielskiej siły oceanu, który zrujnował kilka domów, które stały niedaleko plaży. Nie wyglądały one na świeże. Zapytałem kiedy to miało miejsce. 20 lat temu. I tak sobie straszy do tej pory. Tak samo jak i ruiny kasyno na wyspie rozdzielającej na dwa tory wodne wejście do mariny. Kasyno działało przed rewolucją. Potem popadło w ruinę. 

spacer

Wracamy do domu na obiad. Yami zaszywa się w kuchni. Proponuję pomoc lecz wszystkie potrawy są już przygotowane i tylko trzeba je podgrzać. Czas ten wykorzystuję na wyczyszczenie butów. Po 2150 km które przejechaliśmy po drogach i bezdrożach Kuby buty są "nieco" przykurzone.

pucybut

Krzych w tym czasie robi dokumentację fotograficzną eksportowego Junaka.

rama

silnik

alternator i zapłon

silnik

Umawiamy się, że jutro przyjdziemy na śniadanie. Potem nasi gospodarze odprowadzą nas kawałek Junakiem w kierunku Hawany. I to już będzie koniec? Yamili pocą się oczy.

Po obiedzie obowiązkowa kawa i wędrujemy do nieodległego locum, które Yami zamówiła u swojego znajomka. To jest dość wczesne stadium kwatery. Ascetycznym i surowym wyglądem nieco przypomina celę więzienną :-) Mamy osobne pokoje i po jednej łazience do dyspozycji. Yami przynosi paczkę z pościelą. Ja zabrałem ze sobą śpiwór, do którego wskakuję po szybkim prysznicu. Spać. Jutro ostatni dzień. Jak to szybko zleciało.

nocleg


<< dzień 7  dzień 9 >>